Sport.pl

Rok polskich siatkarek. Porządki po Bonitcie

Nowy trener kadry siatkarek od pierwszego dnia pracy będzie nosił w kieszeni granat z wyciągniętą zawleczką. Z posady selekcjonera może wylecieć z hukiem już po wrześniowych mistrzostwach Europy.
Krótkie święta w Bełchatowie »

Jerzy Matlak, nowy trener reprezentacji, fachowiec od pracy z młodzieżą, długo wahał się, jaką obrać strategię. Zdecydował w końcu, że na razie obejdzie się bez rewolucji. Kadra przeszła jednak małą modernizację. Małgorzata Glinka nie dała namówić się do powrotu, ale to nie znaczy, że Matlak został bez lidera. Zaraz po wyborze na selekcjonera wpadł bowiem do kwiaciarni, kupił bukiet róż i pomknął do Muszyny, by namówić do powrotu Joannę Mirek, najlepszą siatkarkę grającą w Polsce. Ta długo kręciła nosem, wahała się do ostatniej chwili. Pamiętała, jak potraktował ją poprzedni selekcjoner Marco Bonitta. Że po dotkliwej kontuzji nie zabrał jej na kluczowe turnieje z igrzyskami olimpijskimi włącznie. Mirek zapowiadała co prawda, że nie skusi się na powrót, ale urok trenera Matlaka był nie do odparcia. Znają się od lat, niejeden ligowy sukces osiągali razem.

Mirek wróciła do reprezentacji i wraz z koleżankami powołanymi przez Matlaka zagrała na rozgrywanych w Polsce mistrzostwach Europy. Niczym legendarna drużyna Andrzeja Niemczyka Polki kroczyły od wygranej do wygranej. Dotarły do półfinału i są niemal pewne medalu.

To scenariusz na najbliższe miesiące, wariant wyjątkowo optymistyczny. Nowy trener kadry już od pierwszego dnia pracy będzie nosił w kieszeni granat z wyciągniętą zawleczką. Z posady selekcjonera może wylecieć z hukiem zaraz po wrześniowym Euro. Wystarczy, że zawiedzie oczekiwania działaczy i kibiców, a te są niepohamowane.

Wszystkiemu winien Andrzej Niemczyk. Zdobywając dwa razy z rzędu mistrzostwo Europy, wmówił środowisku, że złoty medal w rozgrywanym co dwa lata Euro powinien być normą, a niższe miejsce na podium wręcz obowiązkiem. Działacze i kibice ślepo w to wierzą, nie chcąc dostrzec, w jak trudnej sytuacji znalazła się reprezentacja. Że najbliższy rok, po odejściu Glinki i Marii Liktoras, będzie najtrudniejszym od kompromitujących mistrzostw świata w 2006 roku. Że Polska nie ma już kadry na miarę Rosji czy Włoch, ale jedną z tych, które potentatom od czasu do czasu mogą zagrozić. Że plasuje się gdzieś na poziomie Serbii lub Holandii, która nie awansowała nawet na igrzyska olimpijskie.

Zakładam, że trenerem kadry zostanie Matlak, bo rok 2009 to czas wielkich porządków po Marco Bonitcie, włoskim trenerze, którego CV (mistrzostwo świata z Włoszkami przed sześcioma laty) miało być gwarancją sukcesów także z Polską, a stało się przeżyciem traumatycznym. Matlak też ma opinię nieprzejednanego szeryfa, ale nie ma obaw, że będzie zachowywał się jak jego poprzednik i zniszczy morale drużyny.

Bonitta już na starcie potknął się wiele razy. Zaczął od dyplomatycznych gaf i nieprzemyślanych wypowiedzi. Jego wyniosłość źle odbierali również rodzimi trenerzy. Zamiast kibicować koledze po fachu i jego kadrze, czyhali na potknięcie Włocha.

W styczniu nastąpiła wielka metamorfoza. Bonitta zaczął do wszystkich wyciągać rękę, odwiedził kluby, namówił do współpracy krnąbrną Annę Barańską. W turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk w niemieckim Halle sielanka zdawała się nie mieć końca. Czy Barańska, czy Glinka podkreślały, że atmosfera jest tak świetna, że każdy za każdym wskoczy w ogień. Radości ze wspólnej gry nie zepsuła nawet finałowa przegrana z Rosją. Mało tego, ponoć jeszcze bardziej zjednoczyła zespół.

Późniejsze wydarzenia byłyby niezłym materiałem na doktorat z psychologii. Polki awansowały do Pekinu z interkontynentalnych kwalifikacji w Tokio, ale to właśnie wtedy zespół rozbił się na kilka obozów. Bonitta zupełnie nad tym nie panował. Pojawiły się plotki, knowania, oskarżenia, a kulminacją niezdrowej aury było wyrzucenie ze zgrupowania trzech ważnych siatkarek - Skowrońskiej, Barańskiej i Skorupy - które nie przyszły na wspólną kolację. Wtedy stało się bardzo prawdopodobne, że w Pekinie Polki poniosą klęskę.

Tak też było, bo choć do ostatniego meczu w grupie biało-czerwone walczyły o awans do ćwierćfinału, każda z siatkarek marzyła o powrocie do Polski. Gwoździem do trumny okazała się wypowiedź Bonitty, że Barańskiej nie da się oglądać.

Nowy trener nie może powtórzyć błędów poprzednika. Przede wszystkim powinien sam zadbać o dobór współpracowników, nie dając sobie narzucić ani menedżera, ani nawet statystyka. Powinien wreszcie być uczciwy w relacjach z zawodniczkami, bo każdy przejaw nielojalności, nawet najmniejsze kłamstewko, zostaną mu wytknięte - po doświadczeniach z Bonittą - przy najbliższej okazji.

Jeśli Polki nie zawiodą na ME, trener będzie mógł z nimi współpracować przez kolejne sezony. Wtedy też powinno dojść do rewolucji, która będzie zalążkiem nowej drużyny szykowanej na mistrzostwa świata i kolejne igrzyska. Czy wszystkim wystarczy cierpliwości?

Więcej o: