Sport.pl

Rafał Stec: Polski znaczy wysokiej jakości

Nie oszukujmy się: Tottenham nie dojrzał w Sebastianie Przyrowskim, którego chce zabrać Polonii Warszawa, przyszłej gwiazdy ligi angielskiej - pisze piłkarski komentator Sport.pl i ?Gazety Wyborczej? Rafał Stec
Napoli chce kupić Jodłowca, Przyrowski czeka »

A nawet gdyby dojrzał, nie radziłbym mu ślepo wierzyć. Londyński klub to podręcznikowo typowy konsument naszych czasów, który kupuje z kompulsywną systematycznością i w ilościach hurtowych, nawet jeśli nabywanego towaru niespecjalnie potrzebuje. Połyka kogo popadnie, zanim z jakimś transferem naprawdę trafi, pudłuje razy cztery, a czasem i siedem. Ostatecznie bubel łatwo wypluć (inni też chorują na zakupoholizm), niejaki Grzegorz Rasiak został wykopany na prowincję po zaledwie kilku miesiącach anemicznych podrygów na White Hart Lane.

Przyrowski też przeniesie się na Wyspy m.in. dlatego, że jest taniutki, zatem Tottenham niewiele ryzykuje. Nadziani właściciele klubów z Premier League nie muszą mieć mentalności hazardzistów, by sypnąć milionem funtów na rezerwowego bramkarza. Misja Przyrowskiego sprowadzi się do wywierania presji na Heurelho Gomesa, któremu szkodzi brak jakiejkolwiek konkurencji w drużynie. Londyńczycy nie szukają niepospolitego talentu, lecz solidnego fachowca, gotowego zaakceptować rolę zdecydowanie drugoplanową. A gdzie szukać solidnego piłkołapa? Oczywiście w Polsce. Wziął stamtąd rezerwowego Manchester (Kuszczak), wziął stamtąd młodych Arsenal (Fabiański, Szczęsny), zafundował sobie duecik Celtic Glasgow (Boruc, Załuska), ma Polaka Southampton (Bartosz Białkowski), jednego gołowąsa wypożyczyło do Motherwell Birmingham (Krysiak). O przypadku nie ma mowy, coś musi w tych Polakach tkwić. Chyba żadna obca nacja tak tłumnie między brytyjskimi słupkami reprezentowana nie jest.

Szkockie media: Boruc bombą zegarową »

Doczekaliśmy się w chudych dla naszej piłki latach zjawiska niezwykłego - mocnej marki, kolportowanego w okolicach najbogatszej ligi świata potocznego przeświadczenia, że polski znaczy wysokiej jakości. Ani Przyrowski, ani jego stojący między słupkami rodacy niekoniecznie muszą już bronić lepiej niż bramkarze z kraju X lub Y, by podpisać okazałe kontrakty i jeszcze dać przyzwoicie zarobić swoim klubom. Siłę marki znamy, od lat żyjemy w świecie, w którym sprzedajesz logo, nie jakość. Skoro udało się namówić ludzkość, by wlewała sobie do gardeł paskudztwa Coca-Coli (to jeden z liderów mojej prywatnej listy marketingowych cudów wszech czasów), a ogłupiała elita rzuca milionami za zwłoki zwierząt unurzane w formalinie i jeszcze nazywa je dziełami sztuki, to znaczy, że uzależnionemu od kupowania klientowi możesz wcisnąć wszystko, że każda potwora istotnie znajdzie swojego amatora.

Świat futbolu, choć wartość każdego nabytku weryfikuje w nim boisko, też wierzy w markę. Z innych względów - nawet najpotężniejsze kluby, z siatką skautów oplatającą cały glob, nie zdołają monitorować wszystkich zagranicznych lig i np. wynaleźć najlepszego bramkarza spośród wszystkich dostępnych na rynku za maksymalnie milion funtów. Wyborowi kluczowych postaci, mających rozstrzygać o wynikach, poświęca się wiele uwagi, natomiast zawodników tańszych i zapasowych kupuje się niekiedy nazbyt pospiesznie, bez ostrożnego obracania w palcach każdej monety i pogłębionej, długotrwałej obserwacji ich gry. Wtedy zadecydować może marka.

Od razu uspokajam - nie odmawiam Przyrowskiemu klasy i nie sugeruję, że Tottenham podpisze z nim kontrakt przez pomyłkę, wskutek lekkomyślności zdemoralizowanych tłustym budżetem zarządców. Zwierzam się z wątpliwości, czy londyńczycy daliby Polonii milion funtów, gdyby w życiu nie słyszeli o Borucu, Kuszczaku i Fabiańskim. Nasi emigranci nieświadomie pracują na gromadną reputację, tak jak Nemanja Vidić prawdopodobnie ułatwił Aleksowi Fergusonowi podjęcie decyzji, by za serbskich juniorów Zorana Tosicia i Adema Ljajicia zapłacić Partizanowi Belgrad 16,3 mln funtów - dla nas kwotę wprost niewyobrażalną, bo tyle kosztowała cała piątka najdroższych graczy wyeksportowanych z naszej ligi, czyli Błaszczykowski, Fabiański, Janczyk, Żurawski i Matusiak razem wzięci.

Żurawski nie ma teraz szans na powrót do Wisły »

Inwazja polskich golkiperów na Brytanię bywa zgryźliwie obśmiewana jako szturm na ławki, od których ugniatania porobią się im na wiadomej części ciała odciski. Ironizowanie miałoby sens, gdyby kopacze z pola umieli dopchać się w pobliże rezerw Manchesterów, Arsenali, Liverpoolów czy Tottenhamów. Nie umieją. Bramkarze wyrastają kilka pięter ponad nędzę środowiska, z którego się wywodzą, i nawet epizodyczne boiskowe pląsy czynią z nich olbrzymów. Ich znakomitej reputacji sobie nie uroiliśmy, ona jest sprawdzalnym faktem.

Wiosną minionego roku wydawany przez UEFA magazyn Ligi Mistrzów "Champions" zastanawiał się, dlaczego między słupkami nie umieją się zachować Anglicy, wymieniając przy okazji kraje produkujące fachowców najznakomitszych. Do elity zaliczył Brazylię, Hiszpanię, Polskę, Czechy i USA, po czym przedstawił - ustami bramkarzy amerykańskich - brawurową teorię uzasadniającą słabość Wyspiarzy. Kasey Keller, Brad Friedel i Marcus Hahnemann (wszyscy grali lub grają w Premier League) tłumaczyli, że Anglicy nie uprawiają w młodości sportów wymagających skoordynowanej współpracy oka i rąk. Ich zdaniem choćby amatorskie wprawki w koszykówce, piłce ręcznej, baseballu czy siatkówce bywają w tym fachu bezcenne. Autor artykułu natychmiast podrzuca im zresztą przykład Hiszpanii, jego zdaniem kraju najwybitniejszych dziś golkiperów, przypominając o znakomitych koszykarskich drużynach Barcelony i Realu Madryt.

Krzepiącej dla nas teorii nie przywołuję, by obwieścić jej genialność. Ona dowodzi tylko, że Polak w potocznym mniemaniu wielkim bramkarzem jest, że ta marka naprawdę przebiła się do świadomości ludzi futbolu. Nie kojarzy się z absolutnym topem (w końcu eksportujemy głównie rezerwowych), lecz z rzetelnością i kompetencjami, dzięki którym nasi nie schodzą poniżej pewnego poziomu.

Krzynówek strzela, Wolfsburg przegrywa »

Polacy robią sobie wzajemnie reklamę, robią też sobie antyreklamę. Każdy wyjeżdżający leniuch albo mentalny wymoczek, który nazajutrz po przedłużeniu kontraktu przynosi na trening dwie lewe nogi, ewentualnie nie znosi gry pod presją i nie umie się zaaklimatyzować w obcym świecie, może wzmacniać famę o montowanych w naszych stronach atrapach piłkarzy. Jeśli Kamil Kosowski pomimo niewątpliwego talentu nie sprawdza się nigdzie - w Niemczech, Anglii, Włoszech, Hiszpanii (jak mu idzie na Cyprze, nie wiem i nie planuję wiedzieć), a Radosławowi Matusiakowi nie pomaga w lidze holenderskiej nawet protekcja Leo Beenhakkera, to obaj szkodzą wielu rodakom. Zarówno kolegom z boiska, którzy usiłują przekonać do siebie atrakcyjnych pracodawców (a ci łypią nań podejrzliwie), jak i naszym klubom, które nie są w stanie wytargować godziwej ceny za transfer. Pierwsi wyjeżdżają byle gdzie, drudzy akceptują byle jałmużnę.

Bramkarze bariery obalili i stali się na transferowym rynku towarem chodliwym. Biorą ich do Realu Madryt, więc wziąć ich mogą wszędzie. Podobny skok muszą wykonać piłkarze z pola. Nadzwyczaj ważne będą losy Kokoszki w Empoli oraz Jodłowca w Napoli (obrońcy w krainie bogatych tradycji defensywnych), nadzwyczaj ważny będzie następny ruch Błaszczykowskiego, którego w Liverpoolu zatrudniają na razie tylko polscy dziennikarze. Dopóki wizerunek naszych kopaczy nie odzyska blasku, z odpływu lokalnych gwiazdek - procesu nie do powstrzymania - nie będzie żadnego pożytku. Notoryczne wyprzedaże wciąż będą osłabiały ligę za pieniądze, które szanujących się futbolistów powinny obrażać.