Sport.pl

Adam Małysz: Od początku sezonu chcę skakać daleko

- Moje marzenie to złoty medal olimpijski, choć mistrzem można zostać przypadkowo - mówi ?Gazecie Wyborczej? i Sport.pl najlepszy polski skoczek.
Marcin Hetnał: Sezon skończył pan powrotem na podium Pucharu Świata. W Planicy zajął pan dwa razy drugie miejsce w konkursach indywidualnych, druga była też drużyna. Zaczął pan już z optymizmem myśleć o igrzyskach w Vancouver?

Adam Małysz: W Planicy skoki znowu sprawiały mi radość. Wreszcie sobie udowodniłem, że wciąż potrafię walczyć z najlepszymi. Trudno o lepszą motywację przed olimpijskim sezonem. Tyle lat już skaczę, starsi odchodzą, młodsi przychodzą, a ja wciąż jestem wysoko. To dodaje wiary. Teraz zbieram sztab ludzi, którzy pomogą mi się dobrze przygotować do sezonu. Hannu Lepistö pozostaje pierwszym trenerem, drugim będzie pewnie Robert Mateja. Szukamy serwismena. Nowy sezon od razu chcę zacząć dobrze. Na razie mam chwilę wytchnienia, ale w maju biorę się do roboty.

Odpocznie pan za granicą?

- Żona chciałaby lecieć gdzieś daleko, ja wolę wreszcie pomieszkać w domu. Skończy się pewnie kompromisem, pojedziemy niedaleko i na krótko.

Jak będą wyglądały przygotowania do sezonu?

- Plan ułoży Hannu Lepistö, ale już wiem, że będę startował tylko w niektórych konkursach letniego Grand Prix.

Wrócił pan do fińskiego szkoleniowca, bo jest bardziej stanowczy od trenera kadry Łukasza Kruczka?

- Z Łukaszem miałem partnerski układ, Hannu to dla mnie olbrzymi autorytet. Ale to nie znaczy, że nie wolno się przy nim odzywać. Przeciwnie, pewne sugestie przekazałem mu już po tej zimie. Jest otwarty, często rozmawiamy. Ale ostateczna decyzja zawsze należy do niego, bo jest świetnym trenerem i mu ufam. Robię, co mówi.

Załóżmy, że w Vancouver zdobędzie pan złoty medal. Co dalej? Skończy pan karierę na szczycie czy będzie skakał dalej?

- Nie zastanawiałem się nad tym. W grudniu skończę 32 lata, w moim wieku większość zawodników już kończy ze skakaniem. Poza Japończykami, którzy są nie do zdarcia. Nie mogę teraz myśleć o tym, co będzie po igrzyskach. Muszę i chcę się do nich jak najlepiej przygotować.

Bardziej ucieszyłby pana medal indywidualny czy drużynowy?

- Moim marzeniem jest złoto. Medal w drużynie, obojętnie jakiego koloru, to byłoby coś niesamowitego. Z chłopakami świetnie mi się współpracuje. Medal byłby dla nich bramą do następnych sukcesów. Na MŚ w Libercu zajęliśmy czwartą lokatę, w Planicy - drugą. Znaczy, że potencjał jest.

Co takiego jest w medalu olimpijskim, że jest marzeniem każdego skoczka?

- Bardziej od mistrzostwa świata cenię Kryształowe Kule za Puchar Świata. Tytuł można wygrać dzięki szczęściu - to tylko dwa skoki. Puchar pokazuje, kto był najlepszy w trakcie całej zimy i dlatego moim zdaniem ma większą wartość. Wolałbym, żeby tytuł mistrzowski przyznawano tak jak w Formule 1 - za cały sezon. Igrzyska to jednak coś wyjątkowego, impreza, która jest raz na cztery lata. Każdy chce być w nich najlepszy. Choć i mistrzem olimpijskim można zostać przypadkowo.

Ostatnio pozwoliliśmy sobie na primaaprilisowy dowcip, że aby jak najlepiej przygotować się do igrzysk, wyjedzie pan do Japonii podglądać japońskich weteranów, a także stosować japońską dietę i przejąć japońskie zwyczaje... Pytając poważnie, nigdy nie przyszło panu do głowy wspomagać się jakimiś japońskimi ziołami?

- Ziółka piję, owszem, ale to szwajcarska mieszanka alveo. Dla zdrowia pijam też zieloną herbatę. Kulturę japońską szanuję i cenię. W tym roku parę razy trenowałem razem z Japończykami, graliśmy w siatkówkę. Imponują mi spokojem i determinacją. Okabe wygrał w Kuopio w wieku 38 lat, ciężko będzie pobić ten rekord. Poza tym zawsze pasjonowała mnie joga. Znam kilka ćwiczeń, które polecał mi doktor Blecharz. Czasem je stosuję.

Tomasz Sikora opowiada o sile w nogach - czytaj tutaj »