Zagłębie: rok wpadek i złych decyzji

Działacze z Sosnowca żartują, że gdyby opierali się na ?instynkcie? klubowej drukarki, to udałoby się im uniknąć wielu wpadek i złych decyzji. A tych było w ostatnim półroczu bez liku! Zaczęło się od korupcji, a skończyło na ptasiej grypie...
Wojciech R. to przez pięć lat był dla Zagłębia człowiek instytucja. Ustalał wszystko - od menu podczas zgrupowania po nowego trenera. Znakomity kiedyś lewy obrońca - uczestnik mistrzostw świata w Argentynie, srebrny medalista olimpijski z Montrealu - a potem sędzia, znalazł się w klubie dzięki... Krzysztofowi Tochelowi. Brzmi to teraz cokolwiek dziwnie, bo pod koniec wspólnej pracy obaj panowie nie darzyli się sympatią.

Jeden z kolegów Tochela - były piłkarz Zagłębia - opowiedział mi kiedyś, że Tochel pamiętał Wojciechowi R. czasy młodości. Tochel wchodził wtedy do drużyny, a R. uczył go grzeczności do starszyzny i zdarzało się, że czasami wyprosił za drzwi szatni, bo ten nie powiedział "dzień dobry".

Z czasem to wspomnienie nie było już tak bolesne. Gdy włoscy właściciele Zagłębia pytali Tochela o radę, czy oddać zarządzanie klubem w ręce R. czy Józefa Gałeczki - wybór padł na tego pierwszego. Niestety, działacza i trenera połączyło nie tylko Zagłębie, ale i... wrocławska prokuratura. Widok zakutego w kajdanki R. był jak kamień, który ruszył lawinę, pogrążając Zagłębie.

Gdzie jest Wojciech R.?

"Lista dwunastu" - dokument wrocławskiej prokuratury, wskazujący osoby zamieszane w korupcję w klubie - wstrząsnęła miastem. Szanowani trenerzy, piłkarze, działacze z dnia na dzień stali się największymi wrogami kibiców. Informacja, że Zagłębie mogło ustawić nawet 30 spotkań, była porażająca. Oliwy do ognia dolał trener Tochel, który, chcąc pomóc klubowi i odsunąć podejrzenie od zarządu (ten rzeczywiście nic nie wiedział o procederze), zrzucił winę na piłkarzy. Zdaniem "piłkarze są jak prostytutki" w wywiadzie dla "Gazety" zraził do siebie wielu. - Znam trenera całe dorosłe życie. Dalej go cenię, ale tylko jako szkoleniowca. Jako człowiek wiele w moich oczach stracił... - powiedział nam jeden z piłkarzy Zagłębia.

Korupcyjna przeszłość skończyła karierę Wojciech R., który nie tylko stracił pracę w klubie, ale na dodatek posadę dyrektora szkoły (na razie jest na urlopie). Obecni działacze Zagłębia mówią, że nie mają z nim żadnego kontaktu. Ktoś go widział w sklepie, ktoś inny w urzędzie miejskim (w czarnych okularach), podobno wyprowadził się do domu w Beskidach.

Lekkiego życia nie ma też Tochel. Miał propozycję pracy ze Stali Stalowa Wola, ale odmówił. Miejscowi dziennikarze twierdzą jednak, że gdy kibice "Stalówki" zwiedzieli się, że ich klub chce zatrudnić Tochela, to zaraz urządzili pikietę. Trener liczy, że oczyści się z zarzutów, gdy rozpocznie się proces sądowy.

Honorowy hazardzista

Z listy 12 najlepiej mają się piłkarze. Nie gra tylko Daniel Treściński, który i tak leczy ciężką kontuzję kolana. Rozwiązanie kontraktu z Zagłębiem najbardziej przeżył Marcin Lachowski (jesienią zawodnik IV-ligowego LZS-u Leśnica). Koledzy piłkarza zapewniają, że gra w pierwszoligowym Zagłębiu była jego marzeniem.

Na nowo układa też sobie życie kierownik drużyny Waldemar Włosowicz, który handluje sprzętem sportowym.

Korupcyjny paradoks polegał na tym, że Zagłębie weszło do ekstraklasy dzięki degradacji Górnika Łęczna i Arki Gdynia, czyli klubów zamieszanych w korupcję.

Klub miał już wtedy nowego właściciela. Po sześciu latach mlekiem i miodem płynących, gdy dzięki włoskim pieniądzom koncernu ERGOM Zagłębie zyskało markę dobrze zorganizowanego i wypłacalnego klubu, ten okres odszedł do przeszłości.

Smutny dzień udało się odwlec tylko na chwilę, gdy władze miasta wpadły na pomysł, by Francesca Cimminellego - właściciela Zagłębia - uczynić honorowym obywatelem Sosnowca. W ERGOM śmieją się z tej decyzji do dziś, żartując, że leciwemu Włochowi bardziej należałby się tytuł "honorowego hazardzisty", bo to właśnie z tej słabości jest znany Cimminelli.

Poszukiwania nowego właściciela trwały długie miesiące. Przez moment Zagłębie omamiła piękna Yara Wortmann. Była niemiecka modelka, właścicielka firmy bukmacherskiej z Malty, dzięki kilku lokalnym gazetom, które nabrały się na jej deklaracje kupna klubu, zrobiła sobie świetną reklamę i znikła na dobre.

Gdy wydawało się, że na placu boju pozostał już tylko Krzysztof Szatan - sosnowiecki przedsiębiorca i potentat na rynku drobiarskim - dokonał się nagły zwrot akcji. Wtajemniczeni mówią, że za sznurki pociągał... Waldemar Włosowicz, który miał dobre kontrakty z włoskimi właścicielami. I tak do gry weszła Grupa Kotrak - najdziwniejszy właściciel klubu w historii polskiej piłki nożnej. Małżeństwo Kurdzielów - pani Irena przez pięć dni była nawet prezesem Zagłębia! - zaraziła wizją wielkiego klubu rodzina Klamrów. Dariusz Klamra - przed laty piłkarz Zagłębia - wsparty entuzjazmem syna Grzegorza, rzutkiego menedżera, czarował przez pięć dni! Kuriozalne było oświadczenie, które wydała potem Grupa Kotrak, informując, że rezygnują z przejęcia akcji, kierując się dobrem klubu.

Szatan zbawiciel

W trybie awaryjnym wrócono do rozmów z Szatanem. Ten się wahał, ale w końcu, czego nie robi się dla klubu, w którym grają syn i bratanek. Razem z Szatanem do Zagłębia wrócił w roli prezesa Leszek Baczyński, który pięć lat wcześniej po spadku Zagłębia do III ligi ustąpił miejsca Wojciechowi R.

Dla Włochów to musiało być traumatyczne przeżycie, bo Baczyński - znany z tego, że bez ogródek mówi to, co myśli - nie był ich ulubieńcem.

Wraz z pojawieniem się Szatana klub zaczął dostawać ciosy z każdej strony. Degradacja za korupcję, brak licencji i stadionu na ekstraklasę. Na domiar złego do szpitala trafił Baczyński, który przecież miał wszystko koordynować i załatwiać. - Nęka nas jakaś klątwa? - pytał z sarkazmem Szatan.

Działacze i władze miasta stawały na głowie, by znaleźć rezerwowy stadion. Na Śląsku nikt Zagłębia nie chciał, pojawił się więc pomysł, by grać we Wronkach. Na szczęście nad klubem zlitowały się władze Wodzisławia i tak klub z Sosnowca zaczął rozgrywać mecze pod czeską granicą.

Początek nie był nawet taki zły. Jerzy Kowalik, nowy trener Zagłębia, pięknie opowiadał o futbolu, piłkarze chwalili urozmaicone treningi. Niestety, zespół nie wygrywał. Działacze nie chcieli się pogodzić z tym, że mają słabych piłkarzy, a nie trenera, i jak to w takich sytuacjach bywa zwolnili Kowalika.

Tym samym ściągnęli na swoje głowy kolejny problem, ponieważ okazało się, że Andrzej Orzeszek, który miał zastąpić Kowalika, nie ma odpowiednich uprawnień.

Wtedy Baczyński wymyślił nieco już zapomnianego nad Wisłą Romualda Szukiełowicza. Dobre wyniki, jakie doświadczony szkoleniowiec osiągał z amatorską Polonią Nowy Jork, pewnie nie były wystarczającą rekomendacją, w tamtym momencie liczyło się jednak to, że trener ma "papiery na ekstraklasę". Szatan nigdy nie był zwolennikiem tej kandydatury i w prywatnych rozmowach zdradzał, że Baczyński go Szukiełowiczem zwyczajnie zaskoczył. Po szkole francuskiej (Kowalik) w Sosnowcu nastały rządy twardej ręki. Odczuł to m.in. Admir Adżem, który miał zapłacić tysiąc złotych kary za to, że sfaulował kolegę podczas treningu.

Seledynowa kałuża

Szukiełowicz zremisował tylko dwa mecze, ale to akurat on poprowadził Zagłębie w pierwszym meczu na Stadionie Ludowym po powrocie do ekstraklasy. Stadion remontowano w tempie na rekord świata. Winę za to ponosi miasto, które zamiast od kilku lat przygotowywać obiekt do wymogów ekstraklasy, czekało z decyzjami do awansu Zagłębia. Jak urzędnicy chcieli rozpisać przetargi, postawić jupitery i zamontować podgrzewaną murawę w ciągu dwóch miesięcy, które dzielą koniec i początek nowego sezonu, tego zrozumieć w żaden sposób nie można.

Prace szły opornie, oprotestowano oba przetargi - najpierw na światło, potem na murawę. Przez ciągnące się tygodniami urzędnicze procedury budowlańców zastała zima i przez chwilę wydawało się, że Zagłębie zagra w Sosnowcu najwcześniej na wiosnę. Problem byłby to wielki, bowiem wcześniej działacze zrezygnowali z użytkowania stadionu w Wodzisławiu.

Pod naciskiem klubu i miasta prace (szczególnie przy układaniu murawy) nabrały jednak tempa, a to było iście wariackie! Bele holenderskiej trawy dojechały do Sosnowca na cztery dni przed meczem z Wisłą Kraków. Delegat PZPN-u, który wizytował stadion, łapał się za głowę, twierdząc, że to teren budowy. Mecz się jednak odbył, ale, niestety, na wodzie...

Zawiódł nowy drenaż. Kałuż było bez liku, ale najciekawsza - w seledynowym odcieniu - tuż przy linii bocznej boiska. Piłkarze pytali, co to za ufo? Wyjaśniło się godzinę po meczu, gdy pracownicy MOSiR-u zdjęli w tym miejscu kawałek darni. Woda zaczęła tryskać na wysokość metra! Okazało się, że pękła rura z glikolem, która dodatkowo podtopiła i tak już fatalną trawę.

Walka z osuszaniem zielonego grzęzawiska trwała tydzień (w tym czasie odwołano m.in. mecz z GKS-em Bełchatów w Pucharze Ekstraklasy), ale na spotkanie z Lechem Poznań wszystko wydawało się być gotowe. Tylko z pozoru, wtedy zawiodło bowiem... oświetlenie. Jeszcze na pół godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego kibice siedzieli na trybunach w ciemnościach, a delegat PZPN-u zastanawiał się, czy nie przenieść spotkania na niedzielne południe. Właściwy przycisk w końcu zadziałał, ale Zagłębie i tak na dobre zyskało już łatkę klubu pełnego niespodzianek. Tydzień później, gdy na Ludowy przyjechała Odra Wodzisław, z klubu zażartowali dziennikarze Canal+ i podczas relacji sami na niby "zgasili" światło.

Ma gdzieś ptasią grypę!

Działacze Zagłębia żartują, że gdyby opierali się na "instynkcie" klubowej drukarki, to udałoby się im uniknąć wielu wpadek i złych decyzji. To urządzenie lubi się zacinać, gdy trzeba podpisać ważny kontrakt czy dokument. Tak było w przypadku umowy o pracę trenera Kowalika, a także piłkarza Grzegorza Kaliciaka. Działacze przypomnieli sobie o tym teraz, gdy chcą rozwiązać kontrakt z mało przydatnym zawodnikiem, a ten w żaden sposób się na to nie godzi. - Trzeba było zaufać drukarce. Zacięła się wtedy 13 razy pod rząd! - zdradził nam jeden z działaczy.

Na koniec o ptasiej grypie. Dla Szatana, który handluje milionami ton kurczaków, to nie lada problem. Właściciel klubu nie traci jednak dobrego humoru. - Mam gdzieś grypę, a Zagłębie i tak będzie wielkie - śmieje się.

Zobacz także
  • Skarb rzuca sport

Najnowsze informacje