Sport.pl

Szejkowie pompują piłkę

Właściciele Manchesteru City prują na skróty. Spełnienie ich transferowych zachcianek prowadziłoby - ze sportowego punktu widzenia - do wynaturzeń. Ale zarzuty, jakoby ich oferta była ekonomicznie nieracjonalna, są kompletnie chybione. Szejkowie cele stawiają sobie sportowe, a stać ich, by dążyć do nich za wszelką cenę
Właściciele Manchester City chcą kupić Chelsea »

Roman Abramowicz zrobił się jakiś sympatyczniejszy. Zbiedniał. Zbiedniał zarówno bezwzględnie, bo finansowy kryzys okroił jego majątek do nędznych kilku miliardów, jak i względnie, bo światek futbolu najechali jeszcze obrzydliwiej nadziani szejkowie znad Zatoki Perskiej. Na razie grasują w kupionym latem Manchesterze City, wkrótce chcieliby rozpanoszyć się po całej lidze angielskiej. Przy nich rosyjski oligarcha wygląda prawie na gołodupca - on, kolekcjoner jachtów większych od pałacu Buckingham - i w ogóle rozsądnego, skromnego entuzjastę sportu, który gdyby nawet kupę szmalu miał, toby mu nie strzeliło do głowy epatować nim sąsiadów. Właściwie swój chłop ten Romek, kto wie, może wręcz będzie go trochę szkoda, jeśli zostanie zmuszony do sprzedaży Chelsea, ponoć należącej do jego zdecydowanie ulubionych zabawek.

Kiedy lądował w Londynie, mało kto się cieszył. Bardziej niż dorobkiewiczów lud nie lubi tylko dorobkiewiczów, których stać na każdy luksus i nie potrzebują czasu, know-how oraz ciężkiej pracy, by coś osiągnąć. Spektakularny sukces sobie kupują jak inni gumę do żucia. Być może jednak już niebawem, po doświadczeniach z szejkami, będziemy wspominać metody Abramowicza z rozrzewnieniem. Przecież on działał tradycyjnie, wręcz po staroświecku - zatrudnił trenera z doskonałą reputacją (José Mourinho wygrał wcześniej Ligę Mistrzów), menedżera z doskonałą reputacją (Peter Kenyon uczynił Manchester United najbogatszą piłkarską korporacją globu), dyrektora sportowego z doskonałą reputacją Franka Arnesena etc. Za piłkarzy, owszem, przepłacał, lecz nie rzucał się z miejsca na megagwiazdy, liderów ściągać nie musiał (Lamparda i Terry'ego w klubie zastał), przejął drużynę już bardzo mocną, celebrującą awans do Ligi Mistrzów.

Właściciele City prują na skróty. Usłyszeli, że nieźle kopie Kaka, to natychmiast biorą Kakę, kto by się przejmował, że wirtuozowi nad wirtuozami nie wypada ledwie wystawać nad strefę spadkową. Działają wprost bezczelnie, spełnienie ich zachcianek prowadziłoby - ze sportowego punktu widzenia - do wynaturzeń. Kto wybierał kiedyś Chelsea, wybierał drużynę bliską europejskiej czołówce. Kto wybierze dziś Manchester City, wybierze wegetację z dala od Ligi Mistrzów. Już sprowadzenie Robinho z Realu Madryt, czyli transfer z centrum futbolowego mikrokosmosu na zapuszczoną prowincję, było aberracją. Zwerbowanie Kaki byłoby końcem świata.

Dlatego sprzeciw kibiców wybrzmiewa dziś głośniej niż na początku ery Abramowicza, nawet zwolennicy Interu deklarowali, że nie życzą nielubianemu Milanowi, by stracił brazylijskiego gwiazdora. Natknąłem się gdzieś na debatę zainspirowaną pytaniem, czy ten transfer oznaczałby śmierć futbolu. Choć fani przeczuwają, że większość ich idoli poszłaby za kasą wszędzie, to wcale nie chcą dostać ostatecznego dowodu, iż mają rację. W najpiękniejszą spośród gier inwestują emocje i bajkową iluzję zawsze przełożą nad brutalną prawdę. Poza tym - gdyby wczoraj przyjął ofertę Kaka, to jak wierzyć, że jutro nie przyjąłby podobnej np. Zlatan Ibrahimović?

Jedyna nadzieja, że szejkom się nie uda. Albo inna, realniejsza - że uda im się nieprędko. Zrażać do siebie umieją, ich umyślny, dyrektor sportowy Man City Gary Cook, po fiasku transferu Kaki ogłosił, że menedżer piłkarza - jego ojciec Bosco - nie umie zrozumieć odpowiedzi na najprostsze pytania, i pouczył ludzi futbolu, że ci są bez pojęcia i nie umieją robić interesów w nowoczesnym świecie. Poparcia nie znalazł, publicyści angielskich gazet obsztorcowali go i zdemaskowali jego przechwałki o wcześniejszych menedżerskich dokonaniach, ale niewykluczone, że jakiś efekt wywołał. Np. inni działacze uznają, iż intelektualnie nie dorośli do negocjowania z Cookiem, i o następny biznes może być trudno.

Dyrektor zachował się tyleż nieelegancko, co nieodpowiedzialnie. Nieodpowiedzialnym może okazać się też styczniowe wyrzucanie 44 mln funtów na graczy pokroju Bridge'a, De Jonga i Bellamy'ego (zwłaszcza tego ostatniego), jeśli potwierdzą się doniesienia, iż właściciele Man City zamierzają jeszcze nająć trenera zaliczanego do najbardziej renomowanych. I jeśli pracę zacznie on od czyszczenia drużyny z osobników zbyt przeciętnych, by sprostać ambicjom pracodawców.

Kiedy ci ostatni wystawili na pokuszenie Milan i Kakę, padły zarzuty, jakoby ich oferta była ekonomicznie nieracjonalna. Zarzuty zyskały popularność i powtarzano je w Europie do zanudzenia, choć są kompletnie chybione. Szejkowie cele stawiają sobie sportowe, a stać ich, by dążyć do nich za wszelką cenę - w tym wypadku przekraczającą 100 mln funtów. Jeden udany megahit przyniesie nieocenioną wartość dodatkową, jeśli przekona do klubu inne gwiazdy, jeśli Cristiano Ronaldo miałby pomyśleć: "Skoro gra tam Kaka, to dlaczego ja miałbym się boczyć?". Nawiasem mówiąc, Gianluigi Buffon oświadczył właśnie, że ewentualną kosmiczną propozycję z City by przyjął.

Ekonomicznie nieracjonalnymi - i nieuczciwymi wobec pracowników - łatwiej byłoby nazwać raczej polskie kluby, które w skandalicznych okolicznościach uzyskują pierwszoligową licencję, a potem nie mają z czego wypłacać pensji. Albo decyzję Valencii obciążonej 266 mln euro długu (przez dwa ostatnie lata wzrósł o 40 proc.!), która gardzi fortuną oferowaną za Davida Villę. A wcale nie zapożyczyła się najbardziej - Barcelona musi wierzycielom zwrócić 388 mln, Atletico Madryt - 430 mln, Real Madryt - 527 mln, cała liga hiszpańska - 2,779 miliarda euro.

Zadłużenie klubów angielskich jest jeszcze większe i nie wiadomo, czy Manchester City wkrótce jakiegoś niemądrze zarządzanego klubu nie ocali, tak jak Abramowicz pomógł niegdyś bliskiej bankructwa Chelsea, a potem solidnie podreperował zrujnowane finanse West Ham - właśnie dlatego, że nie szarpał się o każdy grosz, lecz godziwie płacił za piłkarzy. Szejkowie też mają ten atut, że są wypłacalni.

Sulaiman al Fahim i jego ziomkowie wzbudzają uczucia bliskie wrogości zapewne również dlatego, że są obcy. Jeszcze bardziej obcy niż amerykańscy właściciele Liverpoolu bądź Manchesteru United. Przyleciały przybłędy w sukienkach, obwiązały głowy dziwacznymi szmatami i jeszcze chcą wygrywać. Fanom radziłbym się przyzwyczaić. Przyjadą i następni obcy. Europa z każdym dniem przestaje być pępkiem świata, reszta planety też zbzikowała na punkcie futbolu, więc inwazja egzotycznych właścicieli może okazać się nieunikniona. Bonzowie ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich nie żyją tylko z ropy (zyski z eksportu nie sięgają nawet jednej piątej PKB), która kiedyś się skończy, lecz budują wokół siebie centrum finansowe, handlowe i turystyczne. Inwestycje w Manchesterze wcale nie należą do szczególnie ekstrawaganckich, w końcu w Dubaju stoi jedyny siedmiogwiazdkowy hotel na świecie (w kształcie żagla), a nieopodal powstają kopie najsłynniejszych budowli - od Tadż Mahal po wieżę Eiffla.

Z futbolem mają ten kłopot, że replik jego megagwiazd usypać się z piasku nie da. Szejkowie dołączyli zatem do bogaczy, którzy pompują miliony w wielkie kluby - niemal zawsze deficytowe i zawdzięczające sukcesy datkom. Gdyby fantazję mieli tak nieograniczoną jak fundusze, mogliby zaproponować za boskiego Leo Messiego nawet ćwierć miliarda euro. Co byłoby wówczas ekonomicznie nieracjonalne - wysokość oferty czy ewentualna decyzja Barcelony, by ją odrzucić?

Blog Rafała Steca - czytaj tutaj »