Sport.pl

Fyrstenberg i Matkowski przegrali półfinał Masters

Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski przegrali w półfinale prestiżowego tenisowego Masters Cup w Szanghaju z najlepszą parą świata, braćmi Bobem i Mikiem Bryanami w dwóch setach 6:4, 6:4.
Mariusz Fyrstenberg: Być najlepszym deblem świata »

Amerykańscy bliźniacy o tytuł mistrzów turnieju wieńczącego sezon zagrają w niedzielę z kanadyjsko - serbską parą Daniel Nestor - Nenad Zimonjic. Polacy na półfinale zakończyli start w tegorocznym Mastersie.

W sobotnie popołudnie - czasu chińskiego - wszystko przemawiało za Amerykanami. Bob i Mike dzień wcześniej zakończyli rozgrywki grupowe. Mieli więc sporo czasu na regenerację sił. Do tego ich ostatni mecz w grupie nie miał znaczenia dla ostatecznego rozstrzygnięcia, bo już w środę było wiadomo, że po dwóch zwycięstwach Bryanowie wyjdą z pierwszego miejsca. Polacy w piątek późnym popołudniem stoczyli prawie dwugodzinną batalię z Jonasem Bjorkmanem i Kelvinem Ullyettem, która decydowała o być albo nie być w dalszych rozgrywkach. Nasi na regenerację sił mieli, więc niespełna dobę.

We wcześniejszych pięciu pojedynkach Marcin i Mariusz tylko raz zwyciężyli bliźniaków - dwa tygodnie temu w Paryżu. Wówczas dla Boba był to drugi turniej po wyleczeniu kontuzji barku. O ile w Paryżu jeszcze miało to minimalny wpływ na jego dyspozycję, to w Szanghaju po urazie nie było widać już śladu. Bob wyraźnie się rozegrał. Za to Matkowskiemu forsowna końcówka sezonu odbiła się przeciążeniem łokcia i w Chinach, by poradzić sobie z ręką brał środki przeciwbólowe.

O losach półfinału zadecydowały jednak niuanse. Podstawowym była skuteczność pierwszego serwisu. I nie chodzi tu nawet o zdobywanie punktów, ale o liczbę akcji rozgrywanych z pierwszej piłki. Nasi z 57 akcji, które rozpoczynali własnym serwem tylko 25 razy wprowadzali piłkę do gry pierwszym serwisem (44 proc.). Gdy już trafiali za pierwszym razem najczęściej z tych akcji zdobywali punkty, jednak mała skuteczność pierwszego serwisu sprawiała, że rywale czuli się dużo pewniej w grze. Bryanowie mieli aż 83 proc. skuteczności pierwszego podania. To powodowało, że gemy serwowane przez Amerykanów trwały krócej i zwykle były mniej zacięte. Marcinowi i Mariuszowi trudniej się zdobywało punkty. Mimo tego błędów z ich strony było niewiele. A, że Bryanowie grali niemal perfekcyjnie, to oni wygrali.

Początek meczu był jednak obiecujący. Piłka serwowana przez leworęcznego Boba została tak odegrana przez również leworęcznego Mariusza, że wróciła pod nogi sewrującemu kompletnie go zaskakując i akcję otwarcia wygrali Polacy. Amerykanie pozbierali się dopiero przy remisie po 30. Wygrali gema i zaczęli "straszyć" przy podaniu Matkowskiego. To szczecinianin tego dnia serwował nieco gorzej niż potrafi. Zapewne na większość światowych par taka dyspozycja by wystarczyła, ale nie na debel numer jeden ostatnich lat. Już w drugim gemie świetny lob Boba, a chwilę później doskonały return Mike'a dały bliźniakom dwie szanse na przełamanie Polaków. Wtedy jeszcze obronione przez naszych. Do stanu 4:5 dla rywali nic się nie zmieniało. Każdy wygrywał swoje podanie, ale w dziesiątym gemie przy serwisie "Matki" nasi nie wykorzystali trzech piłek na zakończenie gema. Amerykanie doprowadzili do piłki decydującej, wybrali odbiór Boba. Matkowski zagrał dobrze, ale return rywala był jeszcze lepszy. Długi kross odbił się tuż przed Marcinem i próba odegrania trafiła skończyła się siatką.

Amerykanie przełamali naszych w idealnym momencie. Nie dość, że Polacy już nie mieli okazji na odrobienie break pointa, to na dodatek druga partia zaczynała się znów od serwów braci i Marcin z Mariuszem przez całą partię musieli gonić wynik.

Mogło być inaczej, bo już w pierwszym gemie drugiej partii mieli dwie piłki na przełamanie B&B. Para z Florydy nie pozwoliła naszym na zdobycie pierwszego w meczu break pointa, a potem okazało się, że już więcej nasi takiej okazji nie dostali.

Scenariusz dalszych gemów był identyczny jak w pierwszej partii. Znów przy stanie 4:5 serwował szczecinianin i ponownie rywale mieli "decided point". Tym razem zdecydowali, że będzie odbierał Mike. I tak jak jego brat w pierwszym secie, tym razem on popisał się rozstrzygającym returnem. Rozstrzygającym cały mecz i losy awansu do finału.

Polski debel poza finałem Masters. Przeszkodziła telewizja? »

Więcej o: