Sport.pl

Radwańska: Chodzę tak szybko, że nikt za mną nie nadąża

Był pomysł, żeby wyprowadzić się do Monte Carlo, ale wolałabym zostać. Chcę żyć normalnie w Krakowie. Tu jest mój dom. Zawsze za nim tęsknię, kiedy długo jestem za granicą - mówi dziesiąta tenisistka świata.
Radwańska jak Clijsters i Federer »

Jakub Ciastoń: Dostrzega pani swoje zdjęcia na okładkach?

Agnieszka Radwańska: Są dwie strony medalu. Jeśli media się interesują, to znaczy, że coś osiągnęłam, że jestem dobra w tym, co robię. Ale z drugiej strony podczas tych wywiadów często pada pytanie, co robię w wolnym czasie. I co mam odpowiedzieć? Chodzę z radia do telewizji i udzielam wywiadów na okrągło. Moje życie zawsze jest "na styk". Mam mało czasu. Dlatego śmieję się, że czasem chodzę tak szybko, że nikt za mną nie nadąża.

Czyta pani artykuły na swój temat?

- Rzucę okiem, ale kolorowe gazety przesadzają albo szukają sensacji. Nie chcę sobie tym zawracać głowy.

Polacy bardziej znają się teraz na tenisie?

- W ogóle słabo znają się na sporcie, w tym sensie, że go nie uprawiają. Mało kto wie, co to znaczy być profesjonalnym sportowcem, że można przez to mieć mało czasu, albo ile pracy trzeba włożyć w trening.

Jakiego pytania od dziennikarzy nie lubi pani najbardziej?

- Absolutny numer jeden to: "Co się stało w drugim gemie trzeciego seta, kiedy zagrała pani TEN forhend?". Albo: "Czemu nie zagrała pani po linii w trzecim gemie?". Nie lubię takich pytań, bo mecz tenisowy to jest złożona sprawa. Jasne, decydują pojedyncze akcje, ale trzeba widzieć całość, a nie jedną akcję. Jedna z telewizji spytała: "Z kim bym nigdy nie przegrała?". Tata stał obok i rzucił, że z Jadwigą Jędrzejowską. Nie zorientowali się, że ona nie żyje. Drażni mnie, że czasem przychodzą ze mną rozmawiać ludzie niemający zielonego pojęcia o tenisie. Doceniam, że interesują się moją osobą, ale wypadałoby wiedzieć, co to jest WTA Tour albo Wielki Szlem. Jedna pani nie wiedziała, kim jest Justine Henin. Aż mną zatrzęsło.

Wyprowadzicie się kiedyś, jak inni tenisiści, do Monte Carlo?

- Był taki pomysł, ale wolałabym zostać. Chcę żyć normalnie w Krakowie. Tu jest mój dom. Zawsze za nim tęsknię, kiedy długo jestem za granicą.

Ma pani ulubione miejsce?

- Lubię pijalnie czekolady Wedla. Są w różnych miejscach. Na rynku, ale też w galerii handlowej.

Wakacje w Egipcie się udały?

- Dziękuję, w porządku. Wygrzałam się na słońcu. Popływałam w morzu, przejechałam się na wielbłądzie. Odpoczynek dobrze zrobił.

Ludzie poznają dziesiątą tenisistkę świata?

- Polacy tak. W Egipcie było sporo rodaków, poznawali, mimo że byłam bez rakiet. Przyjemnie, choć następnym razem pojadę chyba jednak na wakacje w takie miejsce, gdzie nikt mnie nie pozna. Chcę się poczuć w pełni na luzie.

Jest pani mistrzynią w robieniu zakupów. Jakaś specjalizacja?

- Buty.

Ile par w szafie?

- Nie liczyłam, ale dużo. Może kilkadziesiąt. Nie popadam w ekstremum, ale jak wypatrzę coś ładnego, to kupuję.

Mówiła pani, że ulubione potrawy świąteczne to zupy - grzybowa i barszczyk z uszkami. A co jada czołowa tenisistka w ciągu roku?

- Lubię trochę eksperymentów, ale bez przesady. Jestem fanką włoskiej kuchni: sałatki, lazanie, pizze. Moja ulubiona to hawajska.

Sushi?

- O nie! Tata lubi, ja nie znoszę.

W internecie można zobaczyć filmik, jak w samochodzie słucha pani muzyki. Śpiewa pani pod nosem piosenkę "All That She Wants" grupy Ace of Base...

- Ale to nie jest moja ulubiona piosenka czy zespół. Po prostu leciał w radiu, to klasyka. Słucham wszystkiego, od rocka, przez pop po RNB, generalnie to, co jest na topie. Lubię np. Justina Timberlake'a. Tata słucha bardzo ostrej muzyki, czasem nie da się wytrzymać. System of a Down to kołysanka przy tych jego heavymetalowych kawałkach.

Interesuje się pani innymi dyscyplinami sportu?

- Zazwyczaj nie mam czasu, ale staram się śledzić występy Adama Małysza. Lubię skoki, bo to jest sport na "jeden moment". Nie trzeba się angażować kilka godzin. Małyszowi ostatnio nie idzie, ale może się jeszcze odrodzi. Byłam kiedyś w Zakopanem na skoczni. Już sam widok w dół jest przerażający, a oni jeszcze skaczą. Trzeba być odważnym.

Piłka nożna?

- Nie znoszę. Denerwuje mnie, że jest tak strasznie przereklamowana. Moje klubowe korty Nadwiślana w Krakowie się rozsypują, a obok za 2 mln zł wybudowali boisko dla jakiejś piątej ligi.

Poznała już pani prywatnie większość tenisistek z czołówki?

- Przez ostatnie trzy lata sporo się zmieniło. Kiedyś wszystkie były dla mnie niedostępne, znałam je z telewizji. Teraz to koleżanki, z którymi witam się w szatni. Spędzamy ze sobą dziesięć miesięcy w roku. Z każdą zamienię parę zdań.

Kto jest fajny, kogo pani nie lubi?

- Niektóre Rosjanki są specyficzne. Szarapowa jest niedostępna, trzyma się na uboczu, z nikim się nie przyjaźni. Podobnie Czakwetadze. Ale już Kuzniecowa jest super. Dowcipna, dusza towarzystwa. Bardzo sympatyczna jest też Dementiewa. Taka normalna dziewczyna z sąsiedztwa, na turnieje zawsze jeździ z mamą.

Zaprzyjaźniła się pani?

- Lubimy się, przyjaźń to za duże słowo. Na turniejach dużo robi jednak bariera językowa. Niby wszyscy mówią po angielsku, ale najwygodniej czują się w towarzystwie rodaczek. Np. Włoszki zawsze słychać z daleka, bo przesiadują stale razem. Ja też trzymam się więc głównie z polską grupą - Martą Domachowską i moją siostrą Ulą. Ale do tego dochodzi też kilka zagranicznych tenisistek, które mówią po polsku, m.in. Dunka Caroline Wozniacki czy Niemka Angelique Kerber. Kilka słów potrafi powiedzieć też Australijka Alicia Molik.

Spodziewała się pani, że ten sezon będzie tak dobry?

- Najlepszy w karierze. Najważniejsze były dwa ćwierćfinały Wielkiego Szlema. Zawsze przetrwanie na tych turniejach pierwszego tygodnia to bardzo przyjemne uczucie.

Taki jeden, najlepszy moment w roku?

- Zwycięstwo w Eastbourne. To największy wygrany turniej, poza tym tuż po kontuzji ręki, której nabawiłam się w Paryżu. Ćwierćfinały Szlema są fajne, ale jednak schodziłam z kortu pokonana. W Eastbourne odebrałam puchar. Poza kortem dużym sukcesem było zdanie egzaminu na prawo jazdy. Cieszę się, że udało mi się znaleźć na to czas, no i przyłożyć się do nauki na tyle, że zdałam.

Jak się jeździ po Krakowie?

- Dziękuję, radzę sobie. Ale miasto jest koszmarne do jeżdżenia. Korkuje się.

Był w tym sezonie jakiś moment załamania?

- Wszystkie porażki bolały, ale staram się długo o nich nie myśleć.

Czyli takie mecze jak przegrana w I rundzie w Miami z 15-letnią Portugalką de Brito nie zostają w głowie?

- Słabe mecze zdarzają się każdemu. Jak przestaje "siedzieć" forhend, to nic nie poradzisz. Nie wiem, czemu w Miami tak wyszło. Tydzień wcześniej w Indian Wells grało mi się super, doszłam do ćwierćfinału. W Miami coś było nie tak. Poza tym de Brito wcale nie ma 15 lat. Ona i jej trener twierdzą, że ma, ale nikt w to nie wierzy.

Igrzyska w Pekinie?

- Miałam kontuzję ręki, ale w ogóle źle się tam czułam. Jakoś nie mogłam znieść pogody, korty bardzo się różniły od siebie. Każdy miał trochę inną nawierzchnię, ciężko było je wyczuć. Igrzyska to nietypowa impreza tenisowa, trzeba się przyzwyczaić. Może pójdzie lepiej następnym razem.

Zna pani już kalendarz startów na 2009 r?

- Federacja WTA ostatnio bardzo zmieniła kalendarz. Zawodniczki z dziesiątki muszą grać w największych imprezach. Jak dodać cztery Wielkie Szlemy do dziesięciu innych obowiązkowych imprez, to pozostaje niewielkie pole manewru. Była nawet o to wielka draka. Miałyśmy w listopadzie spotkanie w Katarze z władzami WTA, próbowałyśmy protestować, ale niewiele z tego wynikło. Naszym zdaniem tenisistka z czołówki powinna mieć pełną swobodę w wyborze turniejów. Argumentacja WTA była taka, że w zamian wzrasta pula nagród, będzie więcej turniejów z pulą nagród 4 mln dol. Sponsorzy po prostu chcą mieć gwarancje, że cała czołówka do nich przyjedzie. Na tym stanęło.

To w jakich mniejszych imprezach pani zagra?

- Na pewno w Warszawie, bo to jedyna okazja do gry przed polską publicznością. Chciałam też pojechać do tajskiej Pattai. Bronię tam punktów za zwycięstwo z poprzedniego sezonu, ale zostałam zablokowana. Zgłosiła się Wiera Zwonariewa, która jest ode mnie wyżej w rankingu, więc ma pierwszeństwo.

W tym sezonie grała pani w aż 25 turniejach. Pod koniec pojawiło się zmęczenie. Teraz kalendarz będzie mniej napięty?

- Siłą rzeczy tak. Ale te doniesienia o zmęczeniu są trochę przesadzone. Jestem przygotowana do grania takiej liczby turniejów, ale musi przyjść słabszy moment. Szczególnie jeśli dobrze idzie i po zakończeniu jednej imprezy w piątek czy sobotę od poniedziałku trzeba grać następną. Zmęczenie sezonem to znak, że się dobrze grało. Jeśli ktoś odpada ciągle w pierwszych rundach, to dopiero jest wypoczęty. Wie to każda tenisistka. Tak naprawdę sezon kończy się po US Open. To jest ostatni turniej, gdzie każda dziewczyna gra na maksa, jest dobrze przygotowana i się stara. Reszta to już takie "dożynki". Gra się, bo są punkty do bronienia, różne zobowiązania, siłą rozpędu, ale wszyscy myślą już o wakacjach.

Jak zdrowie przed nowym sezonem?

- Na razie w porządku. W tym roku dokuczała mi kontuzja ręki, miałam zapalenie stawu. Oby znów się nie odezwało.

Jeśli pojawi się kontuzja, nie można po prostu pójść na zwolnienie?

- Można, ale tylko dwa razy w roku. Trzyma się więc to na specjalne okazje. Jeśli w przyszłym roku opuszczę jakiś turniej obowiązkowy, zapłacę gigantyczną karę. Przez cały rok będzie mi się bowiem liczył ranking "10" z końca tego sezonu, bez względu na to, czy w Australian Open odpadnę w I rundzie, czy wygram i awansuję np. na drugie miejsce na świecie. To są bardzo duże pieniądze. Takie zwolnienia trzeba więc przemyśleć i trzymać na naprawdę poważne urazy.

Będzie pani rzadziej teraz grała w debla, koncentrując się na karierze seniorskiej?

- Na pewno będę grać w Wielkich Szlemach. Chcemy stworzyć mocną parę z Ulą.

W zeszłym roku nie najlepiej to wyszło, np. w Paryżu nabawiła się pani kontuzji, co potem zaważyło na 1/8 finału singla z Jeleną Janković.

- W Paryżu był splot niekorzystnych zdarzeń. Trafiłyśmy w deblu na bardzo mocne Hiszpanki, które potem wygrały cały turniej. Mecz był zacięty, zaczęło padać. Kończyłyśmy rano. W sumie trwało to cztery godziny, nikt nie przypuszczał, że tak źle się to skończy. Na pewno będzie mniej debla, ale w Szlemie nie odpuszczę. Większość tenisistek gra w debla. Chodzi też o asekurację, gdyby nie powiodło się w singlu. Co będę robić przez tydzień, jeśli odpadnę kiedyś w pierwszej rundzie? Wolę grać, niż nie grać. Wierzę, że taka historia jak w Paryżu się już nie powtórzy.

