Sport.pl

Rozmowa z Arturem Partyką o Adamie Małyszu

Tylko wielki sportowiec potrafi przełamać się w tak trudnym momencie. Wydaje mi się, że w niedzielę w Zakopanem Małysz się odblokował - mówi Artur Partyka.
Artur Partyka był mistrzem przygotowania formy na najważniejszy dzień w roku - na finał olimpijski lub finał mistrzostw świata. Przez dziesięć lat przywoził medale z zawodów najwyższej rangi, nawet jeśli nie był w najlepszej formie.

Stefan Tuszyński: Czy można porównać Adama Małysza do Artura Partyki jako sportowca?

Artur Partyka: Różnica między nami jest duża. Ja przygotowywałem się właściwie do jednej imprezy w roku. Startowałem zdecydowanie rzadziej. Adam musi startować we wszystkich imprezach, zawody traktuje jak trening. Ja mogłem skakać najwyżej w pięciu-sześciu startach w sezonie.

Czy można zatem porównać trening skoczka wzwyż z treningiem skoczka narciarskiego?

- Trening jest na pewno podobny, szczególnie w fazie przygotowania ogólnego. Trenuje się podobne cechy motoryczne, a istotą konkurencji jest maksymalne odbicie w ułamku sekundy. Różnica polega na tym, że Adam odbija się z dwóch nóg, a ja odbijałem się z jednej.

Skąd według Pana wzięła się obniżka formy Małysza?

- To naturalna sprawa. Można zmęczyć się ciągłymi startami. W przypadku Małysza widoczne to było na skoczniach dużych, bo jak słyszeliśmy, na średniej skakał wspaniale. Adam ostatnio wychodził na start, oddawał świetny skok i wygrywał. Przyzwyczaił się, że wystarczy wejść i zrobić swoje - wpadł w automatyzm. Aż nagle wystąpiło zmęczenie, doskonała machina zaczęła szwankować. Katastrofa.

Skąd w takim razie zwycięstwo Polaka w Zakopanem?

- To była wielka sztuka. Tylko wielki sportowiec potrafi przełamać się w tak trudnym momencie. Wydaje mi się, że w niedzielę Małysz się odblokował.

Jak według Pana Adama Małysz powinien trenować przez ostatnie dwa tygodnie do igrzysk?

- Ostrożnie. Nie sądzę, żeby miał w planach jeszcze jakieś wielkie treningi. Trener Tajner zapewne będzie chciał go "odświeżyć".

Co Pan robił dwa tygodnie przed startem?

- Odpoczywałem. Miałem bardzo krótkie treningi, najwyżej 45-minutowe. Wykonywałem maksymalną pracę w krótkim czasie i z maksymalnym wypoczynkiem. Ważne było też, by się odświeżyć psychicznie, najlepiej w Wiśle. Uciec z wielkiego cyrku. Zamiast na trening, iść na spacer. Obok żona, dziecko na sankach, góry, las, cisza. Zaczynało się wtedy słyszeć inne rzeczy, dostrzegać świat naokoło. Tak ładowałem akumulator.

A na samej imprezie?

- Starałem się zamknąć w swoim świecie. Odizolować się, choć wieczory lubiłem spędzać z przyjaciółmi, pożartować, pośmiać się, oszukać układ nerwowy. Umiejętność odizolowania jest ważna, bo na starcie człowiek zostaje sam. O Adasia jestem spokojny, bo pokazał już kilka razy, że potrafi wytrzymać ciśnienie imprezy.

Co jednak zrobić, by Małysz w Salt Lake City nie był szósty, ale jak Partyka potrafił zdobyć medal?

- Mam nadzieję, że trener Tajner i spółka to wiedzą. W końcu przygotowali Małysza do złota na MŚ w Lahti. Uważam, że ten drobny kryzys formy mógł Polakowi pomóc, bo stracił pozycję pewniaka. Zacytuję tu Sergieja Bubkę. Powiedział mi kiedyś: "Wiesz, Artur, żeby dokonać czegoś wielkiego, trzeba się trochę bać". Ja w każdych wielkich zawodach miałem stracha. Małysz też pewnie ma, ale po Zakopanem jestem spokojny, że potrafi sobie dać z nim radę.