Sport.pl

Angielski bój o półfinał LM - pierwsze starcie

To pierwszy z trzech meczów Arsenalu z Liverpoolem w najbliższym tygodniu. W sobotę obie drużyny zmierzą się na Emirates Stadium w lidze angielskiej, a za tydzień zagrają w rewanżowym ćwierćfinale Champions League.
Liverpool tradycyjnie już wchodzi w decydującą fazę najważniejszych europejskich rozgrywek, nie mając żadnych szans na zdobycie tytułu mistrza kraju. W wyścigu po tytuł wciąż za to liczy się Arsenal, choć ma sześć punktów straty do pierwszego w tabeli Manchesteru United. "Kanonierzy" zachowali szanse, wygrywając w ostatniej kolejce z Boltonem 3:2, choć przegrywali już 0:2. Wykazali przy tym niezwykły charakter, przez ponad godzinę grając w dziesiątkę i zdobywając zwycięskiego gola w doliczonym czasie gry.

Zdaniem obrońcy Arsenalu Kolo Toure wszystkim dodało to wielkiej wiary i motywacji. - Poczuliśmy, że coś do nas wróciło. Po takim występie przewaga psychologiczna będzie po naszej stronie. Także dlatego, że mamy nad nimi osiem punktów przewagi w lidze, a w ubiegłym sezonie wygraliśmy trzy z czterech meczów z Liverpoolem. Przy tym wyeliminowaliśmy ich z obu pucharów - Anglii i Ligi Angielskiej. Udowodniliśmy, że jesteśmy silniejsi mentalnie i lepiej radzimy sobie pod pucharową presją - stwierdził reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej.

Przeciwnego zdania jest kapitan "The Reds" Steven Gerrard, który uważa, że wygrana z Boltonem obróci się przeciwko Arsenalowi. Ostatnie wyniki w Lidze Mistrzów pokazują bowiem, że najwięcej osiągają kluby, których piłkarze nie są już obciążeni walką o tytuł w kraju. - To nie przypadek, że Liverpool w trzech ostatnich latach dwa razy grał w finale rozgrywek. A "Kanonierzy" muszą teraz myśleć także o naszym sobotnim spotkaniu w Premier League. I odpowiednio ważyć siły. To ich rozproszy i może okazać się decydujące. Czy jeśli będą przegrywać, rzucą do boju wszystkie siły, których później może zabraknąć na ligę? - zastanawia się pomocnik reprezentacji Anglii.

Gerrard był jednym z najlepszych zawodników Liverpoolu w niedzielnych derbach Merseyside z Evertonem. Jego drużyna wygrała 1:0 dzięki bramce Fernando Torresa, najskuteczniejszego po Cristianie Ronaldo piłkarza ligi (21 goli). Hiszpan zaliczył dwa hat tricki w dwóch kolejnych meczach, powtarzając wyczyn Jackiego Balmera z 1946 roku. - W meczu dwóch drużyn, które świetnie się znają, o wyniku może przesądzić właśnie geniusz wielkiego piłkarza. Arsenal też ma wybitnych napastników, ale Adebayor, van Persie czy Bendtner nie są nawet w połowie w tej formie co Torres - mówi o koledze Gerrard.

- Fernando jest w ogniu. Liczbą goli w pierwszym sezonie na Wyspach zaskoczył chyba wszystkich. Strzela tyle, bo co raz lepiej rozumie się z kolegami, a zwłaszcza Gerrardem. A zawodnicy ufają mu coraz bardziej, teraz już wiedzą, że jak mu dobrze podadzą, to na pewno wykorzysta okazję. Potrafi trafiać w meczach z największymi rywalami, jak Inter Mediolan, FC Porto czy Olympique Marsylia, a w lidze - z Chelsea czy Evertonem. To niezwykła cecha - chwali piłkarza Rafael Benitez.

Trener "The Reds" nie będzie mógł wystawić skrzydłowego Harry'ego Kewella i obrońcy Daniela Aggera, którzy leczą kontuzje. Do gry wraca za to Javier Mascherano (pauzował w ostatnim meczu za czerwoną kartkę z MU). O wiele większe problemy kadrowe ma Arsene Wenger, któremu wypadli ze składu prawy obrońca Bacary Sagna i pomocnik Tomas Rosicky.

Francuski trener też ma w składzie hiszpańskiego gwiazdora, Cesca Fabregasa i to na niego liczy najbardziej. Sam zawodnik przyznaje, że bardzo nie chciał trafić na angielską drużynę. - Znamy się zbyt dobrze. Co to za przyjemność grać w Lidze Mistrzów z piłkarzami, których co tydzień oglądam w telewizji i gram z nimi tak często. Wolałbym Barcelonę. Ale też marzę o ponownym występie w finale, a żeby tego dokonać, musimy wygrywać z każdym. Jeśli zostaniesz w łóżku, nigdy nie urzeczywistnisz marzeń - powiedział 20-letni Hiszpan.

W Stambule myślą nawet o finale Ligi Mistrzów