Alonso podpisał już kontrakt z BMW Sauber? »Dariusz Wołowski, Łukasz Cegliński: Piłkarze, koszykarze, kolarze, Fernando Alonso, Rafael Nadal - dlaczego akurat teraz sport hiszpański przeżywa złote lata?Fernando Alonso: - Sam siebie o to pytam. I choć nie umiem znaleźć jasnej odpowiedzi, cieszę się tym okresem jak wszyscy kibice w Hiszpanii. Oczywiście na te sukcesy miała wpływ sytuacja w kraju, który ostatnio bardzo szybko się rozwijał. My, urodzeni w latach 80., potrafiliśmy wykorzystać znakomite warunki do uprawiania sportu. A poza tym chyba akurat trafiła nam się zdolna generacja.
Pytamy o to, bo polscy kibice tęsknią za takimi sukcesami, jakie mają Hiszpanie.- Nie sądzę, by dało się zaplanować narodziny generacji wybitnych sportowców, ale na pewno da się stworzyć warunki, by taka generacja mogła się wykształcić. W miarę jak Polska będzie się rozwijać, sport stanie się dla ludzi na tyle ważny, że gotowi będą traktować go jak sprawę pierwszorzędną. A wtedy sukces to kwestia czasu.
Jakiś czas temu dziennik "Marca" ogłosił plebiscyt na najlepszego sportowca wszech czasów w Hiszpanii. Kandydatami byli: pięciokrotny zwycięzca Tour de France Indurain, Alonso i Nadal. Dwaj ostatni nie mają razem nawet 50 lat. Wśród nominowanych nie było piłkarzy, koszykarzy. Był pan zaskoczony?- Jestem. Przecież Hiszpania to kraj klasycznie piłkarski. Z drugiej jednak strony, w takich plebiscytach przedstawiciele sportów indywidualnych mają zwykle większe szanse. Trochę to jednak dziwne, że Rafaela i mnie stawia się wśród najwybitniejszych - on ma 22 lata, ja 27 i dopiero zaczynamy, a nie kończymy odnosić sukcesy.
Skąd taka popularność Formuły 1 w Hiszpanii?- Nikt z nas nie zdawał sobie z tego sprawy. Kiedy wygrałem swoje pierwsze zawody Grand Prix, nagle zainteresowała się mną telewizja, potem zaczęła pisać prasa, a dziś doszło do tego, że o Formule 1 rozmawia się w gronie przyjaciół w restauracjach i na spotkaniach rodzinnych. Z dnia na dzień całkowicie straciłem prywatność. Nie mogę wyjść z domu bez rozdawania setek autografów i pozowania do zdjęć. Ale jestem to w stanie zaakceptować jako koszty sukcesu. Popularność jest w zasadzie bardzo miła.
Robert Kubica zaczyna przeżywać to co pan. Staje się w Polsce sportowcem numer 1. Co mu pan może doradzić?- Kiedy wygrałem pierwsze Grand Prix, w Hiszpanii była eksplozja radości. Ale to Kubica ma już za sobą. Prawdziwe szaleństwo przeżyje jednak, kiedy zdobędzie tytuł mistrza świata. Będzie mu trudno wyjść na ulicę. Ale poradzę mu, żeby wychodził, bo co może być piękniejszego niż rodacy, którzy chcą okazać ci sympatię, podziw czy szacunek? Trzeba się tym cieszyć, bo za 15 lat będziemy tęsknić za tym wszystkim.
Ile w F1 zależy od kierowcy, a ile od samochodu?- Sami mamy kłopoty, żeby to ocenić. Ponieważ każdy z nas ma inny samochód, porównanie kierowców na podstawie wyników jest w zasadzie bardzo trudne. Ja bym powiedział, że 70 proc. sukcesu to bolid, a 30 proc. - kierowca. Niestety. Najłatwiej porównać partnerów z zespołu. Najczęściej obaj mają takie same bolidy, a jednak jeden jest szybszy od drugiego. Wystarczy spojrzeć, co się dzieje ze mną w tym sezonie, by zdać sobie sprawę, iż podstawa w F1 to jednak dobry bolid.
Czyli F1 to nie jest sport sprawiedliwy?- Nie jest tak do końca, bo musisz być naprawdę dobry, by wielkie teamy chciały w ciebie zainwestować i zatrudnić u siebie. To zaczyna się od gokartów, potem na wszystkich szczeblach kariery musisz być lepszy od konkurencji. Tylko naprawdę dobrzy kierowcy przekonują do siebie firmy, by w nich zainwestowały, dały im tę całą technologię pozwalającą na walkę w Formule 1. Kiedy masz słabszy samochód od rywali, to jesteś sfrustrowany, ale trzeba zrobić, co można, byś za rok miał ten najlepszy bolid.
Jest pan fanem piłki i Realu Madryt. Nigdy nie chciał pan być piłkarzem?- Nie. Mój ojciec kochał samochody, a ja ścigałem się od małego. Najpierw dla zabawy z ojcem, potem z kumplami. Nawet nie zdałem sobie sprawy, kiedy przeskakiwałem kolejne szczeble w hierarchii kierowców.
Polscy kibice chcieliby widzieć Alonso i Kubicę w jednym teamie.- Mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej.
Ferrari? Była taka propozycja?- Nic o tym nie wiem. Pewne jest tylko to, że Robert zostaje w BMW na kolejny rok. Ja jeszcze nie wiem, co zrobię. Chciałbym z nim pracować, bo się przyjaźnimy, ale konkretów w tej sprawie nie ma.
Kto byłby liderem zespołu z Alonso i Kubicą?- Nie byłoby lidera, bo obaj mamy swoje ambicje i jesteśmy szybcy. Oczywiście na początku, bo pod koniec sezonu, gdybym potrzebował punktów do tytułu mistrza świata, Robert by mi pomagał, pracował dla mnie. I vice versa.
Czy to aż tak ważne, żeby kierowcy z jednej stajni byli nie tylko pracownikami tej samej firmy, ale również dobrymi kumplami?- Bardzo ważne. Nie tyle podczas samego wyścigu, ile podczas przygotowań samochodu na torze, poszukiwania ustawień jego parametrów, a także kiedy analizuje się trasę. Ja przejeżdżam dany zakręt w taki sposób, ale mój kolega w inny. Gdy się o tym szczerze porozmawia, można dojść do wniosków, która metoda jest szybsza. Nikt nie wie wszystkiego, w związku z tym wymiana doświadczeń jest konieczna. W F1 jest jak w każdym zespole. Jeśli jego członkowie uczciwie się wspierają, a nie rywalizują ze sobą, tym lepiej dla niego.
Jakim kierowcą jest Kubica?- Bardzo szybkim i bardzo pewnym siebie. Jedzie najkrótszą drogą, nie szuka na torze komplikacji, tylko gna najprościej, jak się da, do mety. To wielki dar. We wszystkich kategoriach zawsze wygrywał z rywalami takimi jak choćby Hamilton. No i jest bardzo młody, więc wszystkie możliwe sukcesy przed nim. Wcześniej czy później będzie mistrzem świata.
A jak pan się czuł jako 24-letni, najmłodszy mistrz F1? Zdobył pan tytuł, kiedy na torze dominował legendarny Michael Schumacher.- To wszystko spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. W 2005 roku zdecydowanymi faworytami były McLaren i Ferrari. Ale Ferrari miało fatalny rok. My w Renault to wykorzystaliśmy. Pokonałem nawet Schumachera, zostałem najmłodszym mistrzem. Tamten rok odmienił dla mnie wszystko.
Szef Renault Flavio Briatore powiedział, że F1 powinna odejść od eksponowania wyścigu technologicznego i skupić się na pokazywaniu rywalizacji kierowców. Zgadza się pan?- Tak. Kibice na trybunach chcą widzieć rywalizację kierowców, a nie wyścig technologiczny, bo jest on dla nich nieczytelny. Co ludzi w czapkach Ferrari czy McLarena obchodzą hamulce w samochodzie? Jeśli najwięcej zależy od bolidu, a mówiliśmy, że zależy aż 70 proc., to Formuła 1 staje się dyscypliną trudną w odbiorze. Człowiek ginie gdzieś w tych wszystkich niuansach technicznych. To niedobrze.
Po trzech latach walki o tytuł przyszedł czas, kiedy nie liczy się pan w walce o czołowe pozycje. Trudny sezon?- Bardzo frustrujący. Ale i pouczający. Uczę się dużo, bo w każdym wyścigu muszę iść na maksa, przekraczać czasem granicę ryzyka, by coś zdziałać. Startuję z 8. czy 9. pozycji, wciąż mam masę aut przed sobą i za sobą. Przez trzy lata, patrząc przed siebie, zwykle nie widziałem nikogo. Gnałem po pustym torze, czasem walcząc z dwoma rywalami. Teraz poruszam się w największym tłoku i muszę dokonywać cudów, by kogoś wyprzedzić.
GP Belgii: Kara Hamiltona, złość Kubicy. A zwycięstwo Massy »Kubica niezadowolony z wyścigu »