Sport.pl

Nerwów nie brakowało

Presja wyniku była duża, a w związku z tym nerwów nie brakowało - mówi o sezonie w wykonaniu Włókniarza trener częstochowskich żużlowców Piotr Żyto. Szkoleniowcowi 31 października wygasa kontrakt z klubem i trudno powiedzieć czy zostanie przedłużony
Rozmowa z Piotrem Żyto



Tadeusz Iwanicki: Dlaczego Włókniarz nie zdobył w tym roku medalu mistrzostw Polski?

Piotr Żyto: Powodów było kilka. Proszę mi powiedzieć, kto mógł przypuszczać, że Sebastian Ułamek na początku rozgrywek złamie rękę i nie będzie mógł wrócić do swojej normalnej dyspozycji. To nie był ten sam zawodnik co przed rokiem, a miał być jednym z liderów drużyny. Wielkie nadzieje wiązaliśmy z przyjściem Antonia Lindbaecka. Miał zastąpić Ryana Sullivana, a w żadnym z meczów nie zdobył 10 punktów. Z kolei Lee Richardson przez cały sezon nie mógł sobie poradzić z problemami sprzętowymi. Eksplodowało mu 16 silników! To wszystko złożyło się na słaby wynik drużyny. Brakowało nam zawodnika, który pociągnie wynik. Widać to było w końcówce sezonu, kiedy udało nam się jakoś pozbierać i w ćwierćfinale podjąć walkę z Unią Leszno. Kto wie, co by było, gdyby w ostatnim wyścigu meczu w Częstochowie Hancock nie miał defektu. Gdybyśmy wygrali, to w rewanżu mogło być różnie. Zresztą w Lesznie również podjęliśmy walkę.

Prowadził Pan zespół do spółki z menedżerem Robertem Jabłońskim. Publiczną tajemnicą jest, że nie zawsze potrafiliście się dogadać. To na pewno nie pomogło w odniesieniu sukcesu?

- Tarcia były, ale nie można powiedzieć, że ze sobą walczyliśmy. Spieraliśmy się, w niektórych sprawach mieliśmy inne zdanie. Tak było na przykład przed meczem w Tarnowie. Upierałem się wtedy, żeby w składzie znalazł się Sławek Drabik. Widziałem, że jest w dobrej formie i da sobie radę. Okazało się, że miałem nosa. Jako jedyni w rundzie zasadniczej wygraliśmy na torze w Tarnowie. Uważam, że gdybyśmy pewne rzeczy ułożyli inaczej, wynik mógłby być lepszy, a częstochowscy kibice usatysfakcjonowani.

Co konkretnie?

- Nie ma co teraz wchodzić w szczegóły. Było, minęło. Trzeba jednak wyciągnąć wnioski z błędnych działań, żeby w przyszłym sezonie było lepiej.

Po przegranych meczach dostawał Pan od kibiców sporo razów. To był trudny sezon dla debiutującego w ekstralidze trenera?

- Zgadza się, nie był łatwy. A kibice o wszystkim nie wiedzą, dlatego ocenianie i krytyka łatwo im przychodzi. Ale nie żałuję tego, co było. Sporo się nauczyłem przez ostatnie miesiące, zdobyłem cenne doświadczenie. Chciałem życiowo podchodzić do pewnych spraw, a okazało się, że czasami trzeba rządzić twardą ręką. Nie można być za dobrym - to dla mnie nauczka na przyszłość.

Ponoć Pan i menedżer kończyliście sezon skłóceni z niektórymi zawodnikami?

- Mówmy za siebie. Ja nie jestem z nikim skłócony, zresztą można o to ich zapytać. Jak coś do któregoś miałem, mówiłem prosto z mostu. Taką mam zasadę. Zresztą teraz te wszystkie dyskusje to szukanie dziury w całym. Prawda jest taka, że presja wyniku była duża, a w związku z tym nie brakowało nerwów.

O ile za wynik pierwszego zespołu był Pan współodpowiedzialny, o tyle młodzież prowadził Pan już sam. A jej wyniki również nie były najlepsze.

- Gdy przychodziłem do Częstochowy, wśród juniorów były cztery obozy, każdy w innej części parkingu. Udało mi się doprowadzić do tego, że ci chłopcy przestali się ścigać między sobą, a zaczęli z walczyć z przeciwnikami. To, że nie udało się zrealizować pewnych celów, to inna sprawa. Nie awansowaliśmy do finału drużynówki, bo cały czas w składzie kogoś brakowało. Piekarski i Miturski jeździli pechowo, Romańczuk palił się do jazdy i nie wyleczył do końca kontuzji, Mateusz Szczepaniak od czasu do czasu też miał swoje problemy. To wszystko odbiło się na wyniku drużyny. Borys mimo wszystko zrobił duży krok do przodu. W mistrzostwach Europy był o krok od medalu, pokazał się też w innych rozgrywkach. Mateusz Szczepaniak zdobył złoty medal w drużynowych mistrzostwach świata. Na naszym podwórku, w finałach Srebrnego Kasku czy indywidualnych mistrzostwach Polski, brakowało mu szczęścia. W Rzeszowie mógł zdobyć medal, ale pojechał na finał niemal wprost z ligowych zawodów w Toruniu i rozleciał mu się najlepszy silnik. Z kolei w Rybniku miał upadek i zawalił zawody. Szkoda tych imprez, ale trzeba pamiętać, że ma jeszcze jeden sezon startów w gronie juniorów. Pozostali są jeszcze młodsi i przyszłość przed nimi. Ten sezon na pewno nie był dla nich stracony.

Chciałby Pan pracować we Włókniarzu także w przyszłym roku?

- Kontrakt mam do 31 października, a co będzie później, to się okaże. Rozmawiałem z prezesem Maślanką na temat mojej przydatności. Nie ukrywam, że chciałbym pracować w takim klubie jak Włókniarz. Poukładanym, bez zadłużeń, z tak oddanymi ludźmi jak prezes. Wiem jednak, że liczycie na powrót Marka Cieślaka, który ma renomę i klasę. Ale wiem też, że ma propozycje z innych klubów. Pożyjemy, zobaczymy.

Rozmawiał Tadeusz Iwanici