Sport.pl

Wenta: Gdyby Siódmiak nie trafił, naprawdę urwalibyśmy mu jaja

- Patrzę na ławkę, Tomek Tłuczyński ma łzy w oczach i przykrywając głowę ręcznikiem, zaczyna rozpaczać, że mecz nie wyszedł. Nie wytrzymałem, rzuciłem mu parę naprawdę brutalnych słów - trener reprezentacji Polski piłkarzy ręcznych Bogdan Wenta relacjonuje specjalnie dla Sport.pl i "GW" ostatnie chwile historycznego spotkania z Norwegią na MŚ w 2008 r.
Tu przeczytasz cały wywiad z trenerem Wentą »

Możemy o tych 14 sekundach? Kto opracował taktykę, jak odebrać piłkę i rzucić zwycięskiego gola?

- Wróćmy do tego, co było wcześniej. Przegrywaliśmy dwiema bramkami i po dwóch błędach norweskiego środkowego wyrównaliśmy. A i to nie był kluczowy moment meczu, tylko 57. minuta. Dwa gole straty, wychodzimy z kontrą, sędziowie przerywają akcję. Patrzę na ławkę, Tomek Tłuczyński ma łzy w oczach i przykrywając głowę ręcznikiem, zaczyna rozpaczać, że mecz nie wyszedł. Nie wytrzymałem, rzuciłem mu parę naprawdę brutalnych słów.

To oglądał pan mecz czy patrzył na ławkę?

- Mecz, ale jak zobaczyłem, że nakłada ten ręcznik, to nie wytrzymałem. Przecież jego rezygnacja mogła udzielić się chłopakom.

To wydarzenie, moja reprymenda była początkiem ciągu pewnej historii. Jak w układance. Później były słowa Daniela Waszkiewicza do drużyny, słowa naszego bramkarza Sławka Szmala. Kibic tego nie zauważy, ale kiedy Mariusz Jurasik, a później Rafał Gliński rzucał wyrównującą bramkę, rozmawialiśmy ze Sławkiem, że jak będzie końcówka, to odpuszczamy prawe skrzydło, a on go broni. To był splot niesamowitych wydarzeń. Układaliśmy scenariusz, nie wiedząc, co będzie za chwilę.

Proszę zwrócić uwagę, że my już nie mieliśmy czasu, to trener Norwegów wziął go po wyrównującym golu. Gdyby zrobił to wcześniej, pewnie wybiłby nas z rytmu i nie dalibyśmy rady.

No i te 14 sekund. Od wielu lat współpracuję z pewnym człowiekiem z zagranicy, który uczy mnie okazywać spokój nawet w tak kryzysowych momentach. To niebywale trudne. Czasem nie muszą to być słowa, wystarczy gest.

Wie pan, o czym wtedy myślałem? Że nawet jeśli Norwegowie rzucą nam bramkę, to i tak będziemy mieć szansę na remis, mimo że zostanie mniej niż 10 sekund. Bo remis, choć nie dawał nam awansu do strefy medalowej, umożliwiał zajęcie wyższego miejsca na mistrzostwach. W cyrku zwanym piłką ręczną trzeba walczyć zawsze i wszędzie. System eliminacji do imprez mistrzowskich jest tak trudny do przejścia, że liczy się każdy gol. Brąz na mistrzostwach świata daje nam jedynie słabszych rywali w kolejnych eliminacjach, ale poza tym startujemy od zera, bo tylko mistrz dostaje fory.

Gdyby Artur Siódmiak w ostatnich sekundach nie trafił do pustej bramki Norwegów z własnej połowy boiska, pan urwałby mu jaja. Tak pan powiedział.

- No, chyba rzeczywiście urwalibyśmy mu jaja, bo przed norweską bramką miał i Mariusza Jurasika, i Damiana Wleklaka, a jednak zdecydował się na rzut. Cieszę się, że na niego trafiło, że on był w blasku fleszy, bo to chyba najczęściej opierdzielany przeze mnie zawodnik.

Nazajutrz na treningu, kiedy emocje już opadły, zainscenizowaliśmy tę sytuację. Za pierwszym razem nie trafił, rzucił jakiegoś farfocla. Dopiero za drugim mu się udało.

Wie pan, jak ważna jest koncentracja i to, żeby się nie poddawać? Kiedy rzuciliśmy zwycięskiego gola, wcale nie myślałem, żeby się cieszyć. Tylko krzyczałem chłopakom, by cofnęli się do obrony. Bo przecież Norweg w stroju bramkarza mógł rozpocząć grę i mieli szansę nas jeszcze pokarać. Ale on upadł na podłogę i rozpaczał, mimo że miał do końca meczu siedem sekund. Siedem sekund! Ile to czasu!

Trafiliśmy z gówna do raju, choć to Norwegia była lepsza, kontrolowała grę niemal przez cały mecz. Nam się tylko udało, pomógł nam przeciwnik i los. Tak nie będzie zawsze, naprawdę noszę w sobie wiele pokory. Dostałem wiele razy po dupie, więc siedząc na konferencji po meczu, nie cieszyłem się, tylko wczuwałem się w rolę trenera Norwegów. Wiedziałem, co on czuje. To tyle tej historii.

Zobacz bramkę Artura Siódmiaka Z Czuba. tv »


Więcej o: