Serwiński: Wystarczy, że spojrzę dziewczynom w oczy

Muszynianka

Muszynianka (Fot. Krzysztof Karolczyk/AG)

Trener mistrzyń Polski rzuca do swoich kolegów trenerów: Chcesz chłopie udowodnić swoją wyższość? Wystaw mi na boisko zespół, a ja wystawię swój i zobaczymy, kto jest lepszy
Przed tygodniem Muszynianka Fakro Muszyna po raz trzeci zdobyła mistrzostwo Polski. Twórcą tej drużyny od najniższej klasy rozgrywkowej jest 53-letni Bogdan Serwiński, trener i prezes klubu w jednej osobie, a w przeszłości... piłkarz Pomorzanina Toruń. Obok trenera Jerzego Matlaka, nowego selekcjonera kadry, to najbarwniejsza i najbardziej kontrowersyjna postać PlusLigi Kobiet.

Przemysław Iwańczyk: Po raz trzeci zagrał pan na nosie tym, którzy pokpiwają z pana, mówiąc, że Muszyniankę prowadzi pan od wf.

Bogdan Serwiński: Tak się złożyło, że jakoś nie jestem zbyt popularny. I nie chodzi mi wcale o to, że mało mnie wszędzie. Pomijając środowisko, w którym pracuję, i kibiców Muszynianki, na których zawsze mogę liczyć, pogodziłem się z tym, że nie wszyscy za mną przepadają. Choć dostaję z Polski listy i maile, co sprawia mi dużą satysfakcję, większość mediów nie podchodzi do mnie z sympatią. Powiem więcej, ze złośliwością dla tego, co robię. Nie wiem, z czego to się bierze. Może wszystkich denerwuje to, że w małej miejscowości pod słowacką granicą bez żadnych tradycji siatkarskich sięgnęliśmy po mistrza raz, drugi i trzeci. Jesteśmy siłą klubowej siatkówki w Polsce, może to powoduje frustrację?

Aż tak czuje się pan osaczony?

- Mam się oprzeć na przykładach? Wystarczy poczytać oceny, jakie wystawiali nam eksperci. Dotyczyły one moich siatkarek, np. Oli Przybysz, Sylwii Pyci i Izy Bełcik. Tak się akurat złożyło, że wszystkie wymienione miały świetny sezon, może nawet lepszy, niż kiedy zdobywały z kadrą Andrzeja Niemczyka mistrzostwo Europy, a i tak były krytykowane. A nawet jeśli padło pod ich adresem dobre słowo, to gromy sypały się na mnie. Przecież to jakiś paradoks.

Dziwię się ludziom, którzy uważają się za siatkarskich ekspertów. Że tylko śledząc ligę, moją drużynę w telewizji, wyciągają tak daleko idące wnioski. Nie wiedząc i nie widząc, jak np. ja pracuję z dziewczynami. Wartość takiego eksperta jest dla mnie żadna. Dam taki przykład. Jedna z moich siatkarek przed ważnym meczem miała bardzo poważny problem ginekologiczny. Przeleżała całą noc w szpitalu, lekarze doprowadzili ją do zdrowia na tyle, że zagrała w półfinale ligi z Farmutilem Piła. Po tych spotkaniach dostała bardzo wysokiej temperatury i znów wylądowała w szpitalu, ale była tak zdeterminowana, że w kolejnym spotkaniu wystąpiła na własną odpowiedzialność. Odwodziłem ją od tego pomysłu, ale nalegała. Dziewczyna ta nie zagrała najlepiej, spadła na nią totalna krytyka. Dla mnie wartość eksperta, który wypowiedział się na jej temat, jest śmieszna.

Rzeczony ekspert nie wiedział o jej przypadłości. Ocenił ją ze sportowej strony.

- Tak, ale proszę zwrócić uwagę, jak mało wiarygodna jest taka opinia. A ja przecież jako trener nie będę opowiadał wkoło i wyjaśniał ginekologiczne przypadłości moich siatkarek. Dziś mówię o tym, by oprzeć się na jakimś przykładzie. A dla mnie dziewczyna ta, mimo surowych ocen, była bohaterką. Dlatego nie interesują mnie płytkie i powierzchowne opinie na temat mnie i mojego zespołu. Nie biorę ich sobie do serca.

Jaka była największa złośliwość pod pana adresem?

- Nie prowadziłem rankingu. Rozmawialiśmy przecież wielokrotnie, zawsze panu mówiłem, że wizytówką trenera są wyniki. Słowa nic nie wnoszą do rzeczywistości.

Jaka jest pana filozofia trenerska?

- Z dużą wiarą podchodzę do tego, co robię, ale i z pokorą. Nie jestem buńczuczny. Wyznaję zupełnie inną teorię w podejściu do wyniku sportowego niż inni. Denerwuje mnie asekuranctwo, które jest powszechne w polskim sporcie. Usprawiedliwianie porażki, nim ona nadejdzie. Wielu siatkarskich szkoleniowców, nawet tych trenerskich guru w Polsce, robi to nagminnie. A ja, jak zdążył mnie pan poznać, umiem delektować się przyjemnością ze zwycięstwa i zdać sobie sprawę, że pracuje na to cały sztab. Umiem także znosić gorycz niepowodzeń i wtedy wziąć odpowiedzialność za nie na siebie. Trzeba mieć odwagę, prawda? Ale jak widać, tylko ja mam takie zdanie na ten temat.

Wie pan, jak mówi się o panu w światku? Rezende, od brazylijskiego guru trenerskiego. Tyle że pod pana adresem pada to raczej w złośliwym tonie.

- Rezende? Fajna ksywka. Wiem, wiem, jakie złośliwości padają wobec mnie. Jeśli wymyślają to dziennikarze, to nawet fajnie, coś się dzieje, to zupełnie inna historia. Ale jeśli powtarzają to ludzie z mojej branży, odpowiadam: "Chcesz chłopie udowodnić swoją wyższość? Wystaw mi na boisko zespół, a ja wystawię swój, zobaczymy, kto jest lepszy".

Ten Rezende wziął się stąd, że Brazylijczyk podczas przerw w grze prowadzi taktyczne tyrady, a pan - jak mówią inni trenerzy - albo milczy, albo operuje banałami.

- To ja się pytam, co mówi trener Jurek Matlak, którego stawia się za wzór? Co się dzieje u niego na czasie, co on mówi, ile w tym ogólników? Nawet jeśli ktoś uzna moje czy jego słowa za banał, to cholernie ważna sprawa. Trener zna swoich zawodników, wie, jak z nim rozmawiać. Czy potok słów i informacji, które mogą paść w czasie 30 sekund, to skuteczna metoda? Czy zespół da radę zrealizować 20 rzuconych założeń taktycznych? Ja przygotowuję zespół taktycznie przed meczem, a w przerwach w grze tylko im o tym przypominam. I robię to jednym zdaniem. Albo inaczej: jak mogę wymagać od drużyny realizacji taktyki, skoro nie jest on w stanie przyjąć zagrywki? Wtedy mogę tylko uspokoić zespół, kiedy tego wymaga, albo rozdrażnić, kiedy widzę ospałość. Znam swój zespół na wylot. Wystarczy mi popatrzeć w oczy zawodniczce, ona spojrzy w moje i już wiemy, o co chodzi.

Jeden trener chce być medialny, pięknie wyglądać w telewizyjnym okienku, a drugi chce być skuteczny, nawet jeśli bywa przy tym nudny. Nie wiem jak innych, ale mnie interesuje to drugie.

Jak się prowadzi klub, kiedy jest się jego trenerem i prezesem w jednej osobie?

- Moja praca nie jest usłana różami. Są różne momenty, ale jedno jest pewne - ja doskonale rozumiem swój zespół, a on doskonale rozumie mnie. To największa wartość, jaką wypracowałem.



Zobacz także
  • Makowski: Kosmetyczne zmiany w Centrostalu

Najnowsze informacje