Sport.pl

Czesław Michniewicz dla "Gazety" podsumowuje rok w polskiej piłce

Takich spraw jak picie kadrowiczów we Lwowie w każdym klubie jest po kilka w roku. To w polskiej piłce norma, powszechnie akceptowana przez działaczy, dziennikarzy, niektórych trenerów. Trenerzy, którym to przeszkadza, nie są akceptowani - mówi w wywiadzie dla Gazety Sport były trener Lecha i Zagłębia Lubin
Przemysław Iwańczyk: Jaki to był rok dla Czesława Michniewicza?

Czesław Michniewicz: Pozwolił mi nabrać dystansu do pracy. Przez kilka miesięcy nie byłem związany z żadną drużyną, ale nie straciłem kontaktu z futbolem, bo komentowałem mecze w Canal+, byłem ekspertem Polsatu na mistrzostwach Europy. Oglądałem piłkę na naprawdę dużym poziomie, ale na chłodno, bez emocji. Wtedy naprawdę widać więcej szczegółów. Pod tym względem rok uważam za bardzo udany.

Później przejąłem Arkę Gdynia - w trudnym momencie, kiedy nie było wiadomo, w której lidze zagramy, jacy piłkarze przyjdą, jakie postawimy sobie cele. Na półmetku sezonu zajmujemy siódme miejsce, jak na beniaminka chyba nieźle, co?

A ja mam wrażenie, że przez ten rok pana kariera ostro wyhamowała. Po poprzednim wydawało się, że kolejnym krokiem będzie prowadzenie reprezentacji...

- Żeby być selekcjonerem, trzeba mieć olbrzymi bagaż doświadczeń. Nie wystarczy jeden udany sezon. Wiedza, dystans i wiele pokory - to kolejne niezbędne cechy. Jeśli praca w Legii czy Wiśle wiąże się ponoć z gigantyczną presją, to co ma powiedzieć szkoleniowiec, na którego robotę patrzy 40 mln ludzi? Z kadrą poradzi sobie tylko ukształtowany trener. Jest za wcześnie, by ktoś z mojego pokolenia myślał o kadrze. Pokazało to Euro 2008. Być może gdyby Slaven Bilić - niewiele starszy ode mnie Chorwat - miał więcej doświadczenia, nie popełniłby grzechu pychy i ciesząc się z gola w końcówce ćwierćfinału, nie leciałby z radości z ławki aż za bramkę. I jego zespół by awansował. Przypomnę, że on się cieszył, a Turcja wbijała mu w tym czasie bramkę i Bilić pożegnał się z turniejem.

Nie wierzę, że nie chciał pan się znaleźć w nowym sztabie Leo Beenhakkera. Trafił do niego Rafał Ulatowski, pana asystent w Lechu Poznań i Zagłębiu Lubin...

- Nie wiem, czemu wybór Beenhakkera traktowany był jako dziwna rozgrywka między mną a Rafałem. Zrobiono z niego sensację, a ja siedziałem cicho. Teraz mogę już przypomnieć, o czym pisałem w swoim blogu dzień po zakończeniu Euro. Nie chcę być fałszywie skromny, ale jestem pierwszym trenerem i dostrzegam różnicę między kucharzem a pomocnikiem kucharza. Pomocnik kucharza obiera ziemniaki i cebulę a szef ostatecznie dodaje przyprawy i nadaje smak. Rafał był moim asystentem, dobrym asystentem, żeby była pełna jasność, mnie ta rola nie interesowała. Mniej by mnie rozwinęła niż praca samodzielnego trenera, który 300 razy w roku sam przeprowadza trening. W kadrze nikt nie weryfikowałby moich planów, możliwości. Owszem, zwiedzałbym świat, jeździłbym podglądać zawodników, ale poprowadziłbym co najwyżej kilka rozgrzewek i obserwacji. A tak zbieram doświadczenie wygrywając i przegrywając na swoje konto. Polska to nie Niemcy, gdzie godząc się na rolę asystenta, stajesz się naturalnym następcą selekcjonera.

Co spowodowało, że z pierwszych stron przeniósł się pan do cienia?

- Świadomie to robię i wiem, że rozmowa z panem też nie jest mi do niczego potrzebna. Przy moim sposobie prowadzenia drużyny, im więcej mówię, tym gorzej dla mnie i dla drużyny. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Medialna machina jest jak sokowirówka. Ci, którym poświęcałem swój czas, nawet kiedy go nie miałem, po odejściu z Lubina wymierzali mi ciosy poniżej pasa. Wycisnęli mnie jak cytrynę. Nie chcę się pchać na pierwsze strony, chcę jak najczęściej wygrywać. Będę miał wyniki, będziecie pisać i mówić dobrze. Nie będzie wyników, będą surowe oceny. Trener musi umieć działać pod presją.

Na Euro codziennie spotykałem się ze Zbigniewem Bońkiem. Nie znał mnie wcześniej zbyt dobrze, a po kilku wspólnych wieczorach doradził mi, bym stanął w cieniu. I dodał, że im mniej będą o mnie wiedzieć, tym mniej będą mieli na mnie w trudnych chwilach. Sam też do tego dojrzałem. Kiedy pracowałem w Lechu, byłem młodym, zupełnie nieznanym trenerem, rozgłos mi nie przeszkadzał. Teraz niech inni się nim cieszą.

Żałuje pan, że wykreował wizerunek polskiego Mourinho?

- Przecież to nie ja! Sto razy powtarzałem - ludziom to pasowało, mediom też. Mamy polskiego Beckhama, polską Britney Spears, był i Mourinho. Byłem młody, miałem świetne wyniki i chyba idealnie się do tego nadawałem. Tomasz Lis powiedział ciekawą rzecz - że jak w Polsce się wchodzi wysoko na drabinę, to stamtąd najlepiej widać, ale tyłek. I jak się wchodzącemu coś uda, trzeba mu przywalić. Wszyscy ci kibicują, jak się pniesz, ale nie daj Bóg, byś zaszedł za wysoko.

Słychać w pana głosie rozgoryczenie. Kto najbardziej zalazł panu za skórę?

- Wiem, co zrobiłem dobrze, a co źle. Nie wszystkim chcę się dzielić publicznie. Nie ma kogoś, kto aż tak mi dokuczył, ale nie podobają mi się dziennikarze, którzy nie oglądają meczów, treningów, a dzwonią i wypytują, a potem piszą i mówią o sprawach, o których nie mają zielonego pojęcia. Irytuje mnie to bardzo. Nie da się dyskutować ze ślepcem o kolorach. Pan też pewnie widzi wokół siebie kolegów, o których mówię. Zresztą to problem nie tylko dziennikarskiego środowiska. Nam, trenerom, w ogóle Polakom, jeszcze daleko do Europy. Nie szanujemy się, jest pogoń na skróty za sławą i pieniądzem. Ważne, żeby wyeliminować lepszego od siebie. Nieważne jak. Najczęściej godząc nożem i to najlepiej w plecy, bo tak najłatwiej i tak jest niestety w prawie każdej dziedzinie naszego życia. Moje sukcesy trenerskie też często są komentowane na wiele sposobów, tyle że w mojej pracy widać powtarzalność. I tu kończą się argumenty dla adwersarzy.

Jak ocenia pan mijający rok w lidze?

- Liczyłem, że Wisła zrobi więcej. Kiedy rozmawialiśmy rok temu, była już praktycznie mistrzem Polski. Nie znam możliwości finansowych Wisły, ale minęło 12 miesięcy i Maciek Skorża nie ma wcale lepszej drużyny niż rok temu. Np. przyjście Wojciecha Łobodzińskiego nie załatało dziury po Kamilu Kosowskim. Losy Wisły to dowód, że o wielkiej piłce w Polsce możemy tylko marzyć. Wyrósł nam ostatnio rodzynek w postaci Lecha, ale oby nie skończyło się tak, że przez następne dziesięć lat znów będziemy czekać na awans z grupy w Pucharze UEFA.

Małe budżety powodują, że nie ma klubu, który poważnie myślałby o wyniku. Nie wierzę, że Lech, nawet jeśli zdobędzie mistrzostwo, nie skusi się na atrakcyjne zagraniczne propozycje dla Roberta Lewandowskiego, Semira Stilicia i innych.

Dlaczego liga nie kreuje osobowości? Nie ma piłkarzy ikon, którzy graliby dla klubu przez lata. A jeśli już ktoś się znajdzie, są to piłkarze zagraniczni, szybko gasnący.

- I trenerzy, i dziennikarze zbyt szybko kreują młodych zawodników na gwiazdy. Zbyt szybko też niszczymy tych, którzy się potkną. Weźmy Radka Matusiaka czy Artura Boruca. Boli mnie, jak ich się traktuje. Boruc miał słabszy okres, zgoda, ale w czerwcu cała Polska całowała go po stopach, a teraz piętnuje, kiedy ma życiowe problemy. Czy to powód, żeby go poniewierać? Z Matusiakiem to samo. Mechanizm ciągle jest ten sam. Na tapetę bierze się najpierw sprawy sportowe, a kiedy temat się wyczerpie, zaczyna się wyciąganie prywatności...

Ale to Boruc dał pożywkę mediom kolejnymi skandalami...

- To prawda. Ale spraw takich jak lwowska w każdym klubie jest po kilka w roku. Po moim odejściu z Lubina opowiadałem, że kilku moich graczy piło w Białymstoku gorzałę tuż po zakończonym meczu i trzy dni przed kolejnym. Czy ktoś się nad tym zastanowił, pochylił nad problemem? Nie, i dlatego to samo było na zgrupowaniu kadry. To w polskiej piłce norma, powszechnie akceptowana przez działaczy, dziennikarzy, niektórych trenerów. Ci trenerzy, którym to przeszkadza, nie są z kolei akceptowani przez działaczy, piłkarzy i dziennikarzy właśnie. Błędne koło. Albo kraczesz jak wszyscy, albo licz się z tym, że odsuną cię na boczny tor. Nie chcę być adwokatem Stefana Majewskiego, ale to facet z zasadami. I śmiem twierdzić, że te zasady spowodowały jego odejście z Cracovii. Że gdyby przymykał oko na niektóre sprawy, pracowałby tam do dziś. Powiem więcej, w wielu klubach nagradza się trenerów za ukręcanie łba takim sprawom. Działacze są zadowoleni, że dziennikarze nic nie wiedzą, nie ma niepotrzebnego szumu.

A co pan zrobił, żeby walczyć z pijaństwem piłkarzy?

- W Polsce, niestety, piją prawie wszyscy, a jeśli niektórzy nie piją, to znaczy, że już nie mogą, jak mawiał mój były kierownik z Lecha. Włączam telewizję, a tam dowiaduję się o zniszczonych przez polityków wózkach na polu golfowym. Oglądam wiadomości, a tam przemawia nawalona posłanka w Sejmie. Choruje całe społeczeństwo. Pytanie tylko, na kogo trafi. Jeśli na kogoś z pierwszych stron gazet, jest afera. Jak trafi na Kowalskiego, to co za problem. Niech Kowalski pije dalej na umór.

W każdym pana zespole piłkarze pili?

- W Anglii też piją. Ich potencjał motoryczny jest jednak tak duży, że mają z czego tracić, by za kilka dni zagrać kolejne spotkanie na dobrym poziomie. Są momenty, kiedy pozwalam wypić jedno czy dwa piwa. Wracamy często ze Śląska do Gdyni przez 12 godzin, a naprawdę trudno znieść gnieżdżenie się w małym autokarze. Problem zaczyna się, kiedy piłkarze się źle prowadzą, a trener o tym nie wie i wciąż stosuje maksymalne obciążenia treningowe. Wtedy jest najwięcej kontuzji. A dziennikarze piszą, że coś nie tak z treningami. Sprawdziłem to - jest grupa zawodników, którzy regularnie odnoszą urazy. Grają dwa-trzy mecze, przerwa. Dwa-trzy mecze, przerwa. Wniosek jest jeden albo się źle prowadzą, albo nie nadają się do sportu wyczynowego.

Skoro o Beenhakkerze mowa, jak pan go ocenia? Wykurzyć go z Polski czy zostawić?

- Kibicuję i reprezentacji, i Beenhakkerowi. Kiedy jednak byłem na konferencji prasowej przed meczem z Niemcami na Euro, spojrzałem na twarz Holendra i przypomniała mi się moja sytuacja w Zagłębiu przed meczem Ligi Mistrzów ze Steauą Bukareszt. Odpowiadałem zresztą podobnie jak on, bo obaj wiedzieliśmy, że mecz jest za pięć dwunasta, a wiele rzeczy nie jest jeszcze poukładane. Współczułem mu. Nie podoba mi się natomiast, jak Beenhakker został potraktowany później, jak go zdeptano, ale w analogicznej sytuacji przy bezpardonowym ataku na Janasa, którego nikt wtedy nie bronił, to i tak miał sielankę . Nie można człowieka, który kilka miesięcy wcześniej był bohaterem, tak zmieszać z błotem. Zabrakło merytorycznej oceny, media podzieliły się na zajadłych zwolenników i przeciwników Leo, a prawda zapewne leżała gdzieś pośrodku.

Czy można było osiągnąć lepszy wynik na Euro? Dwóch zawodników w szczytowej formie, czyli Boruc i Żewlakow, to zdecydowanie za mało. Wracając jednak do Beenhakkera, nie dziwię się, że coraz częściej pojawiają się informacje o jego odejściu. Że ma propozycje z innych krajów. To naturalne, że trener, widząc, co się wokół niego dzieje, szuka pewniejszego gruntu. To samo przeżyłem w Lubinie. Nie zdziwię się, jeśli Beenhakker odejdzie.

Wrócimy do ligi. Przejął pan Arkę, skończyliście rok na siódmym miejscu, ale wcześniej było fatalnie. Co czuje trener, który przegrywa pięć meczów z rzędu?

- Wiedziałem, skąd brały się porażki. Najpierw mieliśmy stabilny skład, później przyszły kontuzje i zawodnicy byli na różnym poziomie. Z Legią i Wisłą przegraliśmy przez mniejsze umiejętności, ale wszystkie inne porażki nie wynikały z naszej słabości, lecz braku koncentracji i konsekwencji. Poprawiliśmy to i przyszła seria sześciu spotkań bez porażki.

Każdy trener w takich chwilach rozmyśla, co zmienić. Trudne sytuacje wymagają jeszcze trudniejszych decyzji i ja musiałem wtedy takie podjąć. Z perspektywy okazuje się, że miałem rację, ale dziś to tzw. fachowców już nie interesuje. Wtedy ocenili, że postępuję źle.

Dziennikarz nie musi grać w piłkę i może mieć przy tym fajne spojrzenie i obiektywizm. Ale jeśli za ocenę techniki, motoryki i taktyki zabierają się goście, którzy nigdy nie kopnęli piłki, a rodzice w trosce o ich zdrowie zwalniali ich z zajęć wychowania fizycznego, to coś jest nie tak. Rzygam też, jak były piłkarz opowiada coś o atmosferze w mojej drużynie...

...chodzi panu o Kazimierza Węgrzyna?

- Też, ale nie tylko. Irytują mnie niektóre jego opinie, zresztą nie tylko mnie. Proszę zadzwonić do innych trenerów. Kaziu to fajny chłop, ale cały czas myśli i mówi z pozycji zawodnika, nie trenera. Życzę mu, żeby poprowadził zespół i wtedy na wiele rzeczy będzie patrzył zupełnie inaczej. Tego samego na początku mojej kariery nauczył mnie Stefan Majewski - by myśleć jak szkoleniowiec, nie jak zawodnik. U nas malarza artystę ocenia malarz pokojowy, który na ścianie pozostawia zacieki z farby, a sam czepia się szczegółów. Jeśli moją pracę ocenia były znakomity trener Antoni Piechniczek , Henryk Kasperczak czy Jacek Gmoch, to dla mnie sygnał, że muszę nad tym poważnie się zastanowić. Nie chcę, żeby ktoś mnie chwalił za nic, ale zanim mnie publicznie oczerni, niech się najpierw zastanowi.

Nie wiem, czemu w Polsce nie buduje się formy, tylko atmosferę. Trener Grzegorz Polakow zawsze powtarzał mi, że tam gdzie na pierwszym miejscu jest dbanie o atmosferę, tam nie ma wyników. Weźmy reprezentację siatkarzy. Lozano wziął wszystkich za twarz, były sukcesy. Kiedy poluzował, wyniki się skończyły. Jeszcze długo poczekamy, kiedy Polska znów zagra w finale mistrzostw świata. Popatrzmy na Małysza. Wzięli na trenera Łukasza Kruczka, kolegę Adama, miało być świetnie i co? Małysz już nie walczy o przetrwanie, nie wie kogo ma słuchać - wuja, trenera czy mediów. Zachęcić i zmusić Małysza do wielkich poświęcić i wyrzeczeń może tylko wielki autorytet trenerski.

Ale kiedy wyrzucał pan piłkarzy z Arki, można było odnieść wrażenie, że jest pan konfliktowy. To samo było przecież w Zagłębiu.

- Ani z Lubina, a tym bardziej z Arki, nikogo nie wyrzuciłem. Wymagam profesjonalizmu od siebie i od podwładnych. Przed rokiem, kiedy nie było jeszcze wiadomo, gdzie zagra Wojciech Łobodziński i Maciej Iwański, mówiłem, że ich czas w Lubinie minął bezpowrotnie. Obrazili się, a gdzie są teraz? Zrobili dokładnie tak, jak mówiłem. Iwański jest dziś gwiazdą Legii, znacznie bliżej reprezentacji niż w mistrzowskim sezonie w Lubinie. Teraz też mówię, że aby zrobić postęp, czas niektórych w Arce dobiega końca i nie chodzi mi tu o wiek zawodników. Potrzebuję ludzi z pasją, którzy dla dobra drużyny rozpędzą się i skoczą na ścianę. Tylko tak, przy nie największych umiejętnościach w stosunku do Lecha, Legii czy Wisły, możemy egzystować w lidze. Możesz być najlepszym dyrygentem, ale jak dadzą ci do orkiestry gości trzymających smyczek w odwrotną stronę, żaden z nich nic nie zagra.

Proszę zobaczyć, co zrobił Benitez po wygranym finale Ligi Mistrzów w 2005 roku. Odsunął ośmiu zawodników, m.in. Jerzego Dudka, bo wiedział, że to jest kres ich umiejętności. U niektórych moich piłkarzy widziałem w Lubinie i w Gdyni to samo. Mogę się mylić, ale tak czuję.

Franek Smuda jest dziś na ustach wszystkich, stworzył fajną drużynę. Ale żeby do tego dojść, poświęcił na stosie dwie drużyny - byłą Amicę Wronki i starego Lecha. Z tamtych składów ostali się jedynie Rafał Murawski i Grzegorz Wojtkowiak, na którego miejsce już sprowadzają następcę. Postęp żąda ofiar. Owszem, można iść innym tropem. Być przyjacielem chłopaków, więcej grillować, niż trenować. Wtedy na pewno będzie atmosfera, ale o wynikach zapomnijmy. W Lechu i Zagłębiu osiągnąłem sukcesy, bo nie przyjaźniłem się z piłkarzami, choć zawsze ich szanowałem. Jak trzeba było, nie wpuściłem do szatni Piotra Reissa i Piotra Świerczewskiego. Jak trzeba było, zdjąłem w 20. minucie Tomka Iwana. Do dziś mam z nimi świetny kontakt. Jak mawiają, po owocach ich poznacie, dlatego oceniajcie mnie po wynikach, nie po wywiadach. Jak do nich dochodzę, to mój problem. Gdybym w Arce nie zrobił małej rewolucji, nie byłoby mnie, bo przegralibyśmy dziesięć meczów z rzędu.

Nie ma rozmowy o polskiej piłce bez tematu korupcji, zwłaszcza że pośrednio problem dotyka i pana poprzez zatrzymanie byłego piłkarza Lecha Zbigniewa W.

- Nigdy nie motywowałem zawodników, mówiąc im, że dziś mają przegrać, a jutro ktoś pomoże im wygrać. I na tym rola trenera się kończy. Jeśli chodzi o Zbyszka, we wszystkich klubach, których grał, nikt nigdy nie powiedział na niego złego słowa. Poczekajmy na rozstrzygnięcie sądu.

Dwa razy w tygodniu gramy w Gdyni w piłkę z oldbojami, m.in. Tomaszem Koryntem, Januszem Kupcewiczem, czasami Andrzejem Czyżniewskim. Przy każdym pomeczowym piwie zaczynają się opowieści z cyklu "Jak Kozacy w piłkę grali"... Po takich dyskusjach wiem, że dla tych wszystkich nieskazitelnych telewizyjnych moralizatorów, grających wtedy w piłkę, lepiej by było, żeby zamilknęli. Janusz Zaorski nie nakręcił "Piłkarskiego pokera" przed wojną.

A pan poszedł pracować do Arki, która była zamieszana w korupcję jak mało kto...

- Idąc tym tropem Carlo Ancelotti nie powinien pracować w Milanie, Cesare Prandelli w Fiorentinie, a Claudio Ranieri w Juventusie, bo wszystkie te kluby też były umoczone. Kiedyś trzeba powiedzieć dość hipokryzji.

Krótko mówiąc, może pan iść do komunii bez spowiedzi?

- Myślę, że nikt z nas nie powinien przyjmować komunii bez spowiedzi, to świętokradztwo. W obecnych czasach na każdego znajdzie się jakiś paragraf, zależy kogo chce się opluć. Tylko w ostatnich tygodniach Lech Wałęsa miał być "Bolkiem", Stefan Niesiołowski donosicielem, Monika Olejnik "Stokrotką", a dr G. mordercą. Jako młody chłopiec pamiętam odpuszczony mecz naszej reprezentacji we Wrocławiu z Portugalią w eliminacjach do mistrzostw Europy 1984. Po meczu byłem bardzo smutny, aż sąsiad uświadomił mnie, że tak miało być , bo dzięki temu Ruscy nie zagrają w finałach Euro. Cała prawda o nas...

Jaki będzie rok 2009?

- Powiem, czego bym chciał. Żeby reprezentacja awansowała na mundial. Żeby wreszcie zaczęły powstawać stadiony na Euro, bo np. w Gdańsku chyba się na to nie zanosi. Żeby w ekstraklasie były cztery, może pięć drużyn, które walczą do ostatniej kolejki o tytuł, a reszta bije się o utrzymanie, eliminując tym samym grupę tzw. środka, która szybko przestaje mieć motywację. Żeby Lech przeszedł w Pucharze UEFA Udinese, a nawet jeśli w kolejnej rundzie odpadnie z Zenitem St. Petersburg po dobrej grze, wszyscy i tak będą mu gratulować. Żeby Lech, jeśli sięgnie po mistrzostwo, nie sprzedał najlepszych piłkarzu, ale dokupił trzech-czterech jeszcze lepszych. Żebyśmy stali się drugą Rumunią i mieli dwa zespoły walczące o Ligę Mistrzów.

Czesław Michniewicz

Ma 39 lat, urodził się na Białorusi. Był bramkarzem, debiutował w Ossie Biskupiec Pomorski, później grał w Bałtyku Gdynia, Polonii Gdańsk i Amice Wronki. Gdy szarą eminencją w tym ostatnim klubie był Ryszard F., oskarżony dziś o kierowanie mafią piłkarską, Michaniewicz przez cztery lata rozegrał dziewięć meczów w ekstraklasie. Potem został trenerem rezerw Amiki. Samodzielnie pracuje od 2003 roku. Z Lechem Poznań zdobył Puchar i Superpuchar Polski. W sezonie 2006/2007 objął Zagłębie Lubin, sięgnął po mistrzostwo, ale rozstał się z klubem po przegranej walce o Ligę Mistrzów ze Steauą Bukareszt i nieporozumieniach z działaczami. Był jednym z kandydatów na asystenta Leo Beenhakkera, ale nie wszedł do sztabu selekcjonera. Od lipca pracuje w Arce Gdynia.