Sport.pl

Leo Beenhakker: Dobry rok, oprócz Euro

Pomyślałem, że po rozstaniu z reprezentacją nie wyjadę stąd. Obejmę jakiś polski klub, żeby udowodnić sobie i tzw. przeciętnym ligowym piłkarzom, jak świetnie mogą grać w piłkę, jeśli odpowiednio się ich umotywuje i poprowadzi - mówi trener reprezentacji Polski, Leo Beenhakker.
Saganowski: U Beenhakkera czuję się jak piąte koło u wozu »

Robert Błoński, Michał Pol: Czy satysfakcjonuje pana siedem punktów w czterech meczach w walce o awans do mistrzostw świata w RPA?

Leo Beenhakker: - Nie. Liczyłem na 10. Brakuje mi zwycięstwa straconego na Słowacji. Gdyby nie ta porażka, bylibyśmy jedną nogą w RPA. A tak gwarantuję, że o awans będziemy drżeć do ostatnich minut ostatniego meczu. Jedyne pocieszenie to to, że rywale też nie są wolni od kłopotów. Wszystko jest w naszych rękach, sami sobie możemy zapewnić awans.

To był dobry rok reprezentacji?

- Dobry, oprócz Euro, które było rozczarowaniem dla mnie i drużyny. Cieszę się z postępu młodych zawodników. Dzięki temu mam większe możliwości przy wyborze kadry. Ale Euro nie mogę sobie darować.

Rok zaczął się z wielkimi nadziejami, że wreszcie Polska nie pożegna się z wielką imprezą po trzech meczach. Wiara, przede wszystkim u piłkarzy, była ogromna jak nigdy.

- Podczas eliminacji i przygotowań do Euro mówiłem chłopakom: "Możecie tego dokonać". Powtarzałem, że to nie tylko kwestia umiejętności, ale też wiary w to, że jesteście wystarczająco dobrzy, by osiągnąć sukces. Uwierzyli i zagrali świetne mecze w Belgii, Portugalii czy Finlandii.

To co się stało z drużyną w marcu, a potem kwietniu i maju, że na Euro wypadła słabo?

- Zabiła nas zimowa przerwa. Nie można nie grać w piłkę o stawkę przez trzy miesiące. Mecze towarzyskie, ćwiczenia w siłowni albo bieganie po górach nie zastąpią meczów o stawkę. Są podgrzewane płyty, można grać. Jestem za tym, by ligowcy mieli wolne od połowy grudnia do początku stycznia. Potem dwa-trzy tygodnie na przygotowania i w ostatni weekend stycznia kolejna runda Pucharu Polski. A potem liga. Zimowa przerwa zabiła formę zawodników. Nie nadrobili zaległości, a ja od marca nie miałem z nimi kontaktu. Po meczu z USA spotkaliśmy się dopiero w maju. Euro przegraliśmy, bo nie byliśmy wystarczająco dobrzy. Do tego wypadli kontuzjowani Błaszczykowski i Żurawski, kluczowe ogniwa zespołu.

Nie żałuje pan, że nie zostawił Błaszczykowskiego w kadrze? Może byłby zdrowy chociaż na ostatni mecz z Chorwacją ?

- Nie. Decyzję podjąłem po konsultacjach ze wszystkimi, z którymi mogłem. Wziąłem pod uwagę również zdrowie zawodnika, jego przyszłość. On miał poważny uraz mięśnia.

A jest jakaś decyzja, której pan żałuje?

- Przeanalizowałem każdy trening, każde powołanie do kadry i każdy mecz. Nie żałuję żadnej decyzji. Euro przegraliśmy przez jeden mecz. Od początku mówiłem, że ten z Niemcami będzie kluczowy. Dobry wynik dałby nam psychicznego kopniaka. Po porażce już się nie podnieśliśmy. Z Austrią, w pierwszej połowie, graliśmy tragicznie, bo myślami byliśmy na meczu z Niemcami. Po przerwie było lepiej, zabrakło szczęścia.

