Krzysztof Bizacki dla "Gazety": chciały mnie Górnik i Legia

Po jedenastu latach przerwy Krzysztof Bizacki wrócił do GKS-u Tychy. Doświadczony napastnik podpisał z czwartoligowym klubem trzyletni kontrakt i mocno wierzy, że pomoże drużynie cieszyć się przynajmniej z dwóch awansów.
Po jedenastu latach przerwy Krzysztof Bizacki wrócił do GKS-u Tychy. Doświadczony 35-letni napastnik podpisał z czwartoligowym klubem trzyletni kontrakt i mocno wierzy, że pomoże drużynie cieszyć się przynajmniej z dwóch awansów.

"Gazecie" opowiada o tym, jak pomylono go z... bramkarzem, o grze na automatach i oferowanym przez Górnika Zabrze małym fiacie. Zdradza też, na co piłkarze Ruchu wzięli słynną pożyczkę w SKOK-u...

Wojciech Todur: Wiele się w Tychach zmieniło?

Krzysztof Bizacki: Jedenaście lat to w piłce nożnej epoka. Ale jest w klubie jedna osoba, która była też i wtedy, gdy zaczynałem karierę. To Janusz Wolski - nasz masażysta. Zaraz, zaraz... Jak ja powiedziałem? Karierę?! Nie, no to się przejęzyczyłem. Karierę to zrobili koledzy, którzy wyjechali za granicę, grali w dobrych zachodnich klubach. Ja mam w nogach tylko przygodę z piłką.

Znaczoną głównie występami w Ruchu Chorzów. Jak Pan trafił na Cichą?

- Pierwszą propozycję podpisania kontraktu z niebieskimi dostałem już w wieku 17 lat. Trener Edward Lorens wypatrzył mnie w kadrze Śląska. Gdy powiedziałem o tym mamie, to złapała się za głowę. - "Jezu! Synek! Nie rób tego! Najpierw skończ szkołę. Gdzie ty będziesz mieszkał?". No i rzeczywiście nic z tego wtedy nie wyszło. Ale Ruch nie dawał za wygraną i trzy lata później dopiął swego. Powiem szczerze, bardziej liczyłem wtedy na przejście do... Górnika. W Zabrzu mieli świetną pakę z Jurkiem Brzęczkiem, Tomkiem Hajtą, Łukaszem Kubikiem, Aleksandrem Kłakiem czy Grześkiem Mielcarskim. Przez tydzień nawet z nimi trenowałem, a w jednym sparingu strzeliłem dwie bramki.

To dlaczego nic z tego nie wyszło?

- Zadecydował Gerard Cieślik [legenda Ruchu - przyp.red.], który toczył o mnie cichą rywalizację ze Stanisławem Oślizło [legenda Górnika - przyp.red.]. Pan Cieślik był po prostu mocniejszy w Tychach, no i wyratował mnie od wojska (śmiech).

Takie zainteresowanie dwóch wielkich klubów to musiała być dla młokosa z Tychów wielka sprawa?

- Oj, była! Bardzo mi to imponowało. Tam, gdzie mieszkałem, byli zarówno kibice Ruchu, jak i Górnika - ciągle ktoś starał się mnie przeciągnąć na swoją stronę. Nie było wtedy komórek, więc działacze czy trenerzy wydzwaniali za mną do klubu albo do domu. Trochę mi się wtedy poprzewracało w głowie. Gdy usłyszałem, że Górnik chce mi dać jeszcze małego fiata, to spadłem z krzesła (śmiech).

Miał Pan okazję współpracować z dwoma niezwykle barwnymi prezesami - Piotrem Bullerem w Sokole Tychy i Krystianem Rogalą w Ruchu. Jak Pan wspomina nieżyjącego już Bullera?

- Miał wielkie serce do piłki, ale na futbolu się nie znał. Niestety, ale miał wielu złych doradców, którzy doprowadzili do bankructwa klubu. Ściągnął mnie z Ruchu po spadku niebieskich do drugiej ligi. Nie chciałem wracać z wypożyczenia, liczyłem, że ogram się w drugiej lidze. Z Bullerem nie było jednak dyskusji. Zaskoczył mnie już na początku, gdy pomylił mnie z... bramkarzem. "To ty jesteś ten Płaczkiewicz?" - zagadał. - Nie, nie. To pomyłka, panie prezesie - uśmiechnąłem się, bo nie dowierzałem, że można mnie pomylić z bramkarzem [Bizacki ma 169 centymetrów wzrostu - przyp.red.].

Pierwsze miesiące w Sokole Tychy to ponoć było eldorado?

- Nie brakowało nam niczego. Po każdym treningu mieliśmy świeże owoce - pomarańcze, banany, jabłka. W tamtych czasach to był luksus niespotykany w żadnym polskim klubie. Świetny sprzęt, zgrupowania w Holandii, wysokie kontrakty... To trwało rok.

I znowu wrócił Pan do Ruchu.

- Teraz to Buller odgrażał się, że mnie nie puści. Prezes Rogala był jednak mocny. Skończyło się tak, że prywatny kierowca Bullera przyjechał na trening Sokoła i zabrał mnie wprost z budynku klubowego na rozmowy do firmy Bullera w Katowicach. Pojechałem tak, jak stałem. Kontrakt z Ruchem podpisałem ubrany w dres tyskiego klubu.

Ale i tak wziął Pan udział w ostatnim ligowym meczu Sokoła.

- To prawda (śmiech), ale już przeciw tyskiej drużynie. W Sokole była już wtedy straszna nędza. Klub nie płacił od wielu miesięcy, nie było na nic. Zagrali na Cichej, a tydzień później oddali walkowerem mecz z Odrą Wodzisław. Wielu kibiców pamięta ten smutny obrazek, gdy Janusz Nawrocki wyprowadził na boisko w Tychach ledwie siedmiu zawodników.

A jakim prezesem był Rogala?

- No on akurat znał się na piłce aż za dobrze. Był dobrym partnerem do rozmowy. Podobało mi się, że jasno tłumaczył piłkarzom, czego od nich oczekuje. Takie szczere rozmowy przeprowadzaliśmy co pół roku.

Gdy znudziła wam się piłka nożna, zawsze mogliście porozmawiać o hokeju. Pan pochodzi z Tychów - hokejowego miasta, a Rogala to wielki fan NHL...

- Szczególnie drużyny Montreal Canadiens! Ale o hokeju nie rozmawialiśmy zbyt często. Sam trenowałem hokej tylko przez tydzień. Dostałem mocno po tyłku i zrezygnowałem. Z Mariuszem Czerkawskim rywalizowałem za to na boisku. Gdy byłem dzieckiem, w Tychach bardzo popularne były mecze osiedlowe. W mojej drużynie był Mirek Widuch, a Czerkawski grał z Radkiem Gilewiczem. Super sprawa. Dziś znowu interesuję się hokejem, bo akurat ten sport wybrał mój chrześniak.

Trzymam za niego kciuki.

Za czasów prezesa Rogali w szatni Ruchu modna stała się też gra na automatach, które stały w klubowej kawiarence. Pana też dopadły szpony hazardu?

- To bardziej była zabawa niż hazard. Prezes Rogala rzeczywiście mógł grać godzinami. Myślę, że w ten sposób walczył ze stresem. A piłkarze też grali, a jakże! Po treningu były wyścigi, kto pierwszy dopadnie automatu, ale i tak na nic się to zdawało, gdy do kawiarenki wchodziła starszyzna - Piotrek Lech czy Mirek Bąk. Wtedy szybko kończyło się grę i grzecznie odstępowało miejsce. Kawiarenka zawsze była na Cichej niezwykle ważnym miejscem. To był taki nasz czyściec - wygadaliśmy się i łatwiej było nam potem wrócić do domu.

Z kibicami żył Pan dobrze. Mało który piłkarz może się poszczycić własnym kibicowskim zaśpiewem - „Bizak, Bizak, gol...”

- Pierwszy raz usłyszałem te słowa w latach 90-tych. Podczas gry nie byłem pewny, czy kibice śpiewają akurat o mnie, ale wróciłem do domu, włączyłem telewizor i oniemiałem. Krzyczeli "Bizak, gol!". To było bardzo miłe i trwało latami. Ostatnio kibice krzyczeli już "Miki, gol!" [to na cześć Grażvydasa Mikulenasa - przyp.red.], ale zdarzało się, że podchodzili do mnie i tłumaczyli, że to jednak nie to samo. Ale były też i przykre chwile. Pamiętam, jak po przegranym meczu stałem jak dzieciak pod ścianą, a kibice wyzywali mnie od najgorszych. Było, minęło...

Mówi Pan, że karierę zrobili ci piłkarze, którzy zagrali w kadrze, a Pan przecież też jest reprezentantem Polski.

- Taki epizod. Zagrałem tylko w dwóch meczach. Byłoby lepiej, ale myślę, że sam pokpiłem sprawę. Zadecydował sparing przed meczem z Hiszpanią. Czułem, że trener Jerzy Engel mi ufa i chce na mnie postawić - i chociaż nigdy z nim o tym nie rozmawiałem, to wiem, że po tym sparingu wiele w jego oczach straciłem. To był jakiś drugo- czy trzecioligowy hiszpański zespół, a jechali z nami - ze mną - że aż wstyd. Z Hiszpanią miałem zagrać od początku, a wszedłem na boisko tylko na ostatnie 16 minut. Czułem duży niedosyt. Potem zagrałem jeszcze z Węgrami.

Została Panu jakaś pamiątka z tamtych dni. Może koszulka?

- Nie jestem typem kolekcjonera. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale mam w domu tylko jedną koszulkę Ruchu! Ale ta reprezentacyjna ma dla mnie szczególne znaczenie. Wisi w szafie tuż obok biało-czerwonego dresu.

A co się stało z resztą koszulek?

- Mam liczną rodzinę i spore grono znajomych (śmiech). Wiele razy rzucałem też koszulki kibicom. Tak było na przykład po pamiętnym meczu Ruchu z Interem Mediolan.

Wielu słabszych od Pana piłkarzy wyjechała za granicę. Dlaczego Panu się nie udało?

- Najbliżej było w 2000 roku. To był mój najlepszy sezon i trafiła się konkretna propozycja z Energie Cottbus. Pojechałem na testy, spodobałem się i zaproponowano mi czteroletni kontrakt za naprawdę dobre pieniądze. Prezes Rogala powiedział jednak "nie" po tym, jak kluby nie mogły ustalić kwoty odstępnego. I tak jak prezesa Rogalę lubię, to o to mam do niego żal.

Potem miałem jeszcze propozycje z Lecha Poznań i - o czym mało kto wie - z Legii Warszawa. Miałem przenieść się do stolicy w ramach rozliczeń za transfer Mariusza Śrutwy. Na koniec pojechałem jeszcze na testy do greckiego Levadiakosu.

Menedżer pięknie opowiadał o profesjonalnym klubie, na miejscu wszystko wyglądało jednak inaczej. W końcu zadzwonił do mnie Mariusz Klimek [właściciel Ruchu - przyp.red.] i powiedział - „wracaj”. Koledzy żartowali potem ze mnie, że byłem na paraolimpiadzie. Tak naprawdę, gdy ma się trójkę małych dzieci, to trudno wyjechać. A ja mam trzy córki! Bez babci ani rusz (śmiech).

Zarabia Pan na życie na boisku od siedemnastu lat. Jak bardzo zmieniła się piłka przez ten okres?

- Największą różnicę widzę, gdy patrzę na młodych. Za moich czasów podpisanie kontraktu wyglądało tak... Stół, kartka papieru i złowrogi głos działacza - „Podpisz!”. Nie było mowy o czytaniu. Potem patrzę - „O Jezu! Na pięć lat!” (śmiech). Teraz na młodych chucha się i dmucha. Kiedyś szanowało się starych, teraz szanuje się młodych. A ja się pytam, gdzie byłby dziś Górnik bez Tomka Hajty czy Jurka Brzęczka? Pewnie, że nie mają już tyle sił, nie są też tak szybcy, ale to nadal oni trzymają grę.

Pytając o zmiany, myślałem, że powie Pan też coś o korupcji. O pożyczce, którą piłkarze Ruchu wzięli w SKOK-u. Na co poszły te pieniądze?

- Jestem pewny, że gdyby nie korupcja, moja przygoda z piłką na pewno potoczyłaby się inaczej. Ruch nie spadłby z ekstraklasy, nie grałby przez cztery lata w drugiej lidze.

Gdy lecieliśmy z ligi, Ruch był bardzo biedny. Pieniądze dostawaliśmy co trzy miesiące, gdy przychodziła transza z Canal+. Byliśmy biednymi buraczkami, którymi inni kręcili aż miło. Mimo to i tak mogliśmy się utrzymać. Kto dziś pamięta, że traciliśmy punkty po strzałach życia Radosława Sobolewskiego [Groclin] czy Dariusza Kozubka [Szczakowianka]?

Druga liga to już była masakra. Właściwie co mecz, to zostawał tylko niesmak. Nie mówię, że sędziowie nie mylili się też na naszą korzyść, ale to były epizody.

A co z tym SKOK-iem?

- Na ten pomysł wpadli sami piłkarze. Poszliśmy z tym do "góry" i dostaliśmy zgodę. Wzięliśmy pożyczki na siebie i sami je spłaciliśmy. A pieniądze poszły na podpórkę meczu RKS Radomsko - Śląsk Wrocław. Chcieliśmy zmobilizować piłkarzy z Radomska.

A co Pan sądzi o menedżerach? Gdy grał Pan w Koszarawie Żywiec, sam Pan wziął na siebie odpowiedzialność za budowę drużyny?

- To temat na długie opowiadanie. Menedżerowie jak ludzie - bywają dobrzy, bywają źli. Brzydzę się takimi, którzy wyciskają piłkarzy jak cytryny. Chłopak zarabia 1500 zł, a z tego jeszcze 10 procent musi oddać swojemu "opiekunowi". Menedżerowie zepsuli wiele dobrze zapowiadających się karier. Mieszają chłopakom w głowach, podjudzają ich przeciwko klubom. A ja się pytam, gdzie są dziś piłkarze, którzy na mistrzostwach świata juniorów wygrali z Brazylią? Ilu przebiło się do ligi?

Gdy grał Pan w Ruchu, przez krótki okres był Pan trenerem OKS-u Zet Tychy. Może to jest pomysł na przyszłość?

- Na pewno. Wtedy zrezygnowałem, bo mi było tych dzieci zwyczajnie żal. Liczyły na mnie, a ja nie zawsze miałem dla nich dość czasu. OKS grał swoje mecze w soboty rano, a ja wtedy często byłem już na zgrupowaniu z Ruchem. Potem pytałem rodziców: "jak to wyglądało?", a nie o to przecież chodzi. Chciałbym do tego wrócić, skończyć niezbędne kursy.

Na razie jednak aż tak daleko w przyszłość nie wybiegam. Chcę grać dla GKS-u i cieszyć się z kolejnych awansów. Ostatniego słowa jeszcze nie powiedziałem.



Krzysztof Bizacki

wiek: 35 lat

kluby: GKS Tychy, Ruch Chorzów, Sokół Tychy, Ruch Chorzów, Odra Wodzisław, Ruch Chorzów, Koszarawa Żywiec, GKS Tychy

reprezentacja: 2 mecze (z Hiszpanią i Węgrami w 2000 roku)

Ekstraklasa: 289 meczów, 65 bramek

Najnowsze informacje