Sport.pl

Kto po Lozano?

Z nominacją Raula Lozano na selekcjonera kadry siatkarzy PZPS trafił prawie idealnie. Oby na jego następcę znów szukał ideału, a nie kandydatury skrajnie ryzykownej. Na najlepszej od ćwierć wieku reprezentacji nie wolno eksperymentować
Lozano: Chcę dalej pracować z tą kadrą »

Nazywam Argentyńczyka selekcjonerem "prawie" idealnym, ponieważ ostatecznego celu mimo wszystko nie zrealizował. Nie zdobył medalu olimpijskiego.

Zasłużył się jednak dla reprezentacji kolosalnie. Do ciężkiej pracy jej nie zagonił, lecz zainspirował. Nowoczesnym warsztatem i zróżnicowanymi, interesującymi treningami, o czym siatkarze opowiadali w kółko na początku jego kadencji, zanim do nowinek przywykli. Gołosłowną paplaninę o profesjonalizmie w kadrze zamienił w konkret - dla kilku zawodników bolesny. Niektórym graczom pomógł wspaniale się rozwinąć (Paweł Zagumny!). Poprowadził drużynę do wicemistrzostwa świata, awansował z nią po raz pierwszy - i to dwukrotnie - do półfinału Ligi Światowej, bił rekordy seryjnych zwycięstw. Nawet z igrzysk odpadali Polacy w stylu ładnym, skłaniającym do docenienia ich wysiłku oraz sportowej klasy, a nie zawstydzającym, jak cztery lata temu w Atenach. Generalnie przeżyliśmy

najlepszy od połowy lat 80.

okres reprezentacji. Hasłowe podsumowanie dorobku Lozano dedykuję prezesowi PZPS Mirosławowi Przedpełskiemu, który pozbywa się selekcjonera niemal mimochodem, bez głębszej refleksji i precyzyjnego planu na przyszłość. W rozmowie z "Gazetą" rzucił tylko dość zagadkowym argumentem o rzekomym braku odpowiedniej chemii w drużynie.

Ja na dwóch najważniejszych imprezach - mundialu oraz igrzyskach - widziałem drużynę zwartą jak nigdy, współpracującą na boisku jak nigdy, zmotywowaną jak nigdy. A przede wszystkim doskonale przygotowaną. Raz odniosła wielki sukces, raz przegrała. Przegrała minimalnie. Nigdy dość przypominania, że ocenianie pracy trenera wyłącznie poprzez wynik jest metodą prymitywną, grożącą grubą pomyłką. Wynik zależy od mnóstwa czynników, brak upragnionego zwycięstwa oznacza niekiedy, że drużyny na zwycięstwo nie było stać, że zwyczajnie oczekiwaliśmy zbyt wiele. A zarazem nie wyklucza, że sukces nie przyjdzie jutro.

Z Lozano warto się rozstać tylko wtedy, jeśli PZPS znajdzie kogoś jeszcze lepszego. Argentyńczyk zostawi reprezentację znacznie silniejszą niż ta, którą obejmował na początku 2005 roku. Polacy zbliżyli się do ścisłej światowej czołówki, potrafią grać na poziomie dotąd im niedostępnym. Zbyt wiele potencjału w nich drzemie, by wpadli w ręce fachowca średniej klasy lub przypadkowego. Pochopny, nieprzemyślany wybór byłby marnotrawstwem wręcz skandalicznym, bo jak naszym nieudacznym piłkarzom czy koszykarzom nie pomógłby pewnie najwybitniejszy trener, tak siatkarzy łatwo skrzywdzić - trenerem niegodnym ich pozycji w światowym rankingu.

Piszę o sprawach niby oczywistych, lecz, jak wynika z publicznych wypowiedzi prezesa, w pezetpeesowskiej strategii poszukiwań następcy Lozano nieobecnych. Alternatywa "Bernardo Rezende albo trener z Polski" przy równoczesnej deklaracji, iż związek stać na każdego fachowca na świecie, jest logicznie niezborna, bo zakłada, że jeśli najlepszy nam odmówi, to nie rozglądamy się za drugim najlepszym, trzecim, czwartym. Jak Brazylijczyk nas nie zechce, rezygnujemy z zalotów do Anastasiego, Velasco czy McCutcheona (rzucam nazwiska pierwsze z brzegu) i startujemy do rodaka. To koncepcja kompletnie niezrozumiała, wewnętrznie sprzeczna, oparta na dziwacznych kryteriach i argumentach. Jak ów o braku czasu na poznawanie przez nowego selekcjonera naszego środowiska siatkarskiego - kadra radykalnie się nie zmieni, a następne mecze rozegra w Lidze Światowej, czyli za dziesięć miesięcy, wcześniej pretendenci do reprezentacji mogą wdzięczyć się do trenera przez cały sezon ligowy.

Jeszcze cudaczniej brzmi warunek językowy - konieczność znajomości polskiego lub angielskiego. Siatkarskim lingua franca pozostaje włoski, nawet nasi siatkarze posługują się nim lepiej niż jakimkolwiek innym obcym, a jeśli PZPS stać na każdego trenera, to stać chyba również na zatrudnienie profesjonalnego tłumacza.

Generalnie wynurzenia prezesa to dość chaotyczna plątanina myśli. Co zaskakujące tym bardziej, że skoro związek wiedział już przed igrzyskami, iż

walczyć o zatrzymanie Lozano

nie będzie, to miał sporo czasu, by kluczową kwestię głęboko przemyśleć. Na razie Przedpełski wymienił jedno nazwisko głównego faworyta wyborów selekcjonera. Człowieka, który samodzielnie żadnej drużyny jeszcze nie prowadził.

Krzysztof Stelmach rzeczywiście ma szansę zostać w przyszłości fachowcem znakomitym - edukację pobierał przez przeszło dekadę gry w Serie A, czyli rozgrywkach kipiących od taktycznego wyrafinowania, potem wspierał w Skrze Bełchatów Daniela Castellaniego, terminował też u Raula Lozano. Powszechnie wytykane mu zerowe doświadczenie niekoniecznie go dyskwalifikuje, w podobnym momencie reprezentację piłkarzy ręcznych przejął Bogdan Wenta i wystrzelił ją na podium mundialu. Sęk w tym, że znalazłoby się multum przypadków skrajnie odmiennych, czyli trudnych trenerskich początków. Zwłaszcza w siatkówce czołowych reprezentacji nikt nie wpycha w ręce żółtodziobów.

Pomysł ze Stelmachem nie jest z gruntu ani dobry, ani zły. Jest ryzykancki. Zapowiada eksperyment na organizmie - kadrze siatkarzy - delikatnym i nadzwyczaj cennym, dającym unikalną w polskich sportach drużynowych nadzieję na medalowy sukces.

Z charyzmatycznym debiutantem lub prawie debiutantem również da się sukces osiągnąć, nie potrzebuję np. wielkiego wysiłku woli, by wyobrazić sobie, że kadrę przejmuje Grzegorz Wagner i jak niegdyś jego ojciec wygrywa. Ale, powtórzę, hazardowy wybór jest znacznie mniej bezpieczny niż postawienie na trenera z absolutnego światowego topu, który przez pół życia zajmuje się uporczywym wygrywaniem, i to wygrywaniem w dawkach obfitszych niż lozańskie. Skoro PZPS stać na każdego, musi uderzać do najlepszych, nie najzdolniejszych lub rzekomo najzdolniejszych. Następnej reprezentacji sąsiadującej ze ścisłą czołówką możemy wypatrywać długimi latami, nawet jeśli słyszymy zapewnienia o czającej się do skoku całej ławie następnych Wlazłych. Talentu nie przerabia się na czempiona z dnia na dzień.

Szkoda, że związek nie wysondował międzynarodowego rynku wcześniej, bo gdyby nie powiódł się skok na trenerską elitę, warto by rozważyć nawet powstrzymanie się od rozwodu z Lozano. Najbardziej przygnębiającym wariantem byłoby zerwanie z Argentyńczykiem tylko ze względu na jego trudny charakter oraz pełną małych kłótni i dużych awantur współpracę z nim. Zwłaszcza że np. jego wojny o wyrwanie lidze dłuższego czasu na zgrupowania służyły dobru reprezentacji, nie jego osobistemu interesowi.

A nie chodzi o to, by było wygodnie. Siatkarze nie potrzebują miłej opiekunki o łagodnym usposobieniu, lecz fachowca - choćby nieznośnego w obejściu, mówiącego po chińsku, starszego niż Stelmach z Panasem razem wzięci - który zadba, by wygrywali jeszcze częściej. Graniczący z losowym wybór pod hasłem "Weźmy młodego, byle polskiego, a nuż się uda" mógłby się okazać skrajnie nieodpowiedzialny.

Przedpełski: Życzyłbym sobie trenera z Polski »

Drzyzga: Stelmach to dobry kandydat na trenera »

Więcej o: