Marian Drażdżewski: Mam już plan na kolejne sezony

Na trwających jeszcze w Pekinie Igrzyskach Olimpijskich nasi wioślarze wywalczyli dwa medale. Srebrny padł łupem czwórki wagi lekkiej płynącej w składzie: Bartłomiej Pawełczak, Miłosz Bernatajtys, Paweł Rańda i Łukasz Pawłowski.




Trenerem naszej osady jest bydgoszczanin Marian Drażdżewski. W składzie srebrnej czwórki płynęło jego dwóch podopiecznych z RTW/Lotto/Bydgostii - Bartłomiej Pawełczak i Miłosz Bernatajtys.





Waldemar Wojtkowiak: Szef wyszkolenia związku Bogdan Gryczuk podczas transmisji telewizyjnej powiedział, że w dniu, w którym pana podopieczni płynęli w finale olimpijskim, w ogóle nie można było z panem porozmawiać. To prawda?

Marian Drażdżewski: No, trochę Bogdan przesadził. Chociaż z drugiej strony, jest tak, że zawsze w dniu startu koncentruję się na przygotowaniu łódki i zawodników. I tylko to mnie zajmuje. Nie interesują mnie żadne rozmowy, dyskusje. Jestem w pracy i to jest najważniejsze.

Podczas wyścigów widać było trenerów na rowerach podążających tuż obok toru regatowego. Pan też jeździł?

- Oczywiście. Nie wytrzymałbym chyba spokojnie siedząc. Zawsze wsiadam na rower i dokładnie przyglądam się temu, co dzieje się na wodzie.

Jazda w takim tłoku przy jednoczesnej obserwacji wioślarzy chyba jest dość niebezpieczna?

No, rzeczywiście trzeba uważać. Chwila nieuwagi może grozić upadkiem. Sporo tam przecież tych trenerów i działaczy jedzie na rowerach. W czasie biegu finałowego dwa razy prawie leżałem. Zderzyliśmy się kierownicami z Duńczykiem i Francuzem. Na szczęście mamy już niezłą wprawę i nic poważnego się nie stało. Można powiedzieć, że jedzie się na wyczucie.

Czy wyścig finałowy wyglądał dokładnie tak, jak pan sobie zaplanował?

Charakterystyką naszej osady jest właśnie spokojniejszy start i rozłożenie sił na cały dystans. Widać było, że niektórzy ostro rozpoczęli, a potem opadali z sił. My zrobiliśmy zupełnie inaczej. Najpierw chcieliśmy zobaczyć, na co nas stać, na ile jesteśmy mocni, a dopiero potem zaatakować.

Był pan pewien medalu?

- Po ostatnim zgrupowaniu w Chinach widziałem, że ta łódka płynie. Wiedziałem, że jak nam rywale na starcie za dużo nie uciekną, to będzie dobrze. Nie musiałem specjalnie motywować chłopaków. Oni sami wiedzieli o jaką stawkę walczą. Byli tak zmobilizowani, że przed startem powiedziałem im kilka uwag technicznych i to wystarczyło.

Co pan czuł, gdy pana podopieczni odbierali medale na podium?

- Przede wszystkim dumę i radość. Przed igrzyskami myślałem sobie, co będzie, jak moi zawodnicy wywalczą medal. Wtedy chciałem skakać z radości, krzyczeć. A gdy to się stało, to nagle ogarnął mnie spokój. Czułem się jak prawdziwy weteran. Już układałem sobie w głowie plany na kolejne lata.

Myśli pan już o następnej olimpiadzie w Londynie?

- A dlaczego nie. Chłopcy przecież w Pekinie debiutowali na igrzyskach. Są jeszcze bardzo młodzi. Proszę spojrzeć na Duńczyków, złotych medalistów. Tam zawodnicy mają po trzydzieści kilka lat.

Przed Pekinem problemów wam jednak nie brakowało. W pociągu pobity został Paweł Rańda.

- To niestety trochę nam zahamowało przygotowania, wybiło z rytmu. Dlatego też nie szło nam w pucharach świata. Ale z drugiej strony, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Może gdyby nie sprawa z Pawłem, to szybciej osiągnęlibyśmy szczyt formy. Teraz nie ma co gdybać. Cieszmy się z tego, co mamy.

Rozmawiał Waldemar Wojtkowiak

Najnowsze informacje