Sport.pl

Jakub Błaszczykowski: Mam nadzieję, że mój pech wreszcie się skończył

Ominął mnie mundial w Niemczech, nie zagrałem na Euro. Dlatego tak bardzo chcę pojechać do RPA. Przez ostatni rok sporo się nauczyłem, jestem dojrzalszym piłkarzem - mówi skrzydłowy Borussii Dortmund i reprezentacji Polski
Wichniarek trafia, Arminia przegrywa... »

W poniedziałek we Wronkach rozpoczyna się zgrupowanie kadry przed startem eliminacji MŚ. W sobotę mecz ze Słowenią we Wrocławiu, a 10 września wyjazdowe spotkanie z San Marino.

Robert Błoński: W jakim nastroju przyjechał pan do Wronek?

Jakub Błaszczykowski: Bardzo dobrym. Reprezentacja to coś wyjątkowego. Wielkie wyróżnienie. Start w lidze mieliśmy dobry, oby tak samo poszło nam w kadrze.

Przyjeżdża pan na zgrupowanie jako zawodnik...

- ...Borussii Dortmund.

W plotce o transferze do Liverpoolu było choćby ziarenko prawdy?

- Nie wiem. Dowiedziałem się o wszystkim z prasy. Nie mam pojęcia, co będzie. Skupiam się na tym, by zagrać jak najlepszą rundę w Dortmundzie. Ostatnio miałem sporo pecha, problemów ze zdrowiem. Straciłem kilka miesięcy, ominęło mnie Euro.

Jak z pana zdrowiem?

- Nie chcę zapeszyć. Wszystko jest w porządku i niech tak zostanie.

Leo Beenhakker powiedział niedawno, że dla reprezentacji znaczy pan tyle, co Cristiano Ronaldo dla Portugalii.

- Potraktowałem to z przymrużeniem oka. Jestem realistą. Miło że trener użył takiego sformułowania, ale wiem, ile mi brakuje, żeby wspiąć się na - jak mawia Leo Beenhakker - wyższy "level". Porównanie jest na wyrost.

Nie miał pan nigdy poczucia, że strzela za mało goli? Ronaldo był królem strzelców w Anglii w ubiegłym sezonie.

- Już mówiłem, że porównanie jest dużą przesadą. Ale rzeczywiście coś było nie tak z moja skutecznością. Nie byłem z siebie zadowolony, ale też trzeba wiedzieć, jakie zadania wyznacza trener. Bywa, że i ofensywnie grający piłkarz traci siły, poświęcając się grze obronnej. Powinienem jednak strzelać więcej goli. Tego mi brakuje, żeby być bardziej kompletnym zawodnikiem.

Początek Bundesligi miał pan świetny. W drugiej kolejce strzelił pan kapitalnego gola Bayernowi, zza pola karnego, wewnętrzną częścią stopy.

- Kopnąłem się w czoło i wpadło (śmiech). Mówiąc poważnie, to ładniejszej bramki jeszcze w życiu nie strzeliłem. Oby takich strzałów było jak najwięcej. To mój drugi gol strzelony Bayernowi w tym sezonie, trafiłem też do ich bramki w meczu o Superpuchar. Zaczęło się naprawdę dobrze. Ale rozegraliśmy dopiero trzy mecze, podchodzę do tego spokojnie. Liczy się dobro zespołu, nieważne, kto strzela. Wygrywajmy. Na jednego zawodnika pracuje cały zespół. Czasem ważniejszą, trudniejszą rolę odgrywają ci, którzy piłkę odbierają.

Jest pan lepszym piłkarzem niż przed wyjazdem do Niemiec?

- Nie umiem ocenić siebie, ale przez ten rok wiele się nauczyłem. Liznąłem prawdziwego zawodowstwa, wyższego poziomu. Urazy nie pozwoliły mi jeszcze pokazać wszystkiego, trochę mnie zahamowały. W moim przypadku jest tak, że jeśli tylko będę zdrowy, to ze wszystkim innym sobie poradzę. Z każdą konkurencją. Lecząc się w kółko, nie ma się szans zrobić jakiegokolwiek postępu. A stojąc w miejscu, zawodnik cofa się w rozwoju. Najpierw musi dojść do formy sprzed urazu, a to zajmuje sporo czasu. Kontuzje to zmora. A ja, choć mam 22 lata, to jednak sporo problemów za sobą. Nie wynikały one z wrodzonych kłopotów mojego organizmu, ale niekiedy trenowałem nie tak, jak trzeba. Jestem dynamicznym piłkarzem, mój atut to szybkość. Nie potrzebuję biegać tyle, ile wytrzymałościowcy.

Zadra z powodu straconych mistrzostw Europy jeszcze w panu tkwi?

- Zapomniałem już o tym. Patrzę, co będzie dalej.

Żartowaliśmy gorzko, że przed wielkimi imprezami jakaś klątwa wisi nad prawymi pomocnikami. Do Korei nie pojechał Bartosz Karwan, do Niemiec - w ostatniej chwili - Damian Gorawski.

- W 2006 roku trener Paweł Janas chciał mnie wziąć na mundial. Miałem jednak problemy z plecami i zostałem w Polsce. Teraz ten mięsień i wyjazd z Euro w Austrii... Nie z takimi jednak rzeczami musiałem sobie w życiu radzić i dawałem radę. Co nas nie zabije, to wzmocni. Jestem strasznie przesądny, a w październiku ubiegłego roku rozegrałem swój trzynasty mecz w kadrze. I licznik się zatrzymał. Ciągle coś mi przeszkadzało, coś dolegało. Trwało to ponad pół roku, a nie mogłem zagrać po raz czternasty. Teraz, kiedy byliśmy na Ukrainie, też niewiele brakowało, bym nie wystąpił. Coś tam zakłuło i istniało ryzyko, że nie wyjdę na boisko. Na szczęście zagrałem. Ale gdybym nie mógł, poprosiłbym trenera, żeby mnie wpuścił choćby na ostatnią minutę. Tak chciałem mieć tę trzynastkę za sobą. To dla mnie bardzo nieszczęśliwa cyfra.

Co pan powie o rywalach w eliminacjach MŚ?

- Ominęły mnie dwie wielkie imprezy, marzę, by jechać na kolejną. Niektórym wydaje się, że grupa jest łatwiejsza, niż kiedy walczyliśmy o Euro. Z każdym przeciwnikiem musimy się jednak liczyć. Nie możemy pozwolić sobie na chwile dekoncentracji, bo nie będzie kiedy odrabiać strat. Tym bardziej że awansuje tylko zwycięzca grupy, a eliminacje Euro wygrywały dwa zespoły.

Zgrupowanie zacznie się w kiepskiej atmosferze - słaby mecz we Lwowie, zawieszenie trzech piłkarzy. Jak sobie z tym poradzicie?

- Tak jak z wieloma innymi problemami. Będziemy musieli sobie poradzić. Artur Boruc czy Darek Dudka to bardzo ważne postaci reprezentacji. Strata dwóch kluczowych zawodników to osłabienie, może się odbić na jakości naszej gry. Ale nie znaczy to, że wystąpimy w dziewięciu. Szanse dostaną inni, oby ją wykorzystali. Mają okazję błysnąć. Z reguły jest tak, że z powodu nieszczęścia jednych szczęście ma ktoś inny.

Ze słabego występu we Lwowie nie wyciągałbym wniosków. Graliśmy w nietypowym ustawieniu. W eliminacjach nikogo nie zlekceważymy. We Lwowie trenowaliśmy razem tylko raz. Teraz będzie więcej czasu, by przestawić się na myślenie reprezentacyjne. W klubie jest inaczej.

Ja jestem spokojny, bo mamy trenera Beenhakkera. Kilka razy pokazał, że umie wszystko ustawić i wybrać najlepsze rozwiązanie. Stąd mój optymizm.

Jak pan przyjął wiadomość o dyskwalifikacji Boruca, Dudki i Majewskiego?

- Zrobił się niepotrzebny, nieprzyjemny szum. Szkoda, że ktoś się wygadał. Powinniśmy załatwić sprawę we własnym gronie. Być może i reakcja selekcjonera byłaby inna, ale nim wysiedliśmy z samolotu, wszyscy już wszystko wiedzieli.

Wstawicie się za zdyskwalifikowanymi kolegami, by byli powołani na październikowe mecze z Czechami i ze Słowacją?

- Co to znaczy wstawimy? Oni nadal są częścią drużyny. Jesteśmy z nimi nawet w tym trudnym momencie. Ale to trener wybiera piłkarzy, których powołuje do kadry. My szanujemy jego decyzje.

Każde eliminacje miały swojego bohatera, zawodnika, który strzelał gole. Kto może być kolejnym Olisadebe, Frankowskim czy Smolarkiem?

- Nie wiem, gwiazda sama się wykreuje. Zresztą w przypadku naszej reprezentacji ciężko mówić o gwiazdach. U nas siłą jest kolektyw. I jeśli ktoś będzie się silił na indywidualne popisy, to daleko nie zajedziemy. Zdajemy sobie z tego sprawę. Chcemy wygrywać, a bohaterów jest 11 czy nawet 18.

A pan nie chce wziąć większej odpowiedzialności na siebie?

- Nie przeceniam swoich możliwości i umiejętności. Chcę, by drużyna wygrywała. W poprzednich eliminacjach Ebi był bohaterem, można powiedzieć, nawet narodowym. Niech tak zostanie, wygrywajmy i jedźmy do RPA. Mam nadzieję, że trzecia wielka impreza mnie już nie ominie. Oby tylko ta nadzieja nie okazała się zgubna.

Czeski piłkarz grillował na balkonie - prawie spalił dom »

opis »

Więcej o: