Sport.pl

Mourinho rozbierany do rosołu

Nastał moment, w którym miażdżąca większość osobistości calcio uznała, że Mourinho przegiął
Orgia bez goli też daje frajdę »

Był sobie doświadczony (rocznik 1946) trener Jesualdo Ferreira, którego nikt nie zna, i był bardzo sławny trener José Mourinho (rocznik 1963), którego znają wszyscy. Ten drugi - po godzinach felietonista - nie lubił pierwszego i postanowił opisać, czym się od kolegi po fachu różni. "Był sobie trener z 30-letnią karierą i inny - z trzyletnią. Ten pierwszy niczego nie wygrał, choć pracował nieskończenie długo, ten drugi wygrał bardzo wiele, choć pracował króciutko. Pierwszy zostanie zapomniany, drugi mógłby już teraz skończyć karierę, a i tak nikt nigdy nie wymazałby jego nazwiska z historii. Pierwszy to historia osła, który harował 30 lat, ale nie udało mu się zostać koniem".

Prowadzącemu Porto Jesualdo Ferreirze, fachowcowi bez szczególnych osiągnięć, dostało się przed kilkoma sezonami. Mourinho wcześnie zorientował się, że jest najwybitniejszy, a trenerom mniej wybitnym - czyli prawie wszystkim - zawsze chętnie o ich małości przypominał. I jego upodobania do dziś się nie zmieniły. Kiedy latem z nieba zstąpił do Włoch, na powitanie zwymyślał Claudio Ranieriego z Juventusu od stetryczałych dyletantów, potem szydził z mniej znaczących postaci Serie A. W ubiegłym tygodniu jął uświadamiać Włochom, jak marnie pracują giganci - Luciano Spalletti z Romy oraz Carlo Ancelotti z Milanu. Skandal wywołał zresztą całą serią werbalnych wybuchów, więc zajmą się nim organy dyscyplinarne. Wytykanie błędów sędziowskich, które pomagały Interowi, obwołał intelektualną prostytucją, wywołując wściekłość tłumu osobistości włoskiej piłki. Prezes Romy Rosella Sensi zarzuciła mu wręcz, że podżega do stadionowej przemocy.



Karierę zrobił Mourinho rzeczywiście oszałamiającą. Po objęciu pierwszej w życiu posady samodzielnego trenera uczynił z Porto najbardziej sensacyjnego triumfatora Ligi Mistrzów minionej dekady. Z Chelsea - wziął go tam Roman Abramowicz, który chciał najmować specjalistów wyłącznie najlepszych na świecie - zdobył dwukrotnie mistrzostwo Anglii. Teraz zmierza po tytuł w Serie A. W całej karierze przegrał zaledwie jeden (!) ligowy mecz u siebie.

Nie sukcesy sprawiły jednak, że rozpala emocje wszędzie, gdzie się zjawi. Mourinho to wśród trenerów absolutny unikat. Ujmująco elokwentny showman, arogancki i zapalczywy polemista, narcyz z reputacją omnibusa przerastającego inteligencją większość kolegów po fachu, a przede wszystkim idealny celebryta naszych czasów - idealny, bo przebijanie się przez medialną kakofonię przychodzi mu naturalnie, on zwyczajnie nie umie dać do mikrofonu wypowiedzi letniej, podobnej do typowego trenerskiego mamrotania o niczym. I zmusza każdego, by się określił. Albo jesteś z Mourinho, albo jesteś przeciw Mourinho. Stany pośrednie - szorstkie przyjaźnie czy inne wariacje tymczasowego zawieszenia broni - nie wchodzą w grę.

Anglicy pokochali go na zabój. Oni czytają futbol poprzez starcia osobowości, ligowe igrzyska uwielbiają sprowadzać do fabularnego studium charakterów. Ognisty orator, który zatraca się w stanie permanentnej wojny z całym światem, był dla nich wymarzonym bohaterem narracji niemal epickiej. Włosi też przyjęli go z zachwytem. Zobaczyli w nim weredyka, który nawet na pierwszej audiencji u papieża - dlaczego pisząc o Mourinho, nie umiem uciec od pontyfikalnych skojarzeń? - wyznałby gospodarzowi na powitanie, że nie podoba mu się jego sukienka. "Zawsze mówi prawdę, artykułuje to, co myślą wszyscy, ale myślą po cichutku, by broń Boże nikt ich nie usłyszał" - entuzjazmowali się komentatorzy, opiewając odświeżający wpływ portugalskiej wielkiej gęby na stęchłe, przeżarte "pełną fałszu dyplomacją" środowisko włoskiej piłki. Zachowywał się trener Interu trochę jak wymachujący sztucznym penisem Palikot, tyle że w przeciwieństwie do naszego posła od nikogo nie słyszał, że zjechał poniżej akceptowalnego poziomu.

Aż nastał moment, w którym miażdżąca większość osobistości calcio uznała, że Mourinho przegiął. I, co równie ważne, dostrzegła skazy w jego metodach zarządzania ludźmi.



Kardynalny błąd popełnił Portugalczyk na przykład po środowej klęsce w Pucharze Włoch z Sampdorią, z którą jego rezerwowa drużyna przegrała 0:3. - Już wiecie, dlaczego w lidze wystawiam wciąż tych samych ludzi - wypalił. On, znany ze stawania w obronie piłkarzy za wszelką cenę, nie po raz pierwszy upublicznił swój brak zaufania do graczy, którym i bez tego ewidentnie brakuje pewności siebie. Znów okazało się, że choć Mourinho umie szczegółowo zaplanować konferencję prasową, to kiedy dziennikarze dorywają go w pomeczowej malignie, schodzącego z ławki, wypada gorzej. Spontaniczność mu nie służy. I nie wiadomo, czy nie okaże się, że jego strategia - nieustające skandalizowanie dla zdjęcia presji z zawodników - jednak nie jest uniwersalna. Że w pewnych okolicach może być samobójcza.

W Anglii Mourinho miał czas, by wszystko przemyśleć, włoskie media nawet w trakcie meczu podsłuchują, co się dzieje na ławce rezerwowych. A jeśli czegoś nie usłyszą, wzywają speca od czytania z ruchu warg. Chyba nigdzie indziej nie analizuje się tak drobiazgowo każdego trenerskiego westchnienia i każdego boiskowego epizodu. Co więcej, analizy dokonują wytrawni znawcy, bo Italię - w przeciwieństwie do szukających ciekawych historii Anglików - fascynuje przede wszystkim sama gra. Włosi się na niej fantastycznie znają, uwielbiają roztrząsać niuanse, rozbierają mecz piłkarski na cząstki elementarne, a trenera obnażają do rosołu.

Mourinho był zaskoczony, przyznawał, że potrzebuje czasu, by poznać nowe obyczaje i przywyknąć. Idzie mu opornie. Skrupulatny taktyk znalazł godnych partnerów do wysoce merytorycznej rozmowy o futbolu, w której nie ma miejsca na beztreściową trenerską nowomowę. Oni zawsze przyłapią go na manipulacji, nie dadzą się zbyć ogólnikiem, zażądają detalicznego wytłumaczenia się z każdej podjętej w trakcie gry decyzji, potem poproszą każdą osobistość calcio o komentarz. Nie popuszczą, o trwającym ułamek sekundy incydencie potrafią debatować bity tydzień. A "La Gazzetta dello Sport" po meczu wystawia noty nie tylko piłkarzom, ale ocenia też trenera. W Anglii tego nie było.



Mourinho nie stał się na razie w Serie A wrogiem publicznym numer jeden. Wciąż uwodzi i fascynuje, właśnie czytałem dziełko publicysty, który nakreślił wizję ligi włoskiej AD 2009 bez Mourinho, po czym sam się tej wizji przeraził (byłoby ponoć niewyobrażalnie nudno). Nawiasem mówiąc, portugalski szkoleniowiec płaci nie tylko za swoje występki - jak Chelsea otoczenie zazdrościło fortuny Romana Abramowicza, tak mnóstwo ludzi calcio uwiera hegemonia Interu, najobficiej inwestującego w transfery i mknącego po czwarte z rzędu mistrzostwo.

Wiele zostanie Mourinho wybaczone, jeśli w środę jego piłkarze wyeliminują z Ligi Mistrzów Manchester United. Interowi europejskie rozgrywki kojarzą się wyłącznie z traumatycznymi klęskami, a teraz jeszcze cała Serie A przeżywa zapaść i jej przedstawiciele co rusz dostają lanie od klubów angielskich. Kto przywróci calcio dumę, zasłuży na pomnik. Winy zostaną mu odpuszczone, w oczach włoskiego kibica umiejętność wygrywania unieważnia wszelkie wady.

Ale też Portugalczyk bardzo ryzykuje. Rośnie grupa antagonistów, którym się naraził i którzy nie będą mieli litości, jeśli przegra. Już nawet Paolo Maldini, zazwyczaj wzór powściągliwości, rzucił, żeby się Mourinho nie licytował na sukcesy, bo on, Maldini, zdobył ich jakieś pięć razy więcej. Od mniej eleganckiego adwersarza prowokujący najskrajniejsze emocje supergwiazdor współczesnej piłki może pewnego dnia też, jak Ferreira, usłyszeć, że jest skończonym osłem.