Sport.pl

Misja Chorwacja, czyli najazd na supermocarstwo

Polscy piłkarze ręczni rzucają wyzwanie Chorwacji, najbardziej utytułowanej drużynie ostatniej dekady. Jeśli pokonają gospodarzy, po raz drugi z rzędu zagrają w finale mistrzostw świata
Polacy przed walką o finał MŚ w Chorwacji »

Sukcesy gospodarzy turnieju są wprost niewiarygodne, nawet biorąc pod uwagę słynny poza granicami talent ludzi z Bałkanów do gier drużynowych. Wystarczyło im kilkanaście lat istnienia niepodległego państwa, by zebrać stos medali wszystkich prestiżowych imprez - dwukrotnie zdobywali złoto olimpijskie, byli mistrzami i wicemistrzami świata, kilka razy wskakiwali na podium mistrzostw Europy. W tej jednej dyscyplinie zdobyli niewiele mniej niż Polacy we wszystkich sportach zespołowych razem wziętych.

Gdyby chcieć oddać charakter misji piłkarzy Bogdana Wenty jednym hasłem, to wypadałoby napisać, że właśnie najechali supermocarstwo i przymierzają się do oblężenia jego najpilniej strzeżonej twierdzy.

Batalię o finał stoczą w stołecznym Zagrzebiu, w którym jeszcze nie grali. I to oni poczują się jak oblężeni. 15 tysięcy nieprzyjaznych gardeł spróbuje ich wykurzyć z hali Arena, niezbyt ładnej, ale imponującej i nowoczesnej - nasz Spodek pewnie by ze wstydu odleciał na półkulę południową. A jeśli nie wykurzyć, to przynajmniej siłą woli wepchnąć piłkę do polskiej bramki. Najlepiej na zawsze. Chorwaci świetnie w ręczną grają i na zabój ją kochają, wszystkie bilety na rozstrzygające mecze wyrwali z kas już w zeszłym w tygodniu, na internetowych aukcjach płacili za nie i kilkaset euro. Biało-czerwoni kibice napotkani w czwartek w Zagrzebiu byli wycieńczeni - bo jechali z kraju całą noc - i smutni - bo wejściówek nie zdobyli i stracili wiarę, że jeszcze zdołają zdobyć.

Nóż na gardle to jest to!

Chorwaci pozostali ostatnią niepokonaną drużyną w turnieju, ale dźwigają niebywałą presję. Jazgot z trybun będzie im sprzyjał, żądzę triumfu milionów rodaków czują na każdym kroku. Igrzyska w Pekinie, na których nie zdołali po raz trzeci sięgnąć po złoto, odchorowali niczym narodową klęskę. Teraz, jak to ujął trener Lino Cervar, nie ma nawet sensu roztrząsanie kwestii czysto sportowych i dywagowanie, do jakiego stopnia są faworytami. Kolejnego niepowodzenia rodacy zwyczajnie by nie znieśli. Niepowodzenia, czyli srebra.

Ewentualne nadzieje Polaków, że gospodarze nie uniosą całego kraju wiszącego im na plecach, rozwiewa Ivano Balić. - Najbardziej lubimy grać z nożem na gardle. Właściwie nawet nie wiem, dlaczego wtedy idzie nam lepiej - mówi gracz trzykrotnie uznawany za najlepszego na świecie. I dodaje, że jego i kolegów napędza wspomnienie olimpijskiej porażki z Pekinu. Zajęli tam czwarte miejsce. - Takie koszmary długo nie dają ci spokoju - wzdycha.

Na igrzyskach Chorwaci przegrali m.in. z Polakami. Czują przed nimi nieudawany respekt, tutejsi dziennikarze podsumowują drużynę Wenty krótko: "fantastyczna".

Powinni również dodać: poobijana. Podczas czwartkowego treningu (w ciemnawej, zapyziałej salce, to w takich miejscach wzrastają chorwaccy wirtuozi) z zespołem nie ćwiczyli Bartosz Jurecki i Damian Wleklak. Obaj nie wykonywali żadnych energicznych ruchów, rozgrzewali tylko bolące miejsca. Ale wszyscy w kadrze niechętnie przyznają się jednak, że coś im dolega. W tej grze mocni w gębie nie mają czego szukać, tutaj twardzielem trzeba być na boisku. Jurecki z kontuzją stawiał już czoła preferującym siłowy styl gry Norwegom.

- Nawet nie wiem do końca, co mi jest. Chyba podwichnąłem jakieś więzadło. To tylko prawa stopa, z każdą chwilą czuję się lepiej - wzrusza ramionami. Na obrotowym reprezentacji, który podczas treningu głównie siedział, w piątkowy wieczór uwieszą się co najmniej dwaj stukilogramowi drągale gotowi użyć każdego sposobu, by Polak nie odwrócił się do ich bramki, a jeśli jakimś cudem się odwróci - by nie oddał rzutu. Taki już los grającego na pozycji kołowego - newralgicznej dla ofensywy, skazującej na przebywanie w ciągłym zwarciu i zapaśniczą szamotaninę bez chwili wytchnienia. A stanie naprzeciw Jureckiego Igor Vori - nowy bohater Chorwacji, ponadwumetrowy chłop o gabarytach dwa razy poszerzonego w barach siatkarza.

Jurecki chętnie tłumaczy, jak półfinał wygrać. - Zachować spokój i słuchać się Damiana. Cisza, żadnych sprzeczek, tylko kapitan decyduje, co robimy - mówi. Damian Wleklak to rozgrywający. Niestety, też nie ćwiczył, zbił mięsień przy piszczelu. O urazie mówić nie ma ochoty, zbywa też pytania o fanatyczny piętnastotysięczny tłum Chorwatów. - Nawet gdyby przyszło ich 40 tysięcy, nie ma czego się bać.

Potrzebna lodowata krew

Wszyscy polscy piłkarze wyrzucają z siebie podobne frazy. Próbują obniżać napięcie, nie chcą widzieć w starciu z Chorwacją w jej własnej hali wyzwania ponad wszystkie, niektórzy - jak Artur Siódmiak - zaliczają ją po prostu do dziesiątki czołowych zespołów globu. Wciąż słychać uspokajający refren, że skoro udało się pokonać potęgę na igrzyskach, to nie ma powodu myśleć, że nie uda się jeszcze raz. Odsuwają od siebie Polacy dyskusje wokółmedalowe, odleglejsze cele dla nich nie istnieją, całą energię kierują na zwycięstwo w piątkowy wieczór.

Opowiadają też o precyzyjnym planie na Chorwację. - Musimy długo konstruować akcje, nie możemy grać szybko i zbyt szybko oddawać rzutów - wyjaśnia Jurecki. - Nie wolno po dwóch-trzech podaniach szukać gola, nie wolno się podpalać, wpadać na pomysły typu "o, jest trochę wolnego miejsca, rzucę sobie". Inaczej nie będziemy mieli szans.

Chorwacka operacja wymaga chirurgicznej precyzji, cierpliwości i chłodnych głów. Czyli rozciągnięcia na cały mecz dramatycznej końcówki z Norwegią, której atak polska defensywa skrępowała nie tyle z zimną krwią, co z krwią lodowatą. Oto wymarzone zadanie dla reprezentacji, która ma szansę stać się nadzwyczajną w całym naszym sporcie zespołowym. Bronić tytułu wicemistrzów świata, to byłoby wydarzenie bez precedensu.

Wenta: Złoty medal został już przyznany »