Sport.pl

Michał Globisz: W 2020 r. Polak prosto kopnie piłkę

- Nie mamy prawa z kogokolwiek się śmiać. Oby zaraz z nas się nie śmiano. Pomijając San Marino czy Andorę, mamy najgorzej wyszkolonych piłkarzy w Europie - mówi trener reprezentacji U-19
Michał Globisz uchodzi za największego fachowca od szkolenia młodzieży w Polsce. W 1999 r. z reprezentacją U-16 zdobył wicemistrzostwo Europy, dwa lata później z drużyną U-18 mistrzostwo Europy. Rok temu jego drużyna awansowała do ćwierćfinału mistrzostw świata U-20 w Kanadzie, gdzie przegrała z późniejszym triumfatorem Argentyną. Obecnie jest szkoleniowcem drużyny U-19, z którą za miesiąc zacznie eliminacje ME. Rywalami Polaków są Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra i Grecja. Do drugiej fazy eliminacji awansują dwa zespoły.

Michał Szadkowski: Co będzie dla pana sukcesem: mistrzostwo Europy, czy w przyszłości powołania piłkarzy do pierwszej reprezentacji?

Michał Globisz: - Nie znam trenera, który nie cieszyłby się z tytułu mistrza Europy. Ale najważniejsza jest jak największa liczby piłkarzy w kadrze narodowej.

Na Euro 2008 pojechało dwóch graczy, z którymi zdobywał pan juniorskie medale - Paweł Golański (2001) i Wojciech Łobodziński (1999 i 2001).

- Blisko wyjazdu byli Tomasz Kuszczak i Radosław Matusiak.

Ale kiedy jako juniorzy odnosili sukcesy, wyróżniał pan też Sebastiana Milę, Łukasza Madeja i Rafała Grzelaka.

- Mila ma szansę wrócić do kadry. Nie zapomniał jak się gra w piłkę. Popełnił błąd przy wyborze zagranicznego klubu. Liga austriacka była najgorszą z możliwych. Zabrakło mu też szczęścia.

Madej i Grzelak wyjechali, nie mamy o nich zbyt wiele informacji. Gdyby grali w polskiej lidze, mieliby większą szansę pokazania się Leo Beenhakkerowi.

Ale Madej wyjechał lewie kilka tygodni temu. Z broniącego się przed spadkiem ŁKS Łódź do słabej portugalskiej Academiki Coimbra. Grzelak zmienił średni zespół ligi portugalskiej - Boavistę na średni z greckiej - Skodę Xanthi. Mila nie poradził sobie w Austrii i Norwegii. Chyba moglibyśmy wymagać więcej od mistrzów Europy?

- Sukces wywalczyła drużyna. Świetnie rozumieliśmy się na boisku i poza nim. W dodatku wyszły nam dwa turnieje, zdobyliśmy mistrzostwo i wicemistrzostwo Europy. Niemożliwe, by cała jedenastka grała potem na poziomie reprezentacyjnym.

Ale niektórzy zupełnie zniknęli, nie ma ich nawet w słabej polskiej lidze. Jak pan ich wybierał? Decydował poziom, jaki prezentowali, czy to, co mogli pokazać w przyszłości?

- Nie miały znaczenia cechy fizyczne. Do dziś się tym nie kieruję. Oni rosną, mężnieją. Mogą się bardzo zmienić. Patrzę głównie na technikę, bo tego w ich wieku poprawić już nie sposób. Ale oczywiście biorę też pod uwagę motorykę, cechy charakterologiczne.

Na ostatnie zgrupowanie przed turniejem eliminacyjnym U-19 powołał pan dziesięciu graczy z polskiej ligi, jedenastu z lig zagranicznych. Czterech z nich nigdy nie występowało w polskich klubach. Co ich różni?

- Ci zza granicy mają profesjonalną opiekę fizjologów, dietetyków, najlepszych trenerów i świetne warunki do treningu. Szybciej robią postępy. Polskie i zagraniczne kluby to dwa różne światy.

Żal panu tych z polskiej ligi?

- Żal. Dlatego jak nasłuchają się na zgrupowaniach, że inni mają lepiej, wykorzystują pierwszą okazję do wyjazdu.

Ilu z obecnej drużyny będzie kiedyś podstawowymi graczami pierwszej reprezentacji?

- Wojciech Szczęsny, Ariel Borysiuk, Michał Janota i Grzegorz Krychowiak. To wariant ostrożny.

Dużo.

- Bardzo dużo. Byłoby bardzo dobrze gdyby każda kadra juniorska tyle dawała pierwszej reprezentacji.

Z tej czwórki tylko Borysiuk gra w polskiej lidze, w Legii Warszawa.

- Dziwne? Przecież szkolenie w naszych klubach leży. Wszystko zaczyna się od sześciolatków. Złe trenowanie Jasia powoduje, że Jan ma wiele złych nawyków. Nie umie ograć przeciwnika jeden na jeden, a to podstawa futbolu! Nie umie, bo sześcioletnim dzieciom zabrania się kiwać. Trenerzy wymagają od nich wyniku. A drybling może się skończyć stratą piłki. Nie mówię o odosobnionych przypadkach, ale praktyce w 90 procentach polskich klubów. Gadocha, Deyna i inni mieli technikę, bo nauczyli się jej na podwórku. Gdyby teraz poszli do klubu, kazano by im grać w lidze trampkarzy i wygrywać. I nigdy nie osiągnęliby takiego poziomu, jaki pamiętamy u gwiazd sprzed lat.

Czego w takim razie polskie kluby uczą sześciolatków? Michał Janota mówił, że po przyjeździe do Feyenoordu musiał nadrabiać braki w taktyce. Krzysztof Król w Realu przechodził lekcję biegania!

- Wie pan czego uczą? Żeby dzieci wybijały piłkę w trybuny. Dzięki temu można utrzymać prowadzenie i wygrać mecz. Nie uczą prawidłowego biegania, taktyki czy techniki. Niczego nie uczą! Efekty widzimy u seniorów. Piłka ich nie słucha, ucieka, przeszkadza. Nie tylko na poziomie ligowym, ale nawet reprezentacyjnym!

Lepiej więc sześcioletniego syna puszczać na podwórko niż prowadzić do klubu?

- Jeśli tylko uda mu się znaleźć partnerów do gry na podwórku, oczywiście.

Czyli kluby psują dzieciaki, zabiją ich talent?

- Psują, bo nie chcą ich szkolić, tylko wygrywać. Nie interesuje ich piłkarz w perspektywie 10 lat. Ważne, by wygrać w najbliższym spotkaniu trampkarzy.

Janota wyjechał z Polski, kiedy miał 16 lat. Przez 10 psuli go polscy trenerzy. Czy Holendrzy mogą wszystko naprawić?

- Zawsze coś można poprawić, ale pewne nawyki zostaną. Sześciolatkowi łatwiej nauczyć się najtrudniejszych elementów technicznych. Potem chłopak rośnie, ma gorszą koordynacje ruchową. Pewnych rzeczy zmienić się nie da, bo nie da się z szesnastolatkiem wrócić do czasu, gdy miał lat sześć.

Leo Beenhakker twierdzi, że Polacy nie uczą się gry pod presją. Juniorzy Wisły nie spotykają się z Legią czy Lechem, ale z Górnikiem Wieliczka. I łatwo wygrywają 7:0. W Holandii już juniorskie mecze Ajaksu z Feyenoordem to wojny.

- Niech się pan zastanowi, jak przy wyniku 7:0 wyegzekwować od chłopaków grę obronną. Pressing, podwajanie, asekurację. Po co? Przecież wygrywa się lekko, łatwo i przyjemnie. A meczów, które zwycięża się nawet 13:0 jest mnóstwo. Swego czasu w Gdańsku, w drugiej rundzie mistrzostw Polski juniorów, osiem najlepszych drużyn grało ze sobą po dwa razy. Dzięki temu częściej dochodziło do spotkań Arki z Lechią czy Arki z Bałtykiem. Długo to jednak nie trwało, bo słabsze kluby zaprotestowały.

Czuje się pan postacią tragiczną? Powołuje pan piłkarzy, zdając sobie sprawę z ich ułomności. Przecież poza tymi, którzy nigdy nie grali w Polsce, wszystkim pana kadrowiczom zabraniano kiedyś dryblingu, długo niczego nie uczono.

- Oczywiście. Taki sam problem ma Leo Beenhakker. Na krótkich zgrupowaniach nie ma szans nauczyć reprezentantów futbolu. Bazuje na motywacji i powtarza, by utrzymywali się przy piłce. To bardzo proste i mądre. Sam korzystam z zestawów ćwiczeń, które dostałem od Holendra.

W Polsce mieszka 40 mln ludzi. Czy nawet przypadkiem nie powinien się nam trafić piłkarz z pola grający w jednej z najlepszych drużyn w Europie? Białorusini mają rodaka w Barcelonie, Słowacy w Liverpoolu, Gruzini w Milanie...

- A my mamy bramkarzy. Bo szkoli się ich indywidualnie. Mimo że mamy tak dobre efekty, na innych pozycjach w ogóle się tego nie praktykuje. A przecież po każdych zajęciach trenerzy powinni pracować osobno z niektórymi piłkarzami. To takie oczywiste...

Skoro oczywiste, dlaczego nikt tego nie robi?

- Prezesi klubów wymagają wyniku teraz, za rok, w najlepszym wypadku za dwa. Oni nie mają pojęcia o futbolu, szkoleniu młodzieży. Kiedyś sprzedawali na bazarze ogórki, teraz zajmują się piłką. Nie chcą słyszeć o inwestowaniu w perspektywie 10 lat. Łatwiej sprowadzić tanich graczy z Afryki, Słowacji czy Serbii. Nie pomyślą, że inwestując w sześciolatka, za parę lat będą go mogli sprzedać za kilka milionów euro. Nie pomyślą, bo wiedzą, że już ich w klubie nie będzie.

Ok. Problemem polskiej piłki są dyletanci. Może w takim razie powinniśmy wziąć przykład z Turcji, która swego czasu masowo sprowadzała trenerów z Niemiec. To oni sprofesjonalizowali futbol nad Bosforem.

- Młodzi polscy trenerzy mają wykształcenie i chcą się rozwijać. Problem w tym, że wymaga się od nich zwycięstw. Nawet na poziomie trampkarzy. Jeśli będą prowadzili drużynę z myślą o szkoleniu, szybko zostaną zwolnieni. Nie każdy ma takie szczęście jak ja. Kiedy pracowałem w Lechii Gdańsk usłyszałem od prezesa, że nie interesują go wyniki. On chciał dostać piłkarzy do pierwszej drużyny. Od razu zmieniłem metody pracy.

Ale przecież polskich trenerów jeszcze trudniej znaleźć w zachodnich ligach niż piłkarzy. Poza Ryszardem Komornickim w szwajcarskim Aarau i Piotrem Nowakiem pracującym z olimpijską reprezentacją USA tak naprawdę ich nie ma.

- A co zrobi supertrener w Odrze Wodzisław? Niewiele, bo nie ma bazy, nie ma warunków do szkolenia. Na kartoflisku nie da rady.

Czyli pozostaje nam liczyć na graczy, których wyszkolą nam Niemcy, Holendrzy czy Francuzi.

- To jedna z dróg. Ale sami musimy zacząć działać. Pierwszym krokiem są gimnazjalne ośrodki szkolenia. Zadziałają, jeśli będziemy się trzymać planu, ściągniętego zresztą od Francuzów. Nie ma mowy o grze na wynik. Tak jak matematyki uczy się od pokazania cyfr, tak piłkarzy trzeba szkolić od zera. Od techniki, koordynacji. Na szczęście upadł pomysł, by te ośrodki wystawiały zespoły w ligach juniorskich. Nic by się nie zmieniło. Znów Łodzi zależałoby na wygranej z Gdańskiem, a Poznaniowi z Warszawą.

Tam mają pracować najlepsi trenerzy, dobrze opłacani, ma to być ich jedyne zajęcie. Teraz praca z młodzieżą jest dla trenera trzecim etatem. Za kilka lat powstanie więcej boisk ze sztuczną nawierzchnią, będzie coraz bardziej profesjonalnie. Coś się ruszy.

Znając polskie realia wierzy pan...

- Muszę wierzyć. Inaczej musiałbym zrezygnować z pracy.

Reasumując, trenerów mamy zdolnych, ale słabo opłacanych i pracujących w skandalicznych warunkach. Nie mają motywacji, by się dokształcać, bo raz, że nikt od nich tego nie wymaga, a dwa, że wybijać piłkę w trybuny nauczyć można i bez literatury fachowej.

- Dlatego uciekając przed presją wyniku szkoleniowcy szybko rezygnują z pracy z młodzieżą i szukają posady w III lidze. Zarobek większy, a przynajmniej rodzice nie siedzą nad głową i nie domagają się zwycięstw.

Rodzice też?

- Nazywamy ich KOR - Komitet Oszalałych Rodziców. Często jestem świadkiem, jak na meczach trampkarzy rodzice stoją niemal na boisku, trenera w ogóle nie widać w tym tłumie. Wrzeszczą: Wywal!!! Nie kiwaj!!!! Ale gdyby temu trenerowi dać wysoką pensję, spokój, warunki do trenowania, on sobie poradzi. Wspomniane ośrodki powoli przejmą rolę klubów. Tam będzie szkolić się młodzież.

Na razie na gola w Premier League czekamy 16 lat. Śmiejemy się z Albańczyków, a oni w ostatnich latach bramki w Serie A zdobywali regularnie. Malutka Słowacja ma reprezentantów w Liverpoolu i Napoli. Mamy najgorszych piłkarzy w Europie?

- Pod względem wyszkolenia należymy do tych najsłabszych. Wyłączając San Marino, Andorę i Luksemburg. Nie mamy prawa z kogokolwiek się śmiać. Oby zaraz z nas się nie śmiano.

To może Leo powinien zorganizować nam system szkolenia?

- Tym powinien się zając Wydział Szkolenia PZPN.

...ale się nie zajmuje...

...przy współpracy z Beenhakkerem.

Przypomnieć panu jak wygląda współpraca Wydziału z Leo?

- Mówię jak powinno być. Trzeba wykorzystać jego wiedzę, pomysły, które dają tak fantastyczne efekty w Holandii.

Załóżmy, że świat staje się idealny i gimnazjalne ośrodki szkolenia działają. Z ich pracy skorzystamy najwcześniej na Euro 2020.

- Trudno. Nie ma innego wyjścia. Nam się ciągle wydaje, że wszystkie problemy polskiego futbolu rozwiąże zmiana selekcjonera reprezentacji. Wie pan co z drużyną Beenhakkera zrobiłby Jose Mourinho? To samo.

Powtórzę: w Polsce efekty zmian w szkoleniu zobaczymy najwcześniej za 12 lat. A co przez ten czas? Mamy bazować na piłkarzach wyszkolonych za granicą, takich jak Ebi Smolarek?

- To jedyne wyjście...