PGE Skra straciła punkt

Fot. Grzegorz Skowronek/ AG

Mistrzowie Polski zdobyli aż 25 punktów więcej od AZS Częstochowa, a mimo to wracają do domu niezadowoleni. Wygrali bowiem tylko za dwa punkty, co jest niespodzianką.
Jak zwykle mecze Skry w Częstochowie cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Nic dziwnego, bo oba miasta dzieli 70 km, a także wiele podtekstów związanych z transferami zawodników.

Początek spotkania był wręcz sensacyjny, bo dzięki mocnym serwom Zbigniewa Bartmana częstochowianie osiągnęli wysokie prowadzenie - 5:1. Kłopoty z przyjęciem miał nawet Stephane Antiga. Gdy na zagrywkę poszedł Janne Heikkinen, straty zostały odrobione. Już początek pokazał jednak, że serwy będą kluczem do wygranej. Lepiej zagrywali gospodarze, nękając przyjmujących Skry zwłaszcza tzw. flotami. Dzięki temu dwukrotnie zablokowali zawodników z Bełchatowa, co - jak się okazało - zadecydowało o wygranej. Inna sprawa, że raz pomogli im sędziowie, którzy odebrali Skrze punkt po asie Daniela Plińskiego.

To był zimny prysznic na bełchatowskie głowy. Bo choć trudno mieć pretensje za przegranego seta, ponieważ przyczyną była świetna gra AZS i brak szczęścia. Ale wtedy Skra pokazała charakter i zdeklasowała rywala. Bo zdobycie siedmiu punktów w jednej partii w męskiej siatkówce zdarza się niezmiernie rzadko. Bełchatowianie szybko wybili zawodnikom AZS z głów marzenia o korzystnym wyniku, prowadząc 7:0. Później była jeszcze dłuższa seria, bo dziesięciopunktowa, i od stanu 7:2 zrobiło się 17:2. Gospodarze walczyli tylko o honor, czyli zdobycie dziesięciu punktów. Głośna zwykle częstochowska publiczność zamilkła.

W drugim secie Skra odrobiła straty w bloku, ale pokazała, że też potrafi znakomicie serwować i to dłużej niż w jednym secie. Każdy siatkarz, który wchodził na zagrywkę, był w stanie jeśli nie zdobyć od razu punkt, to przynajmniej bardzo utrudnić rozegranie akcji. Gracze AZS rzadko atakowali na pojedynczym bloku, a na podwójnym czy potrójnym już nie mieli tyle szczęścia, co na początku meczu.

Bartman, Wojciech Gradowski czy Zatorski długo będą pamiętać serwy Antigi, Plińskiego i Heikkinena. O dziwo, wiele mniej niż zwykle kłopotów sprawiał gospodarzom Mariusz Wlazły, który nie mógł się wstrzelić. Także w ataku wychodziły jego kłopoty ze współpracą z Miguelem Angelem Falscą. Obaj wciąż mają problemy ze znalezieniem właściwego tempa w ataku, przez co reprezentant Polski się męczy.

O przewadze mistrzów kraju w trzecim secie świadczy to, że zawodnik z każdej pozycji - poza rozgrywającym - zdobył minimum trzy punkty. Tym razem katem w polu zagrywki był Pliński, który w serii czterech serwów zdobył trzy punkty.

Jednak w czwartym secie młodzi gospodarze zerwali się do walki. Znów utrudnili zagrywkę, celując przede wszystkim w Dawida Murka. Ten miał kłopoty, ale jego koledzy też nie radzili sobie zbyt dobrze. Częstochowianie zaś grali tak jak w pierwszym secie: przy pełnym ryzyku i bardzo szczęśliwie. Poza tym zdekoncentrowani zawodnicy Skry popełnili proste błędy, jak dotknięcie siatki czy przejście linii. Brakowało też lidera, który wziąłby na siebie ciężar gry w ataku (patrz Falasca - Wlazły!). I kibice w hali Polonia musieli zdjąć kurtki i płaszcze, ponieważ mecz niespodziewanie się przedłużył, zaś ich ulubieńcy niespodziewanie urwali faworytowi przynajmniej jeden punkt.

W tie-breaku wielkich emocji już nie było, bo Skra prowadziła aż 10:2. Nerwowo zrobiło się po dwóch asach Bartmana, kiedy przewaga stopniała do czterech punktów (7:11). Wówczas jednak Gacek podbił piłkę po bardzo silnym serwie, a Murek popisał się precyzyjną kiwką i emocje się skończyły.

AZS - PGE Skra 2:3

Sety: 25:23; 7:25; 17:25; 25:20; 9:15

AZS: Stelmach 1, Bartman 15, Wrona 4, Mlyakow 13, Gradowski 5, Nowakowski 6, Zatorski (libero) oraz Drzyzga 3, Michalczyk, Gunia 3, Wierzbowski, Janeczek 1

PGE Skra: Falsca 1, Antiga 20, Pliński 11, Wlazły 17, Murek 15, Heikkinen 10, Gacek (libero) oraz Kurek, Bąkiewicz 2

Skomentuj:
PGE Skra straciła punkt
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje