Sport.pl

Marek Saganowski: Mam żal do Beenhakkera

Od Euro czuję się w kadrze jak piąte koło u wozu. Gdy ktoś jest kontuzjowany, wtedy trener przypomina sobie o mnie - mówi piłkarz Southampton
30-letniemu napastnikowi skończyło się właśnie półroczne wypożyczenie do duńskiego Aalborga. W styczniu ma wrócić do drugoligowego Southampton.

Saganowski strzelił w Lidze Mistrzów »

Robert Błoński: Z Aalborgiem grał pan w Lidze Mistrzów, wiosną duński klub będzie walczył w Pucharze UEFA. Dlaczego musi pan wracać do słabego Southampton?

Marek Saganowski: Do Danii na 90 procent już nie wrócę. Dyrektor Aalborga powiedział, ze klubu nie stać na zapłacenie za mnie Southamptonowi miliona funtów. Może jeśli Anglicy obniżą cenę, to wrócą do rozmów. Pierwszego stycznia jadę do Southampton i zobaczę, co się dzieje. Na razie nic nie wiem.

Pytał pan, ile Aalborg byłby w stanie zapłacić?

- Nie. Skoro powiedzieli, że ich na mnie nie stać, to nie chciałem sprawić wrażenia, że strasznie mi na tej Danii zależy. Zawodnik jest inaczej traktowany, kiedy to klub walczy o niego, a nie sam się naprasza na transfer. To byłby błąd. Zostawiłem wszystko losowi. Rok się zaczął dla mnie średnio, a skończył dobrze. Ofert nie powinno brakować.

Jaka jest liga duńska?

- To mieszanka ligi niemieckiej i angielskiej. Ludzie w Danii żyją powoli, spokojnie, nie martwią się o przyszłość. Tak samo jest w tamtej lidze. Moja drużyna, mistrz kraju, zajmowała w pewnej chwili przedostatnie miejsce, ale nie było żadnej burzy. Mówiono nam, że wyniki przyjdą z czasem. I rzeczywiście, nie przegraliśmy ostatnich dziesięciu meczów, a naszymi rywalami byli m.in. Villareal, Celtic czy Manchester United. Poziom ligi nie jest wysoki. Wszystko opiera się na sile i bieganiu. Próbują grać jak w Anglii, ale daleko im do nich.

Nawet do Championship?

- Jeśli chodzi o intensywność gry, bieganie, to wiele lig jest na niższym poziomie niż zaplecze Premiership. Byłem w Portugalii, Francji, Niemczech, Holandii i wiem, że drugoligowi Anglicy nie muszą mieć kompleksów. Gdybym mógł wybierać, chciałbym grać właśnie tam.

Do Aalborga pojechałem spełnić jedno ze swoich marzeń, czyli zagrać w Lidze Mistrzów. Do życia Dania to miejsce świetne, do grania w piłkę na dłuższą metę już gorsze. Nie czułem tam żadnej presji. Wychodziliśmy na boisko wyluzowani, chcieliśmy wygrywać, ale jak się nie udawało, nie było tragedii. Klub miał własny hotel, wiele boisk, szkółkę piłkarską, takiego zaplecza nie ma w Polsce żadna drużyna.

Rywalizacja o miejsce w składzie była ostra?

- Nie. Zwykle grałem w podstawowym składzie, chyba że leczyłem kontuzję albo uznano, że jestem przemęczony i muszę odpocząć przed Ligą Mistrzów. Na ławce wylądowałem raz czy dwa.

Dlaczego Aalborg tak słabo zaczął sezon?

- Po zdobyciu tytułu do Rosenborga Trondheim odszedł trener. Odeszło także trzech zawodników, w tym najważniejszy, czyli grający na środku obrony kapitan. W tamtym sezonie Aalborg nie tracił bramek, strzelał jedną-dwie i zamykał drogę do swojej. Teraz mieliśmy dziurawą obronę. Aalborg to były jakby dwa różne zespoły. Na Ligę Mistrzów wychodziliśmy z bojowym nastawieniem, głodni wygranej. W lidze uważaliśmy się za Manchester United i próbowali grać na 50 procent. Do takiego grania nie starczyło umiejętności. Dlatego przegrywaliśmy.

Pan pojechał do Aalborga strzelać gole. Na początku nie strzelał.

- Jestem jak ŁKS, czyli urodzony "rycerz wiosny". Jesień zawsze źle na mnie działa, wtedy nie trafiam do siatki. Strzelam dopiero po Nowym Roku. Gdy w 2007 roku przyszedłem do Southampton po fatalnym okresie w Troyes, strzeliłem dziesięć bramek w 13 występach. W Legii i ŁKS też tak bywało. Pięć goli w Danii to nie jest rewelacyjny wynik, ale nie płaczę.

Trafił pan za to w Lidze Mistrzów. Obejrzał pan gola w telewizji?

- Widziałem. Ładna bramka, prawda?

Ładna, ale ze spalonego.

- Sędzia uznał, znaczy, że zdobyłem ją prawidłowo. Cieszę się, że boczny nie podniósł chorągiewki. Wiele takich goli pada, wiele jest wydumanych karnych czy niesłusznie nieuznanych goli. Liga Mistrzów to coś wyjątkowego. Grając w piłkę, zarabiam pieniądze, ale nie tylko to jest celem. Zagrać na wielkich stadionach to dopiero przeżycie. Porto, Sporting, Benfica, Bayern, Ajax, Lyon, Bordeaux, Manchester United, Celtic... Niesamowite. Po to jedenaście lat zasuwałem na "hasiokach" w Łodzi, żeby przeżyć takie chwile.

Czy 31 października zrobił pan sobie mały bilans?

- Dlaczego miałbym to robić?

Tego dnia skończył pan 30 lat.

- Aaa, rzeczywiście. Nie wiem, czy akurat wtedy, ale ostatnio zastanawiałem się nad swoją przygodą z futbolem. Biorąc pod uwagę to, co się stało na jej początku, osiągnąłem sporo. Spełniły się marzenia: zagrałem i strzeliłem gola dla reprezentacji, pojechałem z nią i wystąpiłem na wielkim turnieju. Strzeliłem bramkę w Lidze Mistrzów oraz Pucharze UEFA. Grałem w Portugalii, Anglii, Holandii, Niemczech. Ale nie powiedziałem ostatniego słowa.

Mówiło się, że talent miał pan jak Włodzimierz Lubański, w wieku 18 lat debiutował w kadrze.

- Wszystko zahamował fatalny wypadek na motocyklu. Straciłem trzy najlepsze lata do rozwoju. Wylądowałem w miejscach, w których nigdy bym nie grał, czyli w Orlenie Płock czy Odrze, choć darzę ją sentymentem, bo w Wodzisławiu się odrodziłem. Zwiedziłem kilkanaście klubów. Ale HSV, Aalborg czy Feyenoord to były epizody. Grałem w ŁKS, Legii, Southampton czy Guimaraes. To były zamierzone transfery.

W reprezentacji też czuje się pan spełniony. Tylko trzy gole w 28 występach.

- Nie. Ostatnio czuję się u Leo Beenhakkera jak piąte koło u wozu. Wiedziałem, że nigdy nie będę dla niego ważną postacią powoływaną na każdy mecz. Największy żal miałem w sierpniu, kiedy nie zostałem powołany na mecz z Ukrainą. Pomyślałem, że to niesprawiedliwe. Byłem w niewielkim gronie tych, którzy zostali pochwaleni za grę w Austrii, ale jako jedyny wypadłem z drużyny. Leo Beenhakker powoływał mnie zwykle wtedy, kiedy komuś coś się stało. Byłem zapchajdziurą.

Przed meczami ze Słowenią i San Marino przyjechał pan za kontuzjowanego Pawła Brożka. We Wrocławiu wszedł z ławki i bramki nie strzelił, w Serravalle zagrał od początku i też gola nie było.

- Teoretycznie San Marino to był idealny rywal, ale wolałbym zagrać i błysnąć z Portugalią albo Czechami. Przed wyjazdem na mundial do Niemiec strzeliłem gola Wyspom Owczym, a trener Janas i tak mnie nie powołał. Bo liczą się gole tylko przeciwko najlepszym. Co do Słowenii, to - jak spojrzę wstecz - to nigdy nie byłem "jokerem". Może trzy razy w życiu trafiłem do siatki, wchodząc na boisko z ławki rezerwowych. Ale się nie obrażam. Zawsze byłem i jestem do dyspozycji selekcjonera.

ZCzuba.tv: Gol Saganowskiego walczy z pornografią »

Wyobraża pan sobie powrót do Polski już teraz?

- Wyobrażam, choć moim celem jest gra za granicą. Najlepiej w Championship, bo mnie fascynuje. Drugiego stycznia jestem w w Southampton i zobaczę, na czym stoję. Jeśli zagram choć jeden mecz, nigdzie nie będę mógł odejść. W jednym sezonie zawodnik może wystąpić tylko w dwóch klubach.

Piłka nożna: Cashback 55 PLN od BetClick.com - poleca Mateusz Borek » - reklama

Więcej o: