Sport.pl

Stracone pokolenie kibiców

Już co czwarty Polak deklarujący zainteresowanie piłką nożną za swój ulubiony klub uważa klub zagraniczny. Barcelona i Real ustępują jedynie Wiśle i Legii. Nasza liga, zohydzona serialem korupcyjnym, wyglądem stadionów i panującymi na nich obyczajami, musi stać się bardziej przyjazna miłośnikom futbolu. Inaczej będzie sobie dalej klepać biedę, a polski kibic - wysyłać pieniądze obcym
David Beckham wielkim piłkarzem jest »

Nie ty wybierasz piłkarską drużynę swojego życia, ona wybiera ciebie. Nie potrafię przypomnieć sobie autora tego zasłyszanego niegdyś bon mota (na pewno był nim obcokrajowiec), pamiętam tylko, jak wzdychał, że jego dopadła akurat drużyna skazująca wybrednego, pożądającego wielkiego sportu kibica na czarną rozpacz - telepanie się po niższych ligach, zwiedzanie prowincjonalnych stadionów, przyzwyczajenie się do myśli, iż istnieją kluby, które nigdy niczego nie wygrają. Nieszczęśnik ów chciał ponoć nawet sobie ulubieńców wymienić na innych, ale nie umiał. Całą resztę drużyn oglądał beznamiętnie, ich wyniki miał w głębokim poważaniu. Na swoją zobojętnieć nie dał rady, choć spinał się i, jak mówią piłkarze, dawał z siebie wszystko.

Tak, związywanie się z klubem po stokroć niebezpieczniejsze jest niż małżeństwo. Działają tutaj siły pozostające poza twoim wpływem, atakujące zazwyczaj na długo przedtem, zanim stajesz się władny podejmować dojrzałe decyzje. I raczej nie dają szans na rozwód.

To są prawdy o kibicowaniu nieśmiertelne, ale kibicowanie też ewoluuje. Archetyp fana, który mieszka nieopodal stadionu, odziedziczył sympatie po wujku, tudzież identyfikuje się z wychowanymi po sąsiedzku piłkarzami, nie tyle umiera, ile znalazł mocną konkurencję - pasjonata futbolu zafascynowanego klubem z drugiego końca Europy.

Gatunek kibicowskich innowierców istniał zawsze, ale rozplenił się dopiero dziś, w erze dłoni stale podpiętych do komputerowej myszki i oczu stale przyklejonych do ekranu monitora. Z zamówionych przez "Gazetę" badań wynika, że już co czwarty Polak deklarujący zainteresowanie piłką nożną za swój ulubiony klub uważa klub zagraniczny. Nie wybiera między Wisłą a Cracovią, nie wspiera Polonii, złorzecząc Legii lub na odwrót, lecz fascynuje się propagowaną na całej planecie wojną madrycko-katalońską, ewentualnie angażuje się w inne odległe geograficznie waśnie.

Barcelona i Real (w tej kolejności) mają u nas zdecydowanie najwięcej fanów, ustępując popularnością jedynie Wiśle Kraków i Legii Warszawa, a odsetek ich zwolenników dynamicznie rośnie wśród młodszych entuzjastów futbolu. Hiszpańskie supermocarstwa uwodzą niedawnymi sukcesami w Lidze Mistrzów (wygrywał ją kilka razy Real, potem wygrywała bądź późno odpadała Barca), filozofią zabraniającą przedkładać wyniki nad piękno stylu gry, atrakcyjną fabularnie i buchającą emocjami historią ich wzajemnej do siebie niechęci. Generalnie fenomen zagranicznych drużyn polega na prostej zasadzie, że wychodzący z niemowlęctwa przyszły kibic - zwłaszcza taki, którego rodzice nie zabrali na pobliski stadion - lgnie do lepszych. I zostaje z nimi na całe życie.

Teoretycy kibicowania "prawdziwego" będą się zżymać, że lokowanie uczuć w klubie z innego świata zbuduje więź co najwyżej powierzchowną i nietrwałą (jeśli nie pozorowaną), jest niepatriotyczne i w ogóle bez sensu, bo przed telewizorem być z drużyną na dobre i na złe się nie da. Będą się zżymać jałowo, zrzędzeniem od sieci ludzi nie odetną. A sieć unieważniła odległości - każdy fan Manchesteru United czy Juventusu codziennie sprawdza, co się dzieje u jego idoli, ogląda też wszystkie mecze, bo nielegalne internetowe transmisje same pchają się na ekran. Pchają się z takim natężeniem, że z oglądalnościowych słupków Canal+ nie warto wyciągać żadnych wniosków. Fanom chłonącym informacji o ulubionym klubie - coraz częściej w rytmie 7/24 - nie wadzi już nawet nieznajomość języków, służą im profesjonalizujące się serwisy polskie, niekiedy przeobrażone w dochodowy biznes (widać po liczbie reklam), niekiedy tworzone siłami kibiców gotowych pracować gratis, dla frajdy.

Ja skalę zjawiska dostrzegam wtedy, gdy witryna RealMadrid.pl - żywa, atrakcyjna, zaspokajająca wszystkie potrzeby "madridisty" niemówiącego po hiszpańsku - zacytuje moją blogową notkę i zamieści link do niej. W statystykach blogu widzę, że napływa do mnie kilka, czasem kilkanaście tysięcy fanów "Królewskich", którzy prawdopodobnie zaglądają do swojego klubu co chwilę. Fanów nie mniej zaangażowanych emocjonalnie niż ci, którzy w weekendy podziwiają z trybun naszą ligę - co wnioskuję z temperatury czytelniczych sporów na forum oraz listów do redakcji w reakcji na moje felietony, ale i relacji ludzi do tych mikrospołeczności należących.

Fantastyczne mecze również w lidze polskiej - wideo »

W życiorysie wzdychającego do zagranicy fana najnowszej generacji wszystko stoi na głowie lub skrzy się od paradoksów. Po raz pierwszy "swój" stadion odwiedza często bardzo późno, kiedy dorośnie lub zarobi na rozbijanie się po świecie (kibic tradycyjny inauguracyjnej wizyty niekiedy wręcz nie pamięta, zbyt wcześnie ją odbył); przyjeżdża nań rzadko, każdy wypad staje się wyprawą i niezapomnianym świętem (kibicowi tradycyjnemu co nudniejsze mecze ulatują z pamięci pięć minut po ostatnich gwizdku); codzienność klubu śledzi wnikliwie i na bieżąco wbrew oczywistej do niedawna oczywistości, że związki na odległość nie mogą przetrwać. Już mogą. Nawet kwitnąć.

Nowa rzeczywistość demaskuje nikłą wiedzę telewizyjną komentatorów, nawet tych najpopularniejszych, którzy nie przywykli do notorycznego nasłuchiwania, co piszczy w trawie na Anfield Road lub San Siro. I wyrobionego widza - członka polskich fanklubów, regularnego uczestnika zorganizowanych wypadów na ukochany stadion - nie są w stanie niczym zaskoczyć.

Uderza też owa kibicowska emigracja wewnętrzna w polską ligę. Ligę zohydzoną niekończącym się serialem korupcyjnym, miernym poziomem sportowym, wyglądem stadionów i obyczajami na nich panującymi, które hymnem uczyniły prostacki zaśpiew o radykalnym rozwiązaniu PZPN. Nasze kluby pewnie nigdy nie wypracują marki globalnej zdolnej konkurować z potężnymi piłkarskimi korporacjami. Ale muszą stać się bardziej przyjazne miłośnikom futbolu - zwracam uwagę na pojęcie "miłośników futbolu" opisujące ludzi, którym niekoniecznie wystarcza kibicowanie dla samego kibicowania.

Jeśli nasza liga nie spróbuje zwabić młodych Polaków, straci finansowo. Kibice Barcelony czy Liverpoolu wydają pieniądze na Barcelonę czy Liverpool, z badań wynika, że ich przybywa, zmiana ich nawyków może okazać się niemożliwa. Lord Robert Baden-Powell, twórca światowego harcerstwa (u wyspiarzy to się nazywało skautingiem), już przed stu laty wymyślał stadionowym bywalcom od żałosnej rasy, uczonej za młodu gromadnych, histeryczno-panicznych reakcji, ale pewną ich zaletę nawet on by docenił - bezwarunkową lojalność. Mężowie zdradzają żony, rodzice porzucają dzieci, wyznawcy Jezusa zaczynają znienacka szukać w sobie thetanów, motomaniacy zmieniają samochody, koneserzy burbona przerzucają się na jednodniowy marchewkowy. O kibicu, który radykalnie zmienił poglądy, jeszcze nie słyszałem.

Dlatego polskie kluby nie mogą niczego odkładać na później. Na razie hodują fanatyków zachodniej konkurencji, czyli pokolenie dla naszej ligi nieodwracalnie stracone. Do konwersji jej przedstawicieli nie namówisz, to nie oni wybrali drużynę, to drużyna wybrała ich. Do stadionu mają daleko, ale też są nawiedzeni, żarliwi, ortodoksyjni i zwyczajnie szurnięci. Jak każdy kibic. W "Yorkshire Evening Post", niedługo przed finałową kolejką drugiej ligi angielskiej wiosną 1990 roku, ukazało się ogłoszenie: "Mężczyzna poślubi jakąkolwiek posiadaczkę biletu na mecz Leeds - Sheffield United. Oferty proszę składać tylko ze zdjęciem. Biletu".