Wyznacza sobie pani cel na nowy sezon?

- Zagrać jak najlepiej na każdym turnieju, a szczególnie w Wielkim Szlemie. Ranking? Utrzymać się w czołówce. Czy to będzie szósta lokata, czy dwunasta, nie ma znaczenia.

Czuje pani sama, że rozwinęła się tenisowo przez ten rok?

- Wiem już dobrze, jak działa WTA Tour, jak załatwia się różne sprawy na turniejach. Poznałam styl gry większości zawodniczek, nie muszę już ich specjalnie oglądać.

Chodziło mi bardziej o sprawy sportowe, np. o serwis. Wiem, że to drażliwy temat...

- Nikt nie jest idealny. Ja serwuję słabiej od Sereny Williams, ale ona gorzej ode mnie porusza się po korcie. Zgadzam się z tym, co mówi tata, że przy mojej figurze musiałabym chyba zamienić się w cyborga na siłowni, żeby poprawić znacząco siłę serwisu. Nie mam siły czy postury Venus Williams, ale to nie znaczy, że nie umiem serwować. Denerwują mnie uwagi na ten temat, bo wypowiadają je ludzie nieznający się na rzeczy. Mój serwis jest techniczny, podkręcony, z "kikiem". W telewizji wygląda to tak, jakby piłka leciała wolno, ale z boku już tak nie jest. Jelena Dementiewa serwuje w podobny sposób, jest wyżej ode mnie w rankingu i nikt nie pyta się jej na każdym kroku: "Dlaczego tak słabo serwujesz?".

Interesuje się pani sprawami sponsorskimi?

- Tym zajmuje się głównie tata i nasz menedżer Victor Archutowski, ale wiem zawsze, co się dzieje.

Zgadza się pani z polityką ojca, żeby nie wiązać się z agencją menedżerską?

- Tak. Agencje załatwiają kontrakty, ale zabierają niezależność. Znam wiele tenisistek, które podpisały umowy na początku kariery i teraz żałują, bo mogły zrobić to na lepszych warunkach. Agencje zaczynają decydować za nas. Dobrym przykładem jest Roger Federer, który podpisał kontrakt dopiero w momencie, gdy był numerem jeden na świecie. Oczywiście są zawsze dwie strony medalu. Ale na razie czekamy.

Czy dziesiąta tenisistka świata nie potrzebuje może większego sztabu ludzi?

- To kolejna rzecz, którą się nam wmawia, a której nie rozumiem. Na turniejach się gra, a nie trenuje. Sztab ludzi można mieć u siebie w domu i taki sztab mamy.

Trener od przygotowania fizycznego na turnieju by nie pomógł?

- Czasami zabieramy kogoś na turniej, np. do Miami. Ale generalnie specjaliści od różnych rzeczy są na każdym turnieju - fizjoterapeuci, masażyści. To najlepsi fachowcy, zapewnia ich WTA. Sparingpartnerzy też są. Na turnieju najważniejsza jest świeżość, nie ma potrzeby kilkugodzinnego treningu na siłowni czy biegania po lesie pod okiem trenera.

Kiedy leci pani do Australii?

- Pierwszy turniej gram w Sydney. Lecę 5 stycznia, więc tym razem sylwestra spędzę w Krakowie. Ale na pewno nie na Rynku. Nie lubię tłumu. Znajdziemy jakieś kameralne miejsce.

SEZON RADWAŃSKIEJ

0

Tyle młodszych od Agnieszki tenisistek jest w pierwszej dziesiątce (ma 19 lat). Najmłodsza za nią jest 18-letnia Dunka Caroline Wozniacki - na 12. miejscu

2

ćwierćfinały Wielkiego Szlema osiągnęła w 2008 r. - Australian Open i Wimbledon. W Paryżu i Nowym Jorku doszła do czwartych rund

3

turnieje wygrała, każdy na innej nawierzchni: Eastbourne (trawa), Pattaya City (hardkort) i Stambuł (mączka)

9.

miejsce w rankingu WTA zajmowała po Wimbledonie. Wojciech Fibak był najwyżej 10. na liście ATP

16

O tyle pozycji awansowała przez rok. W styczniu była na 26. miejscu, teraz jest na 10.

1,17

mln dol. zarobiła na korcie w tym sezonie. Ponad milion zarobił dotąd jedynie Fibak. Od początku kariery Radwańska uzbierała już 1,7 mln dol.