Sport.pl

Jak Inter pozbywał się zalewającego się piwem Adriano

Inter chce wyruszyć na szczyt Ligi Mistrzów, więc musiał zrzucić balast w postaci niestabilnego psychicznie i notorycznie zalewającego się piwem Adriano.
Uchodził za kandydata na futbolistę wybitnego - prototyp snajpera przyszłości, czyli kolosa łączącego imponujące warunki fizyczne z techniką. W piątek rozstał się z nim ostatecznie Inter Mediolan.

Dopiero w piątek. Rozwiązanie kontraktu było kwestią czasu. Przed Wielkanocą brazylijska prasa przyłapała 27-letniego piłkarza w Rio de Janeiro na urodzinach bossa narkotykowego gangu. Pas obwiesił pistoletami, w jednej dłoni trzymał skręta, w drugiej szklankę whisky. Jego koledzy z Interu wrócili już do klubu po obowiązkach reprezentacyjnych, zdążyli nawet wygrać z Udinese. On wrócić nie zdołał.

Znów. Obowiązki jawnie lekceważył co najmniej od 2004 roku, w którym dwukrotnie przylatywał z ojczyzny z dwudniowym opóźnieniem. Potem przytył, fotografowano go z kuflem lub roztańczonego w nocnych klubach, nie docierał na zajęcia (bo po imprezowaniu z przyjaciółmi "nie zadzwonił budzik"), ewentualnie na trening wtaczał się w stanie lekkiej nieważkości.

Ten ostatni incydent wydarzył się już za kadencji Jose Mourinho, w grudniu. Klub piłkarza chronił, kolportował wersję o kontuzji. Właściciel Interu Massimo Moratti od lat wykazywał cierpliwość niespotykaną u szefów wielkich futbolowych korporacji. Wiedział, że Adriano długo nie umiał się otrząsnąć po śmierci ojca, że dla odzyskania równowagi na pewien czas sprowadził nawet do Mediolanu babcię. Wybaczał mu Moratti każdą niesubordynację, nazywał go przybranym synem, wysyłał w środku sezonu na wakacje do Brazylii, by ten uporał się z depresją, wreszcie wypożyczył go do Sao Paolo. Tam Brazylijczyk zwyczajów nie zmienił. Repertuar ekscesów nawet wzbogacił - nie tylko spóźniał się na treningi, ale i przedwcześnie je opuszczał. Szybko usłyszał do zwierzchników, że może pójść sobie precz w dowolnej chwili, a nikt tęsknić za nim nie będzie.

Mourinho, choć był dla Adriano nad wyraz łaskawy, też pewnie odetchnął w piątek z ulgą. Jeśli Inter chce wyruszyć na szczyt Ligi Mistrzów, musiał zrzucić balast w postaci gwiazdora niestabilnego psychicznie i notorycznie zalewającego się piwem. Kilkanaście dni temu portugalski trener nie mówił o nim nawet z furią, lecz smutkiem. Zasugerował, że przypadek Adriano osiągnął wymiar wykraczający poza sport, że stał się przede wszystkim ludzką tragedią.

Ostatnio analizują go głównie lekarze. Najradykalniej wypowiedział się medyk związany z kadrą Brazylii, który zalecał psychiatrę i kurację farmakologiczną. Z tą diagnozą nie zgodził się były psycholog Interu Lorenzo Varnava: - Nie mogłem nie dostrzec, co się dzieje z Adriano, i ostrzegłem kogo należało. Kazali mu skontaktować się ze mną. Przyszedł. Powiedział, że musi iść i zobaczymy się innym razem. Ale innego razu nie było. On nie cierpi na chorobę, którą można wyleczyć tabletkami. To jest człowiek, który wciąż ucieka. "Jest problem? To sobie idę". Spróbował z alkoholem, eksperyment się udał, więc postanowił go powtórzyć. I powtarzał go coraz częściej.

Adriano nie jest, jak wynika z doniesień brazylijskich oraz włoskich, alkoholikiem w najbardziej potocznym rozumieniu, czyli uchlewającym się każdego dnia i do upadłego. Znieczula się co pewien czas - szukając pocieszenia w chwilach kryzysu - ale jak już zacznie, to niełatwo mu przestać. Budzi się rano, boi konsekwencji picia wczorajszego, niekiedy topi strach w następnym drinku. Byle uciec od spotkania twarzą w twarz z prezesem, trenerem, kolegami z drużyny.

W reprezentacji kraju, gdzie konkurencję ma potwornie mocną, wypracował znakomity bilans - 29 goli w 47 meczach. Jeszcze w tym sezonie napastnik obwołany niegdyś "Imperatorem" grywał niekiedy świetnie, błysnął m.in. w derbach z Milanem. Aż nagle obwieścił, że do Włoch nie wróci. Narzekał na zatruwającą mu życie presję, mówił, że kopanie piłki przestało mu sprawiać przyjemność. I ogłosił, że futbol rzuca.

O wielkiej, europejskiej piłce czytaj na blogu Rafała Steca »