Sport.pl

Doping niekontrolowany. Testy są za drogie...

Kiedyś badali 20 najlepszych sportowców, teraz tylko sześciu. Większość czołówki jest czysta, szprycują się inni, ale to ja, k..., muszę chorobliwie każde wyjście z domu anonsować kontrolerom. Na tym ma polegać walka z dopingiem? - pyta mistrz olimpijski w pchnięciu kulą Tomasz Majewski
Bułgarskie lekkoatletki zawieszone za doping »

- Pierwszy raz wszedłem do programu WADA (Światowa Agencja Antydopingowa) zwanego "Whereabout", gdy w 2004 r. awansowałem do grupy 20 najlepszych miotaczy na świecie. Wcześniej sprawdzano nawet 30, teraz zaledwie sześciu, za to do granic absurdu - mówi Majewski. - Tych sześciu najlepszych jest czystych jak łza, bo przechodzą najbardziej zmasowane testy na zawodach, po zawodach, kontrole WADA, kontrole polskie. Ja już miałem ich 18. Ale muszę, k..., SMS wysyłać kontrolerom, kiedy wychodzę z domu! Tymczasem gdzie indziej jest parodia. To poza tą szóstką jest dużo większe zagrożenie dopingiem.

- Też jestem bardzo zaskoczona tak małą liczbą osób objętych najbardziej efektywnym programem walki z dopingiem. Kiedyś w tym programie były polskie miotaczki, Ania Jesień, Wiola Janowska. Teraz wśród kobiet tylko ja. W tyczce jest w nim pięć najlepszych dziewczyn z igrzysk w Pekinie i Brazylijka Fabiana Murer, która miała bardzo dobry wynik poza igrzyskami - mówi Monika Pyrek, piąta na igrzyskach w Pekinie, członkini komisji zawodniczej Europejskiej Federacji Lekkoatletycznej. - Poprosiliśmy WADA o wyjaśnienia na piśmie. Na razie nie dostaliśmy odpowiedzi. Powinno być kontrolowanych co najmniej 15 zawodniczek, inaczej badania nie mają sensu.

- Nie wiem nic na temat ograniczania liczby uczestników programu "Whereabout". Jeśli tak jest, byłoby to skandaliczne zaprzeczenie walki z dopingiem - mówi prof. Jerzy Smorawiński, działacz WADA, były szef polskiej komisji antydopingowej, szykujący się do powrotu na stanowisko.

Ziółkowski: Wiedziałem, że sprawiedliwość zwycięży »

A na co wam próbki?

Program antydopingowy "Whereabout" polega na precyzyjnym wskazaniu miejsca pobytu sportowca, aby przez 24 godziny na dobę mógł zostać zlokalizowany przez kontrolerów. Mogą oni dzięki temu pobrać do analizy próbki moczu lub krwi. Obowiązkowa jest codzienna obecność w danym miejscu przez określoną godzinę. Monika Pyrek wskazała kontrolerom czas między 6 i 7 rano - i tak przez 365 dni w roku. Nieobecność w domu o wyznaczonej godzinie powoduje dyskwalifikację, jak w przypadku Brytyjki Christine Ohuruogu, która po powrocie z dyskwalifikacji zdobyła w Pekinie złoty medal na 400 m.

Każdą zmianę miejsca pobytu sportowiec ma zgłosić osobiście przez internet, wypełniając formularz na specjalnej stronie WADA lub mailem. W nagłych przypadkach może wysłać SMS na zastrzeżony numer. Ci, którzy nie mają dostępu do internetu, muszą to zrobić z pomocą wskazanych osób.

- Większość zawodników z czołówki jest czysta - uważa Majewski. - Choćby mieli po 150 testów więcej rocznie, to i tak akurat są czyści. Wiadomo, kto się koksuje, ale tam nie ma testów. Na przykład pojechać gdzieś na Białoruś z kontrolą antydopingową to nie jest takie hop-siup. Były przypadki, że kontrolerom zbito próbki. Pojechała więc kontrola na milicję: "Zbili nam próbki z moczem". I co mówi milicjant? "A na co wam próbki? Po co wy te próbki chcieliście wziąć za granicę?" Wynajmowanie na kontrolerów ludzi z Białorusi to bzdura i WADA tego nie robi.

Mocz moczowi nierówny

Co jest przyczyną ograniczenia liczby kontrolowanych? Pieniądze.

Skomplikowany test na EPO, insulinę i inne środki może kosztować nawet 2 tys. euro. Wysyłając niezależną ekipę do Kazachstanu lub na Białoruś, WADA musi brać pod uwagę doliczenie kolejnych tysięcy euro związanych z podróżą kontrolerów. Lekkoatletycznych indywidualnych konkurencji jest prawie 50, a do każdego zawodnika w czołówce kontrolerzy powinni dotrzeć co najmniej kilka razy w roku. Cięcie kosztów zaoszczędza miliony euro w ciągu roku.

- Protesty zawodników biorą się z wątpliwości, czy są traktowani tak samo jak ich rywale. Na to nie mamy wpływu - mówi Paweł Żach z polskiej komisji antydopingowej.

Obawy są uzasadnione.

Lekkoatleci poza ścisłą czołówką powinni być kontrolowani między zawodami przez macierzyste władze sportowe. W Rosji przez długi czas nie było żadnych wpadek wśród lekkoatletek, które rządziły w Europie. Brak pozytywnych wyników testów wzbudził podejrzenia WADA. W 2007 r. magazynowano próbki rosyjskich lekkoatletek pobrane na zawodach i porównano genetycznie z próbką pobraną między zawodami. Badanie DNA wykazało, że próbki badane przez narodową komisję antydopingową należały do innych osób. Na manipulacji przyłapano siedem zawodniczek. Pięć z nich, w tym najlepszą na świecie na 800 i 1500 m Jelenę Sobolewą, Rosjanie wycofali z olimpijskiej reprezentacji.

Zdarza się, że kontroli WADA unikają genialni sportowcy, którzy robią sobie przerwę w karierze. Angelo Taylor brał udział w złotej amerykańskiej sztafecie 4 x 400 m z igrzysk w Sydney, którą później zdyskwalifikowano za doping czterech członków drużyny. Taylora wśród nich nie było, ale zrobił sobie przerwę i wypadł z programu antydopingowego. W 2007 r. wrócił do biegania, ale wciąż był poza programem "Whereabouts". Na mistrzostwach świata w Osace zdobył brąz na 400 m. W Pekinie został mistrzem w biegu na 400 m ppł. i w sztafecie 4 x 400 m. - Jego przypadek dowodzi, że WADA nie powinna skupiać się na ścisłej czołówce. Bo teraz czołówka to 20 zawodników i ich kolejność się zmienia - mówi Marek Plawgo, brązowy medalista z Osaki na 400 m ppł.

MKOl zdyskwalifikował Adam Seroczyńskiego »

Cera szprycera

W Polsce wykonuje się ponad 2700 testów rocznie, każdy kosztuje około 800 zł. Przyłapuje się na dopingu około 1 proc. kontrolowanych. Ale zaledwie połowę testów przeprowadza się między zawodami. Tymczasem one właśnie są najważniejsze. Testy na zawodach mają znikomą wartość. Oszuści szprycują się dużo wcześniej i na najważniejsze zawody przyjeżdżają czyści jak niemowlaki.

Na igrzyskach w Pekinie przeprowadzono 4770 testów, ale tylko dziewięć było pozytywnych (w tym u polskiego kajakarza Adama Seroczyńskiego). W ogóle od 1968 r. przeprowadzono na letnich igrzyskach ponad 21 tys. testów, łapiąc na dopingu zaledwie 43 osoby. To dowodzi, że kontrolowanie na zawodach jest nieefektywne, choć w niektórych przypadkach spektakularne. W Pekinie zdyskwalifikowano medalistów w rzucie młotem - Białorusinów Wadima Diewiatowskiego (srebro) i Iwana Tichona (brąz).

Możliwe jednak, że kilku najbardziej zaawansowanych technologicznie olimpijczyków wpadnie w 2009 r. Już na dniach zostanie otwartych tysiąc próbek krwi pobranych od zawodników w Pekinie i przebadanych w poszukiwaniu nowego środka Cera - leku wspomagającego produkcję czerwonych ciałek krwi i w związku z tym podwyższającego wytrzymałość. Wyniki spodziewane są w marcu. Na używaniu Cery przyłapano już czterech uczestników kolarskiego Tour de France.

- Mistrzostwa świata w lekkoatletyce odbędą się w tym roku w Niemczech. Tam jest najlepsza kontrola. I dobrze - mówi Majewski.

Co myślisz o dopingu w sporcie? Masz własne zdanie? Załóż sportowego bloga, bloguj na Blogsport.pl!»