Piotr Karolak opowiada "Gazecie" o koszykarskiej lidze włoskiej i belgijskiej

Viola Reggio Calabria to klub niezbyt zamożny i najsłabszy w lidze włoskiej. Jednak mimo to czułem się tam jak w kosmosie - opowiada "Gazecie" po powrocie do Polski pierwszy Polak, który zagrał w koszykarskiej Serie A Piotr Karolak
Pochodzący z Lublina 32-letni koszykarz w poprzednim sezonie mimo bardzo dobrej gry nie zdołał obronić przed spadkiem z PLK Perły-Lubella Lublin. Dobre statystyki nie wystarczyły jednak, by znalazł pracę w polskiej lidze. Karolak poprzez agenta zaczął więc szukać klubu za granicą. - Miałem oferty z Francji, Niemiec, nawet Argentyny. Oferta Viola Reggio Calabria nadeszła zupełnie nieoczekiwanie. Pewnej nocy dostałem telefon, że mam 24 godziny na zameldowanie się we Włoszech, bo już dzień później był mecz, w którym miałem zagrać. Byłem kompletnie zdezorientowany. Poleciałem dopiero dwa dni później - opowiada koszykarz.

Ludzie tacy jak ja

Serie A to jedna z najsilniejszych lig świata. Przed Karolakiem żadnemu z polskich koszykarzy nie udało się w niej zagrać, więc lublinianin nie miał nawet kogo zapytać o włoską ligę. Jednak wciąż nie opuszczało go szczęście. - W samolocie przez przypadek spotkałem pierwszego Polaka, który zagrał w piłkarskiej Serie A Zbigniewa Bońka. On opowiedział mi trochę o włoskich zwyczajach, pokazał włoską gazetę, która już pisała o moim przyjeździe, wskazał mi hotel. Następnego dnia dołączyłem do drużyny. Nie mogłem jeszcze wystąpić w pierwszym meczu, bo klub nie dostał mojej licencji, ale kilka dni później zadebiutowałem w spotkaniu z wielkim Benettonem Treviso [obecnie lider Serie A - red.] - mówi Karolak.

Mecz z Benettonem był dla niego bardzo udany. Czołowy klub Euroligi wygrał wprawdzie 90:72, ale Polak zagrał aż przez 21 minut, zdobywając 14 punktów i zbierając pięć piłek. - We Włoszech jest trochę większe zainteresowanie koszykówką niż w Polsce, na to spotkanie przyszło kilka tysięcy ludzi. Liga jest tam po prostu ciekawsza i silniejsza. Choć muszę dodać, że nie aż tak, jak może się to wielu osobom wydawać. Dopóki nie zobaczyłem na własne oczy poziomu włoskich zespołów, dopóty byłem przerażony. Jadąc do Calabrii myślałem wręcz, że mam grać w klubie drugoligowym. Bo gdzie ja do włoskiej ekstraklasy? Jednak po kilku meczach przekonałem się, że poradzę sobie w niej. Grają tam tacy sami ludzie jak ja - podkreśla koszykarz. I zaraz dodaje: - Jestem dumny, że to właśnie mnie jako pierwszemu koszykarzowi udało się zagrać w Serie A. Zresztą przed wyjazdem myślałem, że jeśli nawet wystąpię tylko w jednym meczu, to już będzie duży sukces.

Karolak zagrał jeszcze w dwóch spotkaniach - z Muller Verona i Oregon Cantu. Oba mecze Reggio przegrało, ale lublinianin w obu wypadł bardzo dobrze. W sumie w trzech meczach zdobył średnio 13 punktów, miał przeciętnie sześć zbiórek. Jak na Serie A - znakomicie. Nic więc dziwnego, że szybko w Calabrii zjawili się agenci zainteresowani Karolakiem. - Trener mówił mi, że już po dwóch spotkaniach zaczęły dzwonić telefony z innych włoskich klubów z pytaniem: "Kim jest Karolak? Skąd się wziął?". Były podobno telefony nawet z Portugalii - opowiada polski koszykarz.

Krótki sen o potędze

Reggio di Calabria to 180-tysięczne miasto położone na samym południu Włoch, nad Cieśniną Messyńską. Karolak mieszkał w pokoju, z którego widać było Sycylię. - W Reggio di Calabria nie ma wielu ciekawych miejsc. W wolnych chwilach po prostu wsiadałem na prom i w kilkadziesiąt minut byłem już na Sycylii. Co jeszcze poza zwiedzaniem wyspy można robić w tym regionie? Telefonować do rodziny albo buszować po internecie - wspomina koszykarz.

Zespół, w którym przyszło mu występować, jest najsłabszy w lidze włoskiej. Do tej pory wygrał tylko jeden mecz z 13 rozegranych i to chyba przypadkiem, bo było to spotkanie z czołową drużyną ligi Scavolini Pesaro. Jednak kiedy Karolak otrzymał z Calabrii ofertę, wszystko miało być inaczej. Viola Reggio jeszcze przed sezonem miała bogatego sponsora i kilku graczy światowego formatu, jak choćby reprezentanta Włoch Carltona Myersa (dziś w Wuerth Rzym) i znakomitego trenera Carlo Recalcatiego.

Zanim ten zespół zagrał jednak pierwszy mecz, sponsor się wycofał i sen o potędze się skończył. Recalcati nie poprowadził zespołu w ani jednym meczu. W pierwszym obowiązki trenera pełnił Massimo Bianchi, a obecnie szkoleniowcem jest Antonio Zorzi. Klub działa teraz na podobnej zasadzie jak większość polskich. - Bierze zawodników na kilkumeczowe testy, po czym zwalnia i bierze kolejnych Tak jest po prostu najtaniej. Z obecnego składu Reggio znam może dwóch koszykarzy - tłumaczy Karolak. Od początku sezonu jego były klub zwolnił już dziesięciu zawodników. Teraz gra tam m.in. Anglik Spencer Dunkley, który miał występować w tym sezonie w Polonii-Warbud Warszawa. Reggio jest na ostatnim miejscu w tabeli.

Pralnia w Stalowej Woli

Polski koszykarz twierdzi jednak, że nawet mimo biedy, która go zastała w Calabrii, poziomu organizacji polskich klubów nie da się porównać nawet z Viola Reggio. - W Calabrii było jak w kosmosie, innym świecie. Na treningi i mecze przychodziłem w garniturze. Za każdym razem w szatni na wieszaku miałem powieszony cały czyściutki sprzęt. Pod ławką stało kilka par butów. Jedne były na trening biegowy, inne do siłowni, jeszcze inne na trening rzutowy, a kolejne na mecz... Po treningu nie interesowało mnie, co dzieje się z moim strojem. Zdejmowałem go, zostawiałem, a następnego dnia znów miałem wszystko świeże. Przez tyle lat gry w Polsce nigdzie się z tym nie spotkałem. Poza tym, że kiedyś w Stalowej Woli raz na tydzień można było oddać sprzęt do pralni. Podejrzewam, że nawet teraz w żadnym polskim klubie nie panują takie zwyczaje jak we Włoszech. Tylko treningi są takie same, bo w końcu w Polsce pracuje mnóstwo zagranicznych szkoleniowców - opowiada Karolak.

- Ile tam się zarabia? Są we Włoszech młodzi zawodnicy, którzy zarabiają nawet więcej niż milion dolarów. Za sprzedaż Myersa, która uratowała mój zespół przed całkowitą rozsypką, władze klubu dostały na pewno ponad dwa miliony dolarów [około połowy budżetu Idei-Śląsk Wrocław - red.]. Wysokość moich zarobków nie powalała z nóg, ale jeśli dodać do tego pieniądze zarobione jeszcze przez niecały miesiąc w Belgii, to w Polsce będę musiał pracować cały sezon, by tyle dostać - zapewnia zawodnik.

Fura sprzętu z Belgii

Po trzech meczach Karolak musiał opuścić Calabrię. - Mój klub nie mógł się zdecydować, czy mam zostać do końca sezonu. Pewnie nawet planował zwolnienie mnie, tak jak zrobiono to później z kilkunastoma innymi zawodnikami. A mój agent wciąż szukał dla mnie alternatywy. I znalazł w Belgii. Miałem pięć dni na podjęcie decyzji, bo upływał termin zgłoszeń zawodników do rozgrywek Pucharu Koracza. Nie będąc pewnym pozostania we Włoszech po okresie próbnym, postanowiłem przenieść się do Union Mons-Hainaut - wyjaśnia Karolak.

W Belgii koszykówka nie jest już tak popularnym sportem jak we Włoszech. Zupełnie inne krążą tam pieniądze, grają słabsi zawodnicy i zainteresowanie meczami jest mniejsze. - Myślę, że klub taki jak np. Pogoń Ruda Śląska mógłby być w czołówce ligi belgijskiej - przekonuje Polak.

W Union, który w Belgii jest przeciętniakiem, ale np. prowadzi w swojej grupie Pucharu Koracza przed tak silnymi zespołami jak francuski Elan Chalon czy niemiecki Bayer Leverkusen, Karolak zagrał w sześciu meczach. Czterech ligowych (trzy porażki i jedno zwycięstwo) i dwóch preeliminacji Pucharu Koracza (remis i zwycięstwo). Jednak tam statystyki miał już dużo gorsze niż we Włoszech. - To było spowodowane także tym, że bardzo krótko przebywałem na parkiecie. Pierwszy mecz w lidze był w moim wykonaniu jeszcze całkiem niezły [wygrana z BC Tournai-Estaimpuis: 16 minut, 10 punktów, 3/7 z gry i dwie zbiórki - red.]. Jednak później coś się zmieniło. Trener, który był zaledwie trzy lata starszy ode mnie, przestał mi ufać. Może czuł presję? A może w klubie ktoś sobie pomyślał, że zbyt wiele zarabiam? Miałem już podpisany kontrakt do 9 maja 2002 r., ale grałem coraz krócej [w pozostałych meczach kolejno po 12, 15, 7, 3 i 3 minuty - red.]. Wreszcie dostałem telefon od agenta, który przekazał mi, że klub chce po miesiącu rozwiązać ze mną umowę - mówi polski koszykarz.

W końcu okazało się, że i Union ma kłopoty finansowe. - Byłem gotów grać za miesięczną pensję niższą nawet o 1-1,5 tys. dolarów, ale i na to nie chciano się zgodzić. Za to rozstanie odbyło się w naprawdę znakomitej atmosferze. Jeden z prezesów byłego pierwszoligowego klubu w Polsce, w którym grałem przed kilkoma laty, do dziś nie oddał mi pieniędzy. A w Belgii nikt mnie nie oszukał. Dostałem wypłatę wyższą, niż przewidywała umowa, do tego osiem par butów i wręcz furę sprzętu - podkreśla Karolak.

To wciąż moje życie

Co we Włoszech i Belgii ludzie myślą o Polsce i polskiej koszykówce? - To trzeba rozgraniczyć. W Belgii uważają, że polskie zespoły grają na wysokim poziomie, szczególnie po tym, jak Śląsk Wrocław w pierwszym meczu Euroligi rozgromił Charleroi. O samej Polsce wiedzą jednak mało. Myślą, że jest bieda, bezrobocie. O sytuacji politycznej i gospodarczej mają najgorsze zdanie. Próbowałem wytłumaczyć, że jest inaczej. Moi koledzy z zespołu złapali się za głowy, kiedy im powiedziałem, ile zarabiają niektórzy koszykarze we Wrocławiu... - mówi koszykarz.

Po powrocie z zagranicy Karolak nie otrzymał żadnej interesującej propozycji z PLK. Pierwszego Polaka, który zagrał w Serie A, chciały mieć w swoim składzie tylko biedna jak mysz kościelna Pogoń Ruda Śląska i jeszcze biedniejszy pierwszoligowy klub z Białegostoku. Karolak wolał jednak zostać w rodzinnym Lublinie i grać w także pierwszoligowym AZS. - Tu zostanę zapewne do końca sezonu. Jednak jeśli znowu nadarzy się okazja atrakcyjnego wyjazdu, to nie będę się długo zastanawiał. Bo wcale nie myślę jeszcze o końcu kariery - podkreśla koszykarz. - Na początku pobytu we Włoszech przez niemal tydzień codziennie przechodziłem gruntowne badania. Wyszło z nich, że mam zdrowie nie 32-letniego mężczyzny, ale o cztery lata młodszego. Może gdybym w metryce miał o kilka lat mniej, nie zastanawiałbym się, tylko za wszelką cenę szukał klubu za granicą. Teraz już mnie tak nie ciągnie do wyjazdu, ale chcę jeszcze długo grać. Reprezentant Estonii Margus Metstak z Broka-Czarnych Słupsk ma 40 lat i wciąż gra. Więc ja mam jeszcze trochę czasu... Koszykówka to wciąż całe moje życie.

Najnowsze informacje