Sport.pl

Andrzej Bachleda: Narty lubię. Muzykę kocham

- Narciarstwa miałem dość. Teraz komponuję, piszę teksty, śpiewam. Grywałem koncerty w spelunkach, gdy na widowni był jeden pijaczek, ale też w najlepszych klubach Paryża - opowiada najlepszy polski narciarz ostatnich 30 lat, który wydaje właśnie nową płytę
Justyna Kowalczyk faworytką Pucharu Świata?

Jakub Ciastoń: Jak to się stało, że skończył pan sportową karierę w 2004 r.? Ma pan dopiero 33 lata, wielu starszych alpejczyków, jak Didier Cuche czy Hermann Maier, wciąż z powodzeniem startuje w Pucharze Świata.

Andrzej Bachleda: - Miałem dość. Po pierwsze, bardzo dużo od siebie wymagałem. Chciałem poprawiać rezultaty, a odnosiłem wrażenie, że stoję w miejscu. Byłem mistrzem treningów, jeździłem tak dobrze, że występowałem nawet w filmach instruktażowych. Demonstrowałem, jak powinien wyglądać idealny technicznie przejazd. Na zawodach zjadała mnie trema. Może brzmi to dziwnie, ale ja nie lubiłem startować. Zawsze zazdrościłem takim jak Kalle Palander i Bode Miller, że potrafią się odstresować i zjechać na kompletnym luzie.

Z tymi słabymi wynikami to pan jednak przesadza. Był pan piąty na igrzyskach w Nagano w kombinacji, w 2000 r. piąty w slalomie w Wengen, regularnie zajmował punktowane miejsca w PŚ. Jest pan najlepszym polskim alpejczykiem ostatnich 30 lat!

- No to powiem coś o tym piątym miejscu w Nagano. W połowie slalomu w pierwszym przejeździe chciałem się zatrzymać. Wydawało mi się, że jadę kompletnie do d... Głos w głowie mówił: "Zatrzymaj się, to nie ma sensu". Mało brakowało, a tak bym zrobił.

Co pana powstrzymało?

- Pomyślałem, że to olimpiada, że jednak nie wypada. Gdy zobaczyłem na mecie, że mam pierwszy czas, nie mogłem uwierzyć. Potem wyprzedził mnie jeszcze Kjetil Andre Aamodt i kilku innych. Okazało się, że wcale tak źle nie zjechałem. Miałem talent do nart, ale chyba nie miałem odpowiedniej osobowości, charakteru, o to chodziło.

Skąd się brała trema i to, że wymagał pan od siebie tak dużo?

- Chyba jednak miałem jakiś kompleks wyników ojca [Andrzej "Ałuś" Bachleda to najlepszy polski alpejczyk w historii. W latach 70. zdobywał medale MŚ i stawał na podium PŚ]. Lubiłem jeździć na nartach, ale gdzieś tam w głębi duszy zawsze czułem presję. Zresztą sława ojca nie pomagała. Czasem było tak, że stałem w bramce startowej, próbowałem się skoncentrować, a tu nagle jakiś starszy facet klepał mnie w plecy i mówił: "Dawaj, dawaj! I pozdrów ojca od Hansa". Jak po czymś takim miałem się nie denerwować i dobrze zjechać?

Z zamiarem rzucenia nart nosił się pan kilka razy.

- Pod koniec lat 90. wyjechałem na studia muzyczne do Denver, gdzie dostałem stypendium. Wtedy po raz pierwszy powiedziałem sobie, że rzucam narty. Ale jakoś od nich nie uciekłem, byłem przecież w Kolorado, dookoła świetne warunki do szusowania. Jeździłem więc w drużynie uniwersyteckiej, ale rekreacyjnie, bez żadnej śruby treningowej. Przypadek sprawił, że akurat wtedy był tam Puchar Świata. Stwierdziłem, że może jednak spróbuję. I zająłem 14. miejsce! Więc znów jakoś poleciało.

Andrzej Bachleda również śpiewa! Poczytaj o jego płycie »

Dlaczego dziś w kraju, gdzie są góry i 3 mln ludzi jeździ na nartach, nie ma nawet pół zawodnika na poziomie PŚ?

- Z głupoty, z niczego więcej. Ale nie chcę się bawić we wskazywanie palcami winnych i wymienianie nazwisk.

To proszę chociaż opowiedzieć o swojej współpracy z Polskim Związkiem Narciarskim. Od siódmego roku życia mieszkał pan we Francji, tam uczył się jeździć. Startował nawet w kadrze narodowej. Ale ostatecznie wybrał Polskę.

- To była trudna współpraca, od samego początku. To właśnie kolejny powód, dla którego rozstałem się z nartami.

Co się panu nie podobało?

- Bałagan, niekompetencja. Wojenki podjazdowe działaczy. Dużo szumu i gadania, a mało pracy. Zdarzało się, że przylatywałem specjalnie z USA na Puchar Europy do Niemiec. I okazywało się, że nie mogę wystartować, bo PZN... zapomniał mnie zgłosić do zawodów. Wyobraża pan sobie?

Kto płacił za przelot?

- Związek, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że jeśli podliczyć takie wpadki, to wychodzi, że straciłem przez to szansę na triumf w klasyfikacji końcowej PE, szanse na punkty i lepszą pozycję Polski w rankingu.

A wojenki działaczy?

- Pomysł na rozruszanie narciarstwa w tamtym czasie był prosty. Na bazie zawodników wychowanych we Francji, czyli mnie, ale też męża mojej siostry Stéphane'a Exartiera, który dostał polskie obywatelstwo, miała być zbudowana silna kadra. Wydawało mi się, że to jest dobra rzecz dla Polski. Stéphan był już wtedy starszy, ale ciągle jeździł dobrze. Ja mogłem sporo wnieść, byłem zawsze we Francji w czołówce juniorów. Mój ojciec chciał pomóc, był też inny trener z zagranicy chętny do współpracy. Plan zakładał, że doczepi się do nas najlepszych młodych zawodników z Polski, taką kadrę B. Było kilku zdolnych chłopców, mieli bogatych rodziców, chcieli się uczyć. Ale zanim zaczęliśmy pracę, jeszcze w lecie, działacze zrobili złą atmosferę. Zaczęli opowiadać jakieś niestworzone rzeczy na zebraniach. Całe towarzystwo zostało skłócone o pieniądze i wpływy. Nie wiem, z czego to się brało. W każdym razie szansa na porządną kadrę została zmarnowana. Jakoś w końcu wyszło, że startowałem sam, ale potem z każdym rokiem miałem już coraz bardziej dość tej partyzantki ze związkiem.

Teraz jest chyba lepiej, przynajmniej w kadrze kobiet. Zna pan Katarzynę Karasińską? Dwa sezony temu kilka razy zdobywała punkty w Pucharze Świata.

- Znam Kasię i dobrze jej życzę, mam nadzieję, że coś się rozrusza, ale nie śledzę teraz tego, co się dzieje w związku. Problemem nie były tylko kłótnie i walki działaczy, ale też brak systemu, słabe szkolenie. W Polsce jest za mało zawodników, większość jest słaba technicznie.

Dobrze poznał pan narciarstwo we Francji, ale też w USA i Szwajcarii. Jak jest tam?

- We Francji przeszedłem wszystkie szczeble od juniora do seniora. W narciarstwie nie ma cudów. System szkolenia musi być od samego dołu do góry. Od szkółek dla dzieci, poprzez silnie rozbudowaną sieć klubów, aż po profesjonalnie zarządzane kadry regionalne i narodową. W Polsce nie ma niczego. Nie ma nawet profesjonalnych trenerów. Trenerzy nie chcą się uczyć, nie interesuje ich, co dzieje się na świecie. We Francji są dyplomy, trenerzy stawiają sobie za cel zdobywanie kolejnych szczebli kariery. Np. w kadrze narodowej po sezonie jest zebranie wszystkich szkoleniowców, odbywa się dyskusja, ocena wyników, jest jakaś polityka, plany na kolejny sezon.

Do tego dochodzi technika. W Polsce jest kompletna samowolka, każdy trener robi co innego, ma inne widzimisię. We Francji jest jeden kanon. Dlatego każdy trener wie, co ma robić np. z juniorem, którego przejmuje w kadrze regionalnej. Jest kontynuacja.

Do sukcesów potrzeba też w narciarstwie silnych sponsorów.

- Tak było w USA, gdzie narty bardzo poszły do przodu dzięki inwestycjom przed igrzyskami w Salt Lake City. Ale np. Brytyjczycy nie mieli gigantycznych pieniędzy, nie mają też wielkich gór, a jakoś udało im się w ostatnich kilku latach osiągać niezłe wyniki.

Przed igrzyskami w Turynie rozmawiałem z jednym z trenerów kadry. Mówił, że w naszych górach właściwie nie da się trenować. Jak chciał w Szczyrku zająć stok na trening kadry, turyści zwyzywali go od "ćwoków".

- Bez przesady. W Polsce są stoki, na których można trenować slalom. Zresztą teraz wszyscy jeżdżą w Alpach. Trzeba chcieć, mieć pomysł.

I pieniądze...

- Wcale nie są najważniejsze. W dzisiejszych czasach nie jest trudno znaleźć sponsorów. W Polsce problemem jest mentalność działaczy i trenerów. Nie tylko w narciarstwie, w sporcie w ogóle. Jakiś czas temu w Warszawie obserwowałem trening wioślarzy nad Wisłą. Trener przyszedł i na "dzień dobry" wszystkich za wszystko opieprzył. Bez sensu. Może tak się pracowało w latach 70., ale świat się zmienił. Trener to jest opiekun, nauczyciel, fachowiec i profesjonalista, a nie facet od pokrzykiwania: "Jak niesiesz te wiosła, baranie!". Brakuje kultury sportowej.

Pana ojciec powiedział kiedyś, że nie będzie u nas dobrych narciarzy, dopóki nie będzie klasy średniej z prawdziwego zdarzenia, z szacunkiem do ciężkiej pracy.

- Coś w tym jest. Podpisuję się pod tym.

Ma pan jeszcze kontakt z nartami?

- Jeżdżę. Jestem też instruktorem w Megeve, niedaleko Genewy. Przyjeżdżają ludzie z Paryża, Lyonu. Jak na takich, którzy są na stoku kilka tygodni w roku, we Francji jest niezły poziom. Ale rola trenera jest też niewdzięczna. Trzeba czasem uświadamiać rodzicom przekonanym o niezwykłym talencie dzieci, że jednak nie są aż tak utalentowane. Miałem niedawno dwóch Włochów, bardzo fajnych chłopaków. Rodzice już widzieli w nich zawodowców, a ja widziałem, że nic z tego nie będzie. Za mały talent. Żeby uświadomić rodziców, zabrałem ich na zawody. Zajęli dwa ostatnie miejsca. Zderzenie z rzeczywistością było brutalne, ale może dzięki temu pójdą teraz na studia, a na nartach będą jeździć dla przyjemności.

Śledzi pan Puchar Świata?

- Oglądam. Jeżdżą coraz szybciej. W ostatnich latach najbardziej zmienił się slalom. Jest znacznie bardziej dynamiczny. Podoba mi się. Teraz wchodzi generacja chłopaków, którzy szkolili się już wyłącznie na krótkich nartach. Ja zaczynałem na długich i w pewnym momencie musiałem się przestawić. Ale to jednak nie to samo co ci, którzy wychowali się już na carvingach. Jadą prosto na tyczkę, bez żadnej linii, opóźniają skręty maksymalnie, cały czas na krawędzi. Jednym z takich młodych jest Jean-Baptiste Grange [wygrał wczoraj slalom PŚ - red.]. Widziałem go na mistrzostwach Francji. Podoba mi się też Stéphane Tissot. To brat mojej żony, stawał już na podium PŚ. Niedawno paskudnie złamał nogę, ale wraca do formy. Był trzeci na mistrzostwach.

Co pan sądzi o Bode Millerze, największej gwieździe ostatnich lat?

- Znam Bode bardzo dobrze, razem zaczynaliśmy. Kiedy byłem na studiach w Denver, on akurat przebijał się do kadry. Jeździliśmy razem na zawody, raz on wygrywał, innym razem ja byłem szybszy. Był bardzo zdolny, potrafił czasem wykręcić przejazd z innej planety, wszyscy dostawali na mecie po półtorej sekundy w plecy. Ale czasem wyglądało to komicznie, bo od zawsze bardzo ryzykował. Jechał na złamanie karku i lądował w lesie, na drzewie. Takie przejazdy też były.

Rzeczywiście jest takim wariatem, czy tylko się na takiego kreuje?

- Kreuje się. To bardzo pracowity człowiek. Wychował się w rodzinie hipisów i stąd ten jego luz, bezkompromisowość. Lubił też dobrą zabawę, potrafił np. przyjść na zawody po całonocnej balandze w dyskotece.

Byłem kiedyś w jego rodzinnych stronach, we Frankonii. Mieszkałem dwa kilometry od tej chaty bez prądu i bieżącej wody, gdzie się wychował. Trenowaliśmy, graliśmy w piłkę. W pobliżu była jedna góra, supermarket, pięć kościołów, ale też mnóstwo sportu. Wujek Bode założył tam ośrodek dla młodzieży. Ludzie nawet z Bostonu przyjeżdżali. Bode spędzał tam całe dnie. Grał w piłkę, tenisa, biegał, potem pracował w tym ośrodku. Był wszechstronny. Mógł wybrać między karierą piłkarza, narciarza i tenisisty. Pamiętam, że gdy już był w kadrze na PŚ, to czasem odpuszczał obozy i treningi, bo startował w turniejach tenisowych. Był chyba nawet mistrzem stanu. Wahał się, czy tenis, czy narty.

Na czym polega tajemnica jego sukcesu?

- Ma zupełny luz w głowie. Nic nie robi z przymusu. Bez nart i zwycięstw też byłby szczęśliwym człowiekiem. To efekt tego hipisowskiego wychowania, a te wszystkie skandale wokół niego to maska. Musiał się jakoś skryć przed mediami, jak zrobił się szum.

Kogo podziwiał pan jeszcze na stokach?

- Zawsze ktoś był. Ale często narciarz, którego podziwiałeś za to, jak jeździ, okazywał się strasznie ciężkim typem prywatnie. Nie zawsze najfajniejsi zwyciężali. Sebastian Amiez wygrał w 1996 r. klasyfikację generalną w slalomie, bo na stoku był rewelacyjny, ale poza nim był nie do wytrzymania. Głośny, zarozumiały i arogancki typ.

Kto był fajny?

- Najwięcej siedziałem z Norwegami, Szwedami, no i Francuzami. Oni wszyscy fajni byli.

Utrzymuje pan kontakty?

- Nie. Spaliłem mosty. Jakoś nie potrafiłem się pozbierać po zakończeniu kariery. Jednak przecierpiałem to bardzo. Był nawet taki moment, że chciałem wrócić. Po cichu zacząłem trenować, ale sobie bark wybiłem i dałem spokój.

Mówi się dziś we Francji o polskich sportowcach?

- W ogóle.

Nawet o Kubicy, Radwańskiej?

- Nic, a jeśli już, to mało. Francuzi piszą głównie o piłce, a jeśli już o czymś innym, to o swoich sportowcach i sukcesach. Wyjątkiem jest może gazeta "L'Equipe".

A o polskich muzykach mówią?

- Zdarza się. Ostatnio był w radio cały dzień z muzyką Zbyszka Preisnera.

Może niedługo o panu będzie głośno. Narty zamienił pan na gitarę i został muzykiem.

- Bo chyba jednak bardziej ją kocham. Narty lubię, muzykę kocham. To taki mój prywatny ogród. Sprawia mi przyjemność. Narty założyłem, jak miałem cztery lata, ale rok później uczyłem się już gry na fortepianie.

W pana rodzinie muzyka i narty były od pokoleń.

- Muzyka od trzech generacji. Górale zawsze ją mieli we krwi. To artystyczne dusze, przecież wymyślili ciupagi, proszę też spojrzeć na góralskie domki (śmiech). W Galicji zawsze był taki tygiel narodów - Cyganie, Żydzi, wpływy z południa, wszystko to się wymieszało i powstała dobra muzyka. Pierwsze skrzypce na Podhalu miał mój pradziadek Szymon Gąsienica- Krzyś. Był przyjacielem Tetmajera, przywiózł mu je z Wiednia.

Jaka była pana droga muzyczna?

- Jako nastolatek fortepian zamieniłem na gitarę, zabierałem ją nawet na PŚ. Grałem w kapelach. W pewnym momencie robiliśmy coś w stylu Pink Floydów. Ale dużo eksperymentowałem, grałem też klasykę, śpiewałem piosenki francuskie. Byłem trochę samoukiem, bo ciągle jeździłem na nartach.

Czego pan słuchał?

- Wszystkiego! W młodości Michaela Jacksona, potem miałem okres fascynacji jazzem. Był u nas taki mechanik, który grał na klarnecie i miał mnóstwo kaset, pożyczał. Odkryłem wtedy dużo fajnych amerykańskich jazzowych rzeczy. Potem Hendrix, Led Zeppelin, Frank Zappa, King Crimson.

Tom Waits?

- Miałem 19 lat, kiedy koncertowaliśmy z kapelą w Paryżu w naprawdę niezłych klubach. Mieliśmy kontrakt, ale jeszcze wtedy trzymały mnie narty, więc rzuciłem to. Koledzy mi tego nigdy nie wybaczyli. I wtedy wpadły mi w ręce dwie płyty Waitsa. To był bardzo ważny moment, zmienił moje podejście do muzyki. Uświadomiłem sobie, że mogę robić mniej ostrą muzykę, ale jednocześnie wyrafinowaną, skomplikowaną.

Powiedział pan kiedyś, że jak się coś tworzy, to trzeba pamiętać, że robi się to dla innych, nie dla siebie.

- To jest coś, co uświadomił mi kiedyś kompozytor i przyjaciel rodziny Henryk Mikołaj Górecki, chyba największy autorytet, jaki miałem. Muzyka jest dla słuchaczy, nie dla siebie. Lubię kontakt z widownią, lubię grać i spotykać się po koncertach. To nie jest łatwa rzecz, wyjść i przez półtorej godziny sprawić, żeby ludzie nie zasnęli. Trzeba się odważyć.

Panu się udało?

- Grałem i śpiewałem po knajpach, czasem dla kompletnie pijanego towarzystwa. Raz występowaliśmy w sali, w której był tylko jeden przysypiający pijaczek. Ale pokazywał kciukiem do góry, że jest fajnie (śmiech). Wtedy był strajk autostrad we Francji, może dlatego nikt więcej nie przyszedł. Ale były też świetne koncerty dla fanów, którym podobało się to, co gramy.

Za kilka dni wychodzi pana najnowsza płyta "Time Ruines". Czego możemy się spodziewać?

- To są bardzo amerykańskie piosenki. Smooth jazz, trochę amerykańskiego pop folku, ale też spokojnego rocka.

Jedną z piosenek śpiewa pana kuzynka Alicja Bachleda-Curuś.

- Specjalnie przyjechała, żeby nagrać ten kawałek. Wyszło bardzo fajnie.

Da się wyżyć z muzyki, szczególnie takiej niemainstreamowej?

- Nie wiem, czy ludzie polubią moją muzykę. Robię to z nadzieją, że tak. Zobaczymy za parę lat. Biznesowo to jest ciężka droga, trzeba walić głową w ścianę. Na pewno jednak robię teraz to, co kocham. Chcę być zawodowcem, może nie w takim sensie, żeby zarabiać miliony, ale choćby dużo koncertować. Zresztą, nie wiem, co mógłbym innego w życiu robić. Nie jestem geniuszem finansowym, nie mam smykałki do biznesu.

Maluje pan...

- Od lat. W zeszłym roku była wystawa moich obrazów w Warszawie, w galerii naprzeciwko Sheratona. Fajna wystawa, nawet sporo obrazów się sprzedało. No, maluję.

Muzyk, malarz, zna cztery języki, i jeszcze narciarz, człowiek renesansu z pana...

- Nie lubię tego określenia. Leonardo da Vinci nie jestem, nie tworzę latających maszyn. Staram się robić jak najwięcej i tyle. Nie mam konkretnego zawodu, a jestem już po trzydziestce. Na muzyce chyba znam się najlepiej. Umiem zrobić płytę, trochę już wiem, jak to działa.

A nie myślał pan, żeby kiedyś z ojcem coś z tym polskim narciarstwem zrobić, jakoś je wskrzesić?

- Chyba szkoda zdrowia i czasu na użeranie się z działaczami. Oni i tak w pierwszej kolejności będą walczyć o stołki. Na razie będę grał i śpiewał. Do Polski przyjadę na koncerty.

Andrzej Bachleda jr

Najlepszy polski alpejczyk ostatnich 30 lat. Był 5. w kombinacji na igrzyskach w Nagano (1998) i 10. w slalomie w Salt Lake City (2002). W PŚ kilkanaście razy zajmował punktowane lokaty. Od siódmego roku życia mieszka we Francji. Jego ojcem jest Andrzej Bachleda "Ałuś", wicemistrz świata w kombinacji z 1974 r. z St. Moritz, brązowy medalista z Val Gardeny z 1970 r. Bachleda jr od dzieciństwa zajmował się też muzyką: grał na fortepianie, gitarze, komponował, śpiewał. W 1995 r. z zespołami The Moonflowers i Sansara nagrał dwie płyty i wyruszył w trasę koncertową po Szwajcarii, Francji i Polsce. Trzy lata później nagrał pierwszą solową płytę "The Thaw", a w 2004 r. - na zakończenie kariery narciarskiej - krążek "Od Gibraltaru do Tatr". Za dwa dni ukaże się najnowsza płyta Bachledy pt. "Time Ruines".

Więcej o: