Sport.pl

Piłkarza dla polskiej kadry znajdę

Pytałem ojca piłkarza Bundesligi, czy syn nie zagrałby dla Polski. Powiedział, że nie jest patriotą i nie będzie go namawiał. A chłopak gra w juniorskich kadrach Niemiec. Może byłoby inaczej, gdy pojechała do niego legenda naszej piłki?
Rozmawiamy z Maciejem Chorążykiem, który w PZPN odpowiada za wyszukiwanie piłkarzy z polskimi korzeniami za granicą. Komórka powstała niedawno, a w ostatnich latach straciliśmy wielu zawodników, którzy mogliby grać dla ojczyzny rodziców, ale nikt się nimi nie zainteresował. W "Gazecie" opisywaliśmy m.in. losy Piotra Trochowskiego, którego matka bezskutecznie usiłowała skontaktować się z PZPN. Dziś ten zawodnik występuje w reprezentacji Niemiec.

Michał Szadkowski: Znalazł pan już Ronaldinho polskiego pochodzenia?

Maciej Chorążyk, koordynator sekcji monitoringu i rozwoju młodych polskich piłkarzy grających za granicą: Nawet gdybym znalazł, i tak trudno byłoby sprawić, by zagrał w naszej kadrze.

Dlaczego?

- Nie mamy budżetu, działamy społecznie. Ja dostaję małą pensję i zwrot za telefon. A i to wywalczyliśmy trzy miesiące temu. Moi skauci nie dostają zwrotu za bilety, przejazdy, telefony czy poświęcony czas. Dlatego mam do dyspozycji tylko ideowców.

Ilu?

- Jestem ja, główny koordynator, i kilku znajomych, którzy pomagają mi w Niemczech, we Włoszech, w Anglii, we Francji, w USA.

Co się dzieje, kiedy pójdzie pan do PZPN i powie, że znalazł geniusza na drugim końcu świata?

- Ostatnio skaut przysłał informację o kilku zawodnikach w Brazylii. Tylko co z tego, skoro związek nie zapłaci za przelot na konsultacje?

Ebi Smolarek wspominał, że kilka lat temu miał ten sam problem. Prawie przez to zrezygnował z gry w polskiej kadrze.

- Czyli nic się nie zmieniło. Zadzwonił do mnie Amerykanin, powiedział, że jego syn ma polski paszport i chce grać dla Polski. Sygnały od rodziców dzielę przez dwa, ale od niego dostałem potężne CV. Wycinki z gazet, statystyki, opinię trenera, który niegdyś grał w reprezentacji Argentyny. Sądziłem, że warto mu dać szansę. Spytałem rodziców, czy stać ich na zapłacenie za podróż syna, bo PZPN nie zwraca nawet za bilet z Niemiec. Zwraca tylko za drogę od polskiej granicy. Ostatnio rodzice piłkarzy z kadry U-16 mieli żal, bo nie dostali zwrotu w ogóle.

To może trzeba zorganizować konsultacje na miejscu?

- Był taki pomysł. Chcieliśmy wynająć ośrodek w Niemczech, zebrać 40-50 piłkarzy i przywieźć trenerów. Projekt upadł, bo się okazało, że nie wszyscy mają polskie paszporty.

Załatwienie paszportu to problem?

- Wcześniej powoływaliśmy piłkarzy bez polskiego paszportu na konsultacje, by zobaczyć, czy się nadają. Jeśli się sprawdzili, pomagaliśmy wyrobić paszport. W końcu PZPN nam zabronił.

Bo?

- Teoretycznie ktoś mógłby pojechać do Anglii, zebrać tam dowolnych 20 zawodników i przyznać im polskie obywatelstwo. Takie jest tłumaczenie.

Czyli trener nie może już obejrzeć zawodnika z polskimi korzeniami i dopiero potem pytać, czy ma nasz paszport? A piłkarz ma w ciemno wyrabiać sobie dokumenty, chociaż nie wie, czy będą mu potrzebne?

- Ta decyzja związała nam ręce, ograniczyła pole manewru o 90 procent. Teraz musimy się modlić, by zawodnik miał paszport.

Ilu ma?

- Bardzo niewielu. To jest problem dla rodziców. Wyprawa do większego miasta, konieczność wzięcia wolnego dnia w pracy. A im wszystko jedno, czy syn będzie miał polski paszport. Niektórzy zrzekli się już polskiego obywatelstwa. Dla nas to katastrofa, wtedy przyznanie paszportu przedłuża się nawet do trzech lat. Jeśli rodzice są Polakami, jesteśmy w stanie załatwić go w tydzień.

Jak wygląda wyszukiwanie zawodników?

- Gros to zgłoszenia od rodziców. Dzwonią też agenci. Staramy się również szukać na własną rękę, ale z tym jest problem, bo kluby nie mają interesu w podawaniu nam danych zawodników. Od kilku miesięcy próbuję skontaktować się z Brazylijczykiem polskiego pochodzenia Filipe Luisem Kasmirskim z Deportivo La Coruna. Bez skutku. W czerwcu "Kicker" nazwał nas nawet "kłusownikami".

A internet? Na forach aż roi się od list piłkarzy polskiego pochodzenia, którzy grają za granicą.

- Znam je i monitoruję. Problem w tym, że najczęściej są one wyciągnięte z bazy gry komputerowej "Championship Manager".

A jeśli znajdzie pan na takiej liście chłopaka, o którym wcześniej pan nie słyszał?

- Jeśli gra w Niemczech, przekazuję informację Jackowi Protasewiczowi, który świetnie zna tamtejszy rynek. Jeśli on też go nie zna, przekazuję sprawę do innego skauta. Jeśli okazuje się, że chłopak gra w czwartej lidze juniorów, to w ogóle się z nim nie kontaktujemy. Mamy lepszych. Syn Jacka gra w Bundeslidze juniorów, tam także znajdujemy potencjalnych reprezentantów. Oni są już wyselekcjonowani, wiadomo, co prezentują. Nie interesujemy się tymi z podrzędnych klubów. Gdyby byli dobrzy, Niemcy już by ich znaleźli i kupili do lepszej drużyny.

W jaki sposób przekonuje pan rodziców?

- Możemy liczyć tylko na patriotyzm. Rozmawiałem wczoraj z ojcem piłkarza klubu Bundesligi. Powiedział, że decyzja należy do syna, on nie ma zamiaru go namawiać, nie jest patriotą i w ogóle wszystko mu jedno. Chłopak od kilku lat gra w juniorskich reprezentacjach Niemiec, jest gwiazdą w 50 meczach strzelił 20 goli. Zżył się z grupą, sprawa wydaje się przegrana. Może inaczej by to wyglądało, gdy pojechał do niego jakiś znany trener czy legenda polskiej piłki? Dałby mu koszulkę reprezentacji Polski, pogadał z rodzicami. Niestety, nikt na to nie wpadnie.

Jak doszło do powstania tej komórki w PZPN?

- Zapytałem szefa Wydziału Szkolenia Jerzego Engela, czy coś takiego istnieje. Usłyszałem, że nie, ale myślą o tym. Powiedziałem, że mam pomysł, jak to zrobić. Przedstawiłem ideę, została zaakceptowana.

Ale budżetu nie dostaliście.

- Jeden ze skautów zrezygnował, powiedział, że wszystko wygląda mało profesjonalnie. Przydałyby się pieniądze na wyjazdy dla trenera, który sprawdzałby zawodników, oraz autorytetu, który przekonywałby wahających się. Niejednokrotnie ci chłopcy się boją, bo nie znają języka, w swojej kadrze są już zżyci z kolegami, a w razie zmiany reprezentacji mogliby zostać uznani za zdrajców.

Do Anglii w ostatnich latach mogło wyjechać 1,5 mln ludzi. Za 10 lat będzie trzeba tam szukać piłkarzy. A teraz?

- Teraz szukamy przede wszystkim w Niemczech. Tysiące zawodników polskiego pochodzenia trenuje w tamtejszych szkółkach. To efekt emigracji z lat 80.

Inne kraje robią to samo?

- Najlepsi są Turcy, którzy założyli trzy biura w Niemczech. Zatrudniają kilkanaście osób, badają cały rynek. Francuzi genialnie monitorują piłkarzy w byłych koloniach. W innych krajach podobne biura nie są tak potrzebne.

Wyobraża pan sobie, że za kilka lat kadra będzie się składała tylko z Ebich Smolarków, czyli graczy wychowanych za granicą?

- Nie ma takiej możliwości, ale patrząc statystycznie, jeżeli w Niemczech grają tysiące młodych polskiego pochodzenia, to kilku osiągnie poziom reprezentacyjny. Za czasów Lukasa Podolskiego czy Miroslava Klosego ta skala była inna, zresztą oni urodzili się w Polsce.

Da się oszacować, ilu zawodników straciliśmy, bo związek za późno się nimi zainteresował?

- Gdyby taka komórka powstała dwa-trzy lata wcześniej, w polskiej kadrze grałby np. Robert Acquafresca z włoskiego Cagliari. Ma matkę Polkę, świetnie mówi po polsku. Gdy się z nim skontaktowaliśmy, powiedział, że ma duże szanse na grę w pierwszej reprezentacji Włoch i jest za późno. W tej chwili jest podstawowym zawodnikiem młodzieżówki.

Odnieśliście jakieś sukcesy?

- Około 12 chłopaków, których znaleźliśmy, zadomowiło się w różnych reprezentacjach. Naszą perełką jest Sebastian Czajkowski z Schalke. To jedna z najsilniejszych drużyn juniorskiej Bundesligi. Mimo potężnej konkurencji ma pewne miejsce w składzie. Gra jako ofensywny pomocnik lub napastnik.

A co z Lukasem Jutkiewiczem z Evertonu?

- Dzwonili jego agenci i powiedzieli, że chce grać dla Polski. Ale my pamiętamy, jaki numer wyciął nam Andy Johnson, który tylko udawał, że chce grać dla nas, by zostać powołanym do angielskiej kadry. Chcę pojechać do Anglii i porozmawiać z Lukasem. Jeśli naprawdę będzie zainteresowany, pomożemy mu wyrobić paszport. Nie powinno być z tym problemu, bo ma dziadka Polaka.

Tak straciliśmy Trochowskiego, a tak Szetelę