Dlaczego zawiedli kluczowi piłkarze z eliminacji, czyli Żurawski, Krzynówek czy Smolarek?

- Nie wiem. Przyszedł na nich zły moment.

Ale dlaczego ten moment dopadł większość reprezentantów oprócz Rogera, Boruca, Dudki i Saganowskiego?

- Tak było, ale co mogłem zrobić? Niektórzy więcej trenowali, inni więcej odpoczywali. Odpowiedzi na to pytanie nie ma. Każdy chciał dobrze. Ale coś nie zadziałało, nie pokazaliśmy tego czegoś ekstra, co udało się w kwalifikacjach.

Dlaczego na wielkich imprezach taki brak formy dopada zawsze Polaków?

- Bzdura, że tylko Polaków! Patrzcie na Portugalczyków, Czechów, obrońców tytułu Greków. Dla nich Euro to była katastrofa. Czy Ronaldo był w optymalnej formie? Nie. Czesi mieli problemy od pierwszego meczu. Tak bywa.

A może problem w tym, że dla polskich piłkarzy awans do wielkiej imprezy to koniec drogi. A dla innych jej początek.

- To jedna z przyczyn. Ale nią nie można tłumaczyć wszystkiego. Przegraliśmy, bo byliśmy słabsi od innych.

Gdy obejmował pan kadrę jesienią 2006, Polska była jedną z najstarszych drużyn w Europie, po nieudanym Euro jest jedną z najmłodszych.

- Cały czas szukam piłkarzy, o których wiem, że później mogą dać z siebie więcej. Na początku każdy krytykuje, że moje powołania nie mają sensu. Ale po tym, co zobaczyłem na niedawnym zgrupowaniu w Turcji, jestem zbudowany. Trałka przeszedł w Turcji samego siebie. Widziałem go dwa razy w Lechii i był przeciętny. Na zgrupowaniu mnie zadziwił. Każdy mnie pytał o Michała Zielińskiego z Polonii Bytom. Nie mówię, że kiedyś będzie podstawowym reprezentantem, ale w Turcji ani ja, ani on nie wiedzieliśmy, że tak potrafi grać. To samo Celeban ze Śląska. Ten chłopak kręcił głową z niedowierzaniem. Popełniał błędy, tracił piłkę, ale grał odważnie, podejmował decyzje, o których nie śnił. Ci chłopcy czasem sami nie wiedzą, co potrafią. Trzeba odkryć w nich możliwości i czekać na rozwój.

Rok temu na podobnym zgrupowaniu w Turcji Rafał Boguski był 17. graczem w drużynie. Teraz został kapitanem, strzelił Serbom pięknego gola, a chwilę wcześniej uzyskał w Wiśle hat tricka.

- To jest ten postęp, o którym mówię. Kiedy go powoływałem pierwszy raz, nie obchodziło mnie, czy jest dobry, czy zły w tamtym momencie. Brałem go do drużyny, bo widziałem w nim możliwości, które może rozwinąć.

Pana opinia o polskiej lidze?

- Jest coraz lepsza. Mam głęboki respekt dla tego, co trener Smuda robi w Lechu. Grają futbol jak reprezentacja. Nie kalkulują, zawsze chcą wygrać, strzelać kolejne gole, nie zatrzymują się. Od pierwszej do ostatniej minuty. To jest idea futbolu. Mieć piłkę i odzyskać ją natychmiast po stracie. Nie ma stania, fantastycznie grają pomocnicy, skrzydłowi.

Kilka lat temu 80 proc. polskich klubów grało długimi podaniami. Teraz posiadanie piłki jest najważniejsze, pomocnicy są wreszcie użyteczni. Skończyliście z futbolem reakcyjnym, czyli "czekać na błąd i kontrować". Większość drużyn chce prowadzić grę. O to chodzi.

Dobrym przykładem piłkarza, który przebył drogę z poziomu ligowego do reprezentacyjnego jest Rafał Murawski? Na Euro nie zaistniał, obecnie wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce.

- Kilka miesięcy temu Rafał nie nadążał za tempem gry, teraz świetnie sobie z tym radzi. Nie chodzi mi o szybkość poruszania się po boisku, ale o szybkość myślenia. Potrafi przewidywać wydarzenia na boisku, stąd jego coraz trafniejsze decyzje. W tym samym kierunku podąża Łukasz Garguła. Mając w kadrze takich zawodników, wreszcie możemy grać w piłkę.

Często ktoś mnie pyta, czemu Polska nie gra dwoma napastnikami, dlaczego ciągle z dwoma defensywnymi pomocnikami. Wystawiam takich zawodników, jakimi dysponuję, dostosowując do nich taktykę. Jeśli będę miał do dyspozycji zawodników kreatywnych, będzie miał kto posyłać piłkę do napastników i kierować grą w środku pola. Wówczas wystarczy nam jeden defensywny pomocnik. A im groźniejsi będziemy w ataku, tym pewniejsi w defensywie. Bo rzadziej będziemy tracili piłkę w środku pola, a jeśli, to na tyle daleko od bramki, że defensywa zdąży się zorganizować. Z takimi drużynami jak Portugalia czy Czechy, jeśli stracisz piłkę blisko bramki, to po tobie. Dzięki postępom Garguły, Murawskiego, Boguskiego, Peszki, Lewandowskiego w meczu z Irlandią mogliśmy przez dłuższy czas grać fantastyczny futbol. Jeśli traciliśmy piłkę, to tylko z przodu.

20-letni Robert Lewandowski wygrywa wszystkie plebiscyty na odkrycie roku. Co powinien zrobić, żeby jego talent rozwijał się dalej w takim tempie - zostać w Lechu czy szukać klubu za granicą?

- Nie wolno mi się w to wtrącać, to sprawa między nim a klubem. Mogę tylko zachwycać się jego wielkim potencjałem i zastanawiać się, co z tego wyniknie. A mogą wielkie rzeczy. To wspaniały chłopak nie tylko od strony sportowej, ale i mentalnej. Ująłbym to tak: jest niezwykle zdrowy na umyśle. Doskonale wie, co robić na boisku i poza nim. Jeśli w meczu zmarnuje okazję, nie umiera z rozczarowania, tylko szuka następnej, a nie winnych wokół siebie.

Może dlatego właśnie przebił się do kadry, a zniknął z niej Maciej Żurawski?

- Nie chcę mówić źle o Żurawskim. Wolę mówić generalnie. Zawsze staram się widzieć w zawodnikach ludzi. Jak bez tego zrozumieć ich decyzje, postawy na boisku etc.? To samo radzę kibicom: przełóżcie postawy zawodników na własne życie. Jakbyście funkcjonowali w ich sytuacji.

To był trudny rok w pańskiej relacji z Arturem Borucem. Na Euro wypadł najlepiej z całej kadry. Ale później musiał go pan zawiesić za alkoholową libację, a gdy wrócił do kadry, jego błąd kosztował nas porażkę ze Słowacją. Kilka razy zawiódł w Celticu. A jednak bronił go pan przed atakami szkockiej prasy, która domagała się, żeby odsunąć go od składu.

- Boruc to świetny piłkarz i człowiek. Jestem pewien, że wkrótce wróci tam, gdzie należy, czyli do grona najlepszych bramkarzy świata. Nie rozmawialiśmy ostatnio. Wolałem dać mu spokój. Często jednak dzwonią do mnie szkoccy dziennikarze, więc uznałem za stosowne przypomnieć im, jak wiele Celtic zawdzięcza Arturowi i ile razy zostawał bohaterem klubu. Należało mu się moje publiczne wsparcie, bo równie wiele zrobił dla reprezentacji. Nie zgadzam się, by grzebać tak utalentowanego piłkarza tylko dlatego, że wpadł w dołek. Każdy, powtarzam, każdy piłkarz w karierze przechodzi przez coś takiego. Zacina się i miesiącami nie strzela gola, popełnia błędy, jakich nie robił od czasów juniorskich.

Incydent na Ukrainie nie wpływa na nasze relacje. Stało się, poniósł karę, przeprosił, wyjaśniliśmy sobie i nie ma tematu. Takie mam podejście, że nie rozpamiętuję urazów latami. To trochę jak z dziećmi: jak coś przewinią, to je karcisz, ale przecież nie przestajesz ich kochać, nadal ci na nich zależy. Dzieci potrzebują wsparcia rodziców, zwłaszcza kiedy brykają.

Czy Boruc wciąż jest numerem 1? Po meczach z Czechami i ze Słowacją mówił pan, że przestał być.

- Z Irlandią bronił Łukasz Fabiański, więc to on był numerem 1. Ale nie wiem, co się wydarzy do marca. Zadajcie mi to pytanie za trzy miesiące. Może Załuska zanotuje okres świetnych występów, Boruc nadal będzie bez formy, a Fabiański nie zagra do tego czasu ani jednego meczu? Wtedy zaproszę ich na zgrupowanie, przyjrzę się formie każdego z osobna i podejmę decyzję.

Polska ma kilku bramkarzy na światowym poziomie. Boruc potrafi być wielki. Fabiański rozwija się coraz bardziej. Załuska to też talent. Uważajcie też - i tu zaskoczę was - na bramkarza Korony Radosława Cierzniaka. Obserwujcie go, żebyście się później nie dziwili.

W tej robocie najprzyjemniejsze jest to, że do bram kadry nieustannie pukają młodzi piłkarze. "Stuk, stuk!", patrzysz, a to kolejny ambitny chłopak, który ma wielki potencjał. I nie mówię wyłącznie o bramkarzach. Mam przez nich ból głowy, bo muszę się zastanawiać: Żewłakow i Dudka czy Jodłowiec i Polczak na środku obrony. A kto z prawej? Wasilewski czy Wojtkowiak? Ale kocham ten ból głowy. I naprawdę nie jestem dziś w stanie powiedzieć, czy któryś z nich nie przebije się do pierwszego składu już w marcu.

Skoro o bramkarzach mowa, jaki jest status w kadrze Tomasza Kuszczaka? Skrytykował trenerów po wyjeździe ze zgrupowania przed Euro 2008, obwiniając ich, że go "zajechali" i dlatego doznał kontuzji...

- Cały czas jest w gronie czterech bramkarzy, których rozważam przed każdym meczem, obok Boruca, Fabiańskiego i Załuski. Jeśli będę widział potrzebę powołania go, bo uznam, że jest w najlepszej formie ze wszystkich, zrobię to. Usiądziemy na dziesięć minut i pogadamy. Tak robię z każdym. Cały czas śledzę losy Tomka i jestem gotów do współpracy. Nam mam żadnych uprzedzeń.

W Holandii jak mamy problem, to go obgadujemy, wyciągamy konsekwencje i zapominamy o sprawie. Tak było po incydencie we Lwowie. Dziś z Majewskim, Dudką, Borucem rozmawiamy normalnie. Z Kuszczakiem nie zgadzaliśmy się co do pewnych spraw w trakcie przygotowań do Euro 2008. Ale to nie powód, żeby go skreślać z kadry. On jest świetnym, ambitnym chłopakiem, który chce grać. Dlaczego miałbym go za to karać?

Kto był najlepszym polskim piłkarzem w tym roku? Kuba Błaszczykowski, który jest największą gwiazdą Borussii Dortmund i interesuje się nim Liverpool?

- Nie mogę tego stwierdzić na sto procent, bo nie oglądam go na żywo tydzień w tydzień. Ale jego talent i kariera rozwijają się fantastycznie. Borussia nie była zachwycona z tego, co pokazał w pierwszym sezonie, zresztą zepsutym przez kontuzje. Ale dali mu czas, żeby zaadaptował się w Bundeslidze. Zdawali sobie sprawę, jak wielki dystans dzieli ligę polską od niemieckiej, jak wielki to przeskok dla Kuby. Cały czas starali się natchnąć go pewnością siebie. Wiem, bo jestem w stałym kontakcie z działaczami i trenerem Borussii. I to podejście zaprocentowało. Ze względu na potencjał uważam go za najlepszego polskiego piłkarza mijającego roku.

Polski futbol stracił za to inny talent - Radosława Matusiaka. Jeszcze niedawno strzelał kluczowe gole w pańskiej kadrze, przechodził do Serie A, dziś nie wiadomo nawet, czy wróci do futbolu.

- Podjął kilka złych decyzji. Przede wszystkim wyjeżdżając do Palermo. Matusiak nie dostał w Serie A nawet ćwierci tego czasu na adaptację co Kuba w Borussii. Ale było z góry wiadomo, że go nie dostanie. Kiedy klub ligi włoskiej sprowadza piłkarza, to po to, żeby z miejsca wykorzystywał cały swój potencjał, co w przypadku napastnika oznacza strzelanie goli. Jeśli nie, to ciao, są inni. Nikt się tam z nikim nie pieści.

Co innego obrońcy, jak w przypadku Adama Kokoszki. Uważam, że wybrał dobrze, idąc do Empoli, bo nigdzie nie produkują lepszych obrońców niż we Włoszech. Szkoda, że Radek nie wykorzystał szansy w Heerenveen, bo to był klub idealny dla niego, bez presji. Nie mogłem go zabrać na Euro 2008, bo nie był w wystarczająco dobrej formie. Zrobiliśmy dla niego specjalne sesje treningowe i chuchaliśmy jak mogliśmy. Nie sądzę, żeby był stracony dla futbolu na zawsze.

Czy w Pawle Brożku rzeczywiście zaszła taka zmiana, że wiosną nie zabrał go pan na Euro, a teraz uczynił z napastnika Wisły czołowego zawodnika reprezentacji?

- Wierzcie lub nie, ale ta zmiana zaszła. Nie mówię, że między wiosną a jesienią, ale w porównaniu z ubiegłym rokiem to o wiele lepiej grający, o wiele bardziej doświadczony i świadomy swojej roli na boisku piłkarz. Zmienił swoje podejście do pewnych spraw. Duża w tym zasługa trenera Skorży. Bardzo mi się podoba jego stosunek do zawodników.

I naprawdę nie żałuje pan, że nie zabrał Brożka na Euro?

- Mając tę wiedzę, co przed turniejem, nie zmieniłbym selekcji. Gdyby kontuzja Żurawskiego zdarzyła się przed meczem z Niemcami, Paweł byłby głównym kandydatem do zastąpienia go. Ale po meczu przepisy UEFA nie pozwalały na dowołanie nikogo.

Plotka o objęciu przez pana Sunderlandu okazała się bzdurą. Ale nie kusi pana czasem, żeby znów popracować w klubowym futbolu?

- Myślałem o tym niedawno, wiecie kiedy? W Turcji, kiedy patrzyłem na tych młodych polskich piłkarzy, palących się do gry, do treningu, do poprawiania swoich umiejętności. A jeszcze przy tym nie byłem pewien, co się wydarzy po moim powrocie do Polski. Gdyby coś poszło nie tak, pomyślałem, że po rozstaniu z reprezentacją nie wyjadę stąd. Zostanę trenerem polskiego klubu. Po to, żeby pokazać tzw. przeciętnym ligowym piłkarzom - przeciętnym nie dla mnie, ja tak o nich nigdy nie powiem, tak są określani przez innych i proszę, żebyście to podkreślili - jak świetnie mogą grać w piłkę i jak wiele mogą osiągnąć, jeśli odpowiednio się ich umotywuje i poprowadzi. Oni sami będą się dziwić, jacy świetni się staną.

Widziałem, jak zmieniają się po kilku dniach współpracy na zgrupowaniu. To co by było, gdybym ich miał na co dzień i co tydzień gralibyśmy mecz? To byłaby rozkosz. Wierzcie mi, Polska to śpiący gigant, naprawdę są tu talenty piłkarskie. Dlatego tak bardzo mnie boli, że polski futbol nie robi kroków w rozwoju w tym tempie, w jakim powinien, i nie w kierunku, w jakim powinien. Boli mnie, że wygrywamy z Irlandią i wszyscy odchylają się w fotelu zrelaksowani, bo jest dobrze. Nie jest. Trzeba pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Codziennie i w odpowiednich warunkach. Coraz częściej o tym myślę i kto wie, czy nie obejmę jakiegoś klubu, żeby udowodnić coś tym piłkarzom i samemu sobie.

Konflikt z Antonim Piechniczkiem skończony?

- Inaczej podchodzimy do futbolu. Nie mówię, że jego podejście jest złe, a moje słuszne. Myślimy inaczej o przyszłości polskiego futbolu. Rozmowa wiele wyjaśniła, mam nadzieję, że da efekty, że na niej się nie skończy.

Mówił pan nam niedawno, że dopóki działania niektórych ludzi w PZPN nie będą panu przeszkadzać w pracy, nie zamierza się pan tym przejmować. Zaczęło przeszkadzać?

- Pamiętam rozmowę. Pytaliście o nowego prezesa i tak odpowiedziałem. Moje relacje z Grzegorzem Lato są dobre.

Pytamy o zarząd związku.

- Dajcie spokój. Moim szefem jest wyłącznie pan Lato. Zawsze tak było. Wszędzie, gdzie pracowałem, miałem jednego przełożonego i zawsze był nim prezydent klubu albo federacji. W Realu Madryt było prawie 30 przedstawicieli zarządu. Ale władzę nade mną miał tylko prezes. Wyobrażacie sobie, że będę miał 20 szefów? Czasem ktoś mi przeszkadza z boku, ale tak jest wszędzie, nie tylko w Polsce.

W 2006 roku byłem na MŚ do lat 20 w Kanadzie. Na kolacji z Michałem Listkiewiczem spotkaliśmy się z moim poprzednim przełożonym Jackiem Warinerem - szefem federacji Trynidadu i Tobago, wiceprezydentem FIFA. Warriner powiedział Listkiewiczowi tak: "Skoro zatrudniłeś Beenhakkera, po prostu pozwól mu pracować. Czasem będziesz go nienawidził za to, co robi, czasem kochał. Ale on jest najlepszy, kiedy pozwala mu się wykonywać robotę. Pozwól mu na to". Listkiewicz zrozumiał przesłanie. Teraz proszę o to samo. Z każdym mogę rozmawiać, ale i tak na końcu podejmowanie decyzji należy do mnie.

Pana trzy życzenia na rok 2009?

- Centrum treningowe dla reprezentacji młodzieżowych w Warszawie. Zorganizowanie ogólnopolskiej ligi juniorów dla 16-, 17- i 18-latków. Niech Legia gra z Wisłą, Lech z Polonią. Niech młodzi czują presję, odpowiedzialność i prestiż. Wiecie, ile takie mecze znaczyłyby dla młodziaków? Trzecia rzecz to usprawnienie finansowanych przez rząd szkół mistrzostwa sportowego. Jest ich 16, ale każda pracuje na własny rachunek, według własnego pomysłu. Nie ma koordynacji, jednego dla wszystkich programu. Stworzenie go pod hasłem: "Futbol teraz, futbol w 2012 roku" to moje trzecie życzenie pod choinkę 2008.

Mówiliśmy o przeszłości, wybiegnijmy w przyszłość. Co pan będzie robił w grudniu 2009?

- Nie wiem.

Może poleci pan do RPA na losowanie grup finałów MŚ?

- Jeśli jest w tym terminie, polecę. Gdyby tylko ode mnie zależało, chciałbym dalej być trenerem reprezentacji Polski. Obym tylko mógł normalnie pracować. Tyle że w piłce nigdy nic nie wiadomo.

Więcej o: