Sport.pl

Liga Mistrzów: Orgia bez goli też daje frajdę

Jeśli futbol ma wciąż utrzymywać swój defensywny kurs, faworytów Ligi Mistrzów wypadałoby szukać pośród kwartetu angielskiego oraz zmodernizowanej wersji Realu Madryt. Pierwsze odpowiedzi poznamy we wtorek i środę podczas ośmiu meczów 1/8 finału tych najbardziej elitarnych rozgrywek klubowych na świecie. Relacja na Z czuba.pl i w Sport.pl.
Rafał Stec: Stracone pokolenie kibiców »

Włosi - zabójcy futbolu

Gdyby płaszcz Jana "Ratuuujcie mnie" Rokity nie został znieważony na pokładzie niemieckich sił powietrznych, lecz na boisku piłkarskim, nasz bohater prawdopodobnie zagrzewałby rodaków do powstania jękiem, że biją go Włosi. Jak bowiem szanujący się Niemcy nie kładą się spać bez poniżenia co najmniej jednego Polaka, tak Włosi - co wie każdy średnio rozgarnięty przedszkolak - ze swej paskudnej makaroniarskiej natury masakrują futbol. Zajęli się nim głównie po to, by go kibicom zohydzić, więc w całym świecie wyhodowali sobie niezliczone zastępy zajadłych wrogów.

Kliszę nakazującą widzieć we włoskich piłkarzach zło wcielone przywołuję w tej rubryce nie po raz pierwszy, ale tym razem nie zamierzam zwalczać go kompleksowo - pozrzędzę wyłącznie na jeden stereotyp, stereotyp nieśmiertelny i do śmiertelnego zanudzenia wracający w medialnej paplaninie. Stereotyp ów brzmi: Włosi zamiast normalnie, jak bozia zleciła, grać w piłkę, zawsze usiłują zakneblować przeciwnika; z pasją tylko się bronią i jeszcze złośliwie w defensywie nie popełniają błędów. Zastawiają bramkę, posługując się terminologią José Mourinho, nie tyle autobusem, ile całą zajezdnią.

Anglicy lepsi w defensywie

Okazję do pozrzędzenia na bezmyślne kolportowanie dawno nieaktualnych etykietek dał mi los, który w 1/8 finału Ligi Mistrzów skojarzył kluby włoskie z angielskimi. Inter podejmie Manchester Utd, Juventus - Chelsea, Roma - Arsenal. Ligowe imperium lekko podupadłe rzuca wyzwanie imperium kwitnącemu, ale nie dlatego okazja jest wspaniała. Rzecz w tym, że to właśnie potęgi Premier League robią wszystko, by odebrać potęgom Serie A markę wirtuozów defensywy.

Włoscy liderzy bronią albo beznadziejnie, albo przeciętnie. Gdyby drużyny najbardziej sflaczałej na tyłach szukać wśród słynnych europejskich firm, wypadałoby wyróżnić Milan. Wśród uczestników LM nie jest lepiej, jeden Juventus trzymał fason. Interowi strzelali gole wszyscy - jak na standardy tych rozgrywek naprawdę słabi - rywale w grupie, cypryjski Anorthosis na własnym boisku potrafił wtłuc ich aż trzy; Roma zachowała czyste konto w jednym z sześciu meczów (z rumuńskim Cluj), Fiorentina nie pozwoliła się ugodzić tylko Steaule Bukareszt. Włoska nadwrażliwość na ciosy staje się jeszcze bardziej uderzająca, jeśli porównać ją z odpornością angielską, a za kryterium obrać rozgrywki krajowe, mierzące defensywne osiągi na dłuższych dystansie. Otóż uczestnicy LM tracą w bieżącym sezonie* Serie A gola co 94 minuty, tymczasem reprezentanci Premier League - co 134 minuty.

Różnica jest, biorąc pod uwagę reputację obrońców z ojczyzny catenaccio, wprost szokująca. Tyleż jednak oddaje zapaść włoskiej gry obronnej, co nakazuje wreszcie oficjalnie obwieścić, że to wyspiarze sztukę osłaniania własnej bramki wysublimowali do perfekcji. Nikt w Europie nie może z nimi konkurować, i to bynajmniej nie dzięki niesamowitej passie Manchesteru, którego bramkarz Edwin van der Sar pozostaje nietykalny od 1302 minut gry w lidze. Nie, pozostali mocarze Premier League również ustawiają zasieki zniechęcająco dla rywala szczelne, doskonaląc się w tej umiejętności konsekwentnie od lat. Widać stałą tendencję, począwszy od sezonu 2001/02 w niemal każdym kolejnym czołowa czwórka traci mniej goli: 163, 162, 128, 123, 112, 113, 107. A jeśli MU, Liverpool, Chelsea i Aston Villa (lub Arsenal) utrzymają obecną przeciętną, na finiszu zejdą poniżej setki! Co byłoby pewnie już wynikiem krańcowym, hamującym spadkowy trend rekordem nie do pobicia.

Triumf taktyki

Nie lubię zaśmiecać felietonu liczbami, dlatego nie epatuję strzeleckimi statystykami ze wszystkich lig europejskich, powiem tylko, że angielska jest w czołówce (lub blisko końca stawki, zależy od punktu widzenia) - w niewielu rozgrywkach pada mniej goli. Skalę zjawiska ucieleśnia Nemanja Vidić, serbski obrońca Manchesteru, który znienacka stał się na Wyspach jednym z faworytów do nagrody dla najlepszego piłkarza roku.

Do indywidualnych talentów tematu ograniczać jednak nie wolno, skuteczna defensywa zależy od precyzyjnie zorganizowanej współpracy oraz podpartej końską wydolnością determinacji całej drużyny. I wyspiarze działania wyłącznie zgodnego z planem się nauczyli. Nieufni kibice sugerują, że kolosy Premier League nie tracą goli, bo słabsi truchleją na sam dźwięk ich nazw, marzą o bezbramkowych remisach, ani myślą ryzykancko wychylać się poza własną połowę. Ja bym dorzucił jeszcze inną teorię - o taktycznym zaawansowaniu tamtejszych drużyn. Jeszcze kilka lat temu David Platt - reprezentant Anglii, który spędził trochę czasu w Serie A - opowiadał: "Włoskiego piłkarza stymulują różne systemy gry i urozmaicone poruszanie się po boisku. Anglików te rzeczy nie interesują. Widzę to zawsze, gdy mówię o taktyce. Po 20 minutach tracą uwagę, ich oczy błądzą gdzieś ponad moją głową, wyraźnie myślą o czymś innym. Jeśli przez tydzień nie przeprowadzę ani jednej taktycznej sesji, piłkarz z Wysp albo tego nie zauważy, albo go to nie obejdzie. Włoch byłby przerażony. Dla niego taktyka jest esencją, jeśli nie czuje się przed meczem przygotowany taktycznie, nie czuje się przygotowany w ogóle".

Dziś już by Platt tamtej tyrady nie powtórzył. Anglików z boisk Premier League ubyło, na trenerskich ławkach rozsiedli się wzbogacający okoliczną kulturę piłkarską obcokrajowcy, a graczom Liverpoolu raczej nie wystarczy wytrwać na 20 minutach wykładu. Jak widzę jajowaty kształt głowy Beniteza, typowałbym raczej bite dwie godziny, i to dwie godziny z wyższą logiką dialektyczną, a może jeszcze liczbami urojonymi wybełtanymi w trzeciej zasadzie termodynamiki. Trening głowy popłaca, bo teza, że bronić łatwiej niż atakować, nie jest całkiem słuszna - kiedy rywal oblega twoje pole karne i zmusza do absolutnej koncentracji, spalasz najwięcej mentalnego paliwa.

MU taki silny, czy reszta taka słaba?


Ligę Mistrzów wygra... obrona

Nie zamierzam rzecz jasna wyszydzać Premier League i wmawiać, że teraz ona masakruje futbol. Spośród całej kupy kibicowskich upodobań, fobii i przesądów szczerze nie znoszę również aberracji polegającej na mierzeniu atrakcyjności futbolowego spektaklu liczbą goli. Kibice zindoktrynowani głupawą frazą o bramkach, które "muszą paść dla dobra widowiska", przed rokiem marudzili, że w dwumeczach Liverpoolu z Interem oraz Arsenalu z Milanem albo nie padały w ogóle, albo trzeba było czekać na nie ponad 80 minut. Tymczasem były te dwumecze najbardziej pasjonującymi w całej edycji LM. I symbolicznie ukoronowały wyspiarzy na królów defensywy - przez 450 minut gry z Włochami (rundę później Manchester United przechytrzył Romę) nie stracili ani jednego gola.

Teraz czas na rewanż. Dowodziłem w podsumowaniu roku 2008, że należał on nie do tych, którzy oszałamiali skutecznością, lecz do tych, którzy pieczołowicie zabezpieczali tyły - mistrzów Europy Hiszpanów oraz zdobywców Pucharu Europy z Manchesteru. Jeśli futbol ma wciąż utrzymywać swój defensywny kurs, faworytów Ligi Mistrzów wypadałoby szukać pośród kwartetu angielskiego oraz zmodernizowanej wersji Realu Madryt (dwie stracone bramki w dziewięciu kolejkach!). A my powinniśmy oblizywać się przed wielkim żarciem dla koneserów taktycznych szachrajstw. Alex Ferguson powiedział swego czasu, że kiedy Włosi proponują mu makaron, na wszelki wypadek sprawdza, co jest pod sosem. A przecież teraz jego rywali wspiera Mourinho - makiaweliczny trenerski szarlatan, z którym Szkot wygrał zaledwie jeden z 12 meczów.

* Statystyki obejmują stan sprzed minionego weekendu.

Pary 1/8 Ligi Mistrzów:

24.02. Atlético Madryt - FC Porto, Olympique Lyon - FC Barcelona, Arsenal Londyn - AS Roma, Inter Mediolan - Manchester United (nSport, 20:40)

25.02. Real Madrid - FC Liverpool (TVP2, 20:35), Chelsea - Juventus Turyn, Villarreal - Panathinaikos Ateny, Sporting Lizbona - Bayern Monachium

Który zespół wygra tegoroczną Ligę Mistrzów?