Sport.pl

Polska - Japonia: Dla Złotek mecz kluczowy

Polskie siatkarki grają w środę o być albo nie być w turnieju olimpijskiego. Jeśli nie pokonają Japonii, szanse na ćwierćfinał spadną do śladowych. Początek meczu o godz 16 czasu polskiego. Korespondencja z Pekinu specjalnego wysłannika Sport.pl Rafała Steca.
"Lubię Bonittę, ale go nie rozumiem..." »

Już przed turniejem i w jego trakcie trener Marco Bonitta wszelkie dyskusje kierował na środę z takim uporem, jakby nie mieściło mu się w głowie, że wcześniej drużyna również będzie zdolna do wzlotów. Już kilka chwil po planowych (?) porażkach z Kubą oraz Chinami (obie 1:3) niechętnie o nich mówił i nie wyglądał na przygnębionego, z nadzieją wybiegając myślami do japońskiej kulminacji. Kulminacji, która jego zdaniem powinna przesądzić o tym, czy wracające po 40 latach na igrzyska Polki wykonają misję, czyli awansują do czołowej ósemki turnieju.

Włoski selekcjoner przyjął taktykę nadzwyczaj oryginalną, a jego intencje - przecież fachowca z doświadczeniem, z rodaczkami zdobył nawet mistrzostwo świata - można prawdopodobnie wyczytać we wspomnieniach z turnieju w Atenach przed czterema laty, z którego jego "Squadra Azzurra" odpadła w ćwierćfinale. Bonitta z uporem powtarza, że na igrzyskach zawodniczkom najtrudniej wytrwać w pełnym skupieniu i nie popaść w roztargnienie w rozstrzygającej chwili. Mówi więcej: nikt nie zdoła utrzymać absolutnej koncentracji w każdym meczu. Tyle że siatkarkom najwyższej klasy światowej wystarcza umiejętności i siły woli, by przezwyciężać same siebie i zwyciężać na prestiżowych imprezach nawet mimo kryzysu. Dla siatkarek ciut słabiej wytrenowanych wpaść w dołek znaczy przegrać.

Dziewczyny z dwóch bajek

Polek, co zrozumiałe, Bonitta za megagwiazdy nie uważa, choć na razie nie wiadomo, czy nie przyznaje się do tego zbyt głośno. I postanowił zadbać, by od pierwszego dnia pobytu w pekińskiej wiosce były świadome, kiedy mają eksplodować energią, nie pozwolić sobie na żadne rozkojarzenie, skakać najwyżej, jak potrafią.

A Japonki - globalne siatkarskie mocarstwo 30 i 40 lat temu - prawdopodobnie zmuszą je, by skakały częściej niż zazwyczaj. Małgorzata Glinka z podziwem mówi o ich fenomenalnej zręczności w grze obronnej, nie tylko jej zdaniem przerastającej defensywną zręczność wszystkich drużyn świata. Każdą akcję wydłużają ponad zdrowy rozsądek, rzucają się do piłki nawet w okolicznościach, które inne siatkarki zniechęcają do ruszenia palcem. A one jej dopadają i wyprowadzają kontratak. Grają w siatkówkę, leżąc na podłodze lub lewitując tuż nad nią. Nie ma chyba reprezentacji o tak wyrazistym, osobnym stylu. I statusie w czołówce równie paradoksalnym - od ćwierć wieku nie stanęły na podium innej imprezy niż mistrzostwa Azji, szczytem ich możliwości pozostaje piąte-szóste miejsce, ale grać z nimi nie lubi nikt. I prawie nikt nie powinien zuchwale sądzić, że na pewno wygra (w Pekinie wygrały Amerykanki, a przegrały Wenezuelki).

Polki to zespół z kompletnie innej bajki. Japonki przywiozły do Pekinu dwie najniższe zawodniczki turnieju (Yuko Sano i rewelacyjna wystawiająca Yoshie Takeshita mają 159 cm), które wybierając siatkówkę, rzuciły wyzwanie naturze. Bonitta selekcjonował kadrę z naciskiem na zawodniczki wysokie stworzone do fruwania nad siatką i kanonady w ataku. Dlatego w środowy wieczór (godz. 22 czasu pekińskiego) zobaczymy prawdopodobnie mecz w jednostajnym rytmie, a zarazem widowiskowy - rywalki będą się osłaniać przed polskim ostrzałem, odpowiadając szybszym rozegraniem i zbijaniem subtelniejszym, opartym na sprycie. Wygra ten, kto znajdzie w sobie więcej wytrwałości, cierpliwości, determinacji oraz kondycji.

Właśnie, kondycji. Czy Katarzyna Skowrońska i Małgorzata Glinka znów będą musiały znosić rolę jedynych regularnie atakujących skrzydłowych? A jeśli będą musiały - bo Annę Podolec wciąż będzie pobolewał bark - to jak ją zniosą? Jeśli w meczu z Chinkami rozgrywająca Milena Sadurek pchnęła w ich stronę piłkę 98 razy, to tym razem ma szansę grubo przekroczyć setkę.

Sekrety szatni

Nieopodal boiska stoją co prawda rezerwowe, wśród nich lansowana jeszcze niedawno - były ku temu powody - na co najmniej gwiazdkę reprezentacji Anna Barańska. Dotąd jednak wymieniony duet dwukrotnych mistrzyń Europy solidnego wsparcia nie dostaje, zmienniczki albo wpadają na boisko na moment, albo zawodzą, albo jedno i drugie. Bonitta wziął tutaj zresztą cząstkę winy na siebie. - Zastanawiałem się, czy nie zwlekałem zbyt późno z wpuszczeniem na boisko Mileny Rosner. Z Japonią na pewno pogra więcej - obiecał.

Włoch na niesatysfakcjonujący go wkład rezerwowych również reaguje kontrowersyjnie, publicznie i po nazwisku je besztając. Czy drużyna jego bezceremonialność akceptuje? To tajemnica szatni, która może znacząco wpłynąć na wynik - życie wewnętrzne reprezentacji od dawna toczy się od wybuchu konfliktu do gaszenia konfliktu, bo i selekcjoner nie dał się poznać jako człowiek najłagodniejszego usposobienia, i siatkarki ćwiczy charakterne, niechętnie kładące uszy po sobie.

Bonitta: Anny Barańskiej nie da się oglądać »

W boju z Japonią na awantury i awanturki czasu nie będzie, zwłaszcza że przeciwniczki całą wizję siatkówki opierają na nienagannej współpracy zespołowej. Ze skutkiem dla Polek ostatnio opłakanym. W ostatnich dwóch latach Azjatki poniosły z naszymi siatkarkami zaledwie jedną porażkę w pięciu próbach.

Naprawdę zanosi się na mały finał. Trzeba zapomnieć o małych kłótniach i zadrach, by złamać nieustępliwość małych Japonek i odnieść mały sukcesik, który pozwoli serio myśleć o wyczynie wcale okazałym - ćwierćfinale uzyskanym przez drużynę, która do czołowej ósemki igrzysk lub mundialu nie dotarła od 1968 roku.

Polski horror w Pekinie opisuje Rafał Stec »

Czy Polki mają jeszcze szansę? Czy jakikolwiek Polak zdoła zdobyć medal? Podziel się swoimi przemyśleniami! Załóż sportowego bloga, bloguj na Blogsport.pl!»

Więcej o: