Czeka cię zadanie trudniejsze niż samych zawodników. W krajach, gdzie rugby nie jest częścią kultury, zarażenie ludzi tą dyscypliną wymaga poświęcenia, a przede wszystkim wytrwałości. Ale pamiętaj, opłaca się, bo rugby jest jak nieuleczalna choroba. Jeśli kogoś zarazisz, już z niej nie wyjdzie - tak po majowym meczu Polska - Malta w Siedlcach przekonywał mnie John Broadfoot.
Anglik zabrzmiał jak guru religijnej sekty, ale on nie poszukuje "niewiernych", np. młodych piłkarzy, on tylko - co sam powtarza - zaraża. Jest przedstawicielem fundacji SOS Kit Aid przy International Rugby Board (światowa federacja rugby) i odpowiada za kraje Europy Środkowo-Wschodniej. A kiedy już dotrze do zakątków, w których o jajowatej piłce nie słyszano, nie zaczyna od wyjaśnienia zasad tego sportu. Poległby już na starcie. Wyciąga wór ze sprzętem, woła dzieciaki, które akurat nudzą się na podwórku, i zaczyna z nimi grać. Trzem na dziesięciu się spodoba, a ponieważ Broadfoot jest doskonale zorientowany, gdzie w pobliżu są kluby rugby, prowadzi ich na zajęcia. Tam - już nie w dresie, lecz w eleganckim garniturze - rozpoczyna konsultacje z trenerami i zawodnikami.
Wszystko oparte jest na mozolnie opracowanych podczas światowych kongresów IRB planach. Każdy ma swoją drogę. Argentyński trener Bruno Quilici, który sławi rugby w Wenezueli, wymyślił "Projekt Alcatraz". W Santa Teresa, blisko sto kilometrów na zachód od Caracas, stworzył jedyną na świecie drużynę, w której podstawowym wymogiem jest... kryminalna przeszłość. Poprzez rugby zawodnicy mają naprawiać własne błędy. Np. kapitan drużyny Jesue Arrieta spędził większość życia za kratkami za narkotyki i napad z bronią w ręku. Kilka tygodni temu samorząd Santa Teresa poinformował z dumą, że od wdrożenia projektu liczba przestępstw spadła o 70 proc.
Swoją misję mają nawet trenerzy czołowych reprezentacji. Nowozelandczyk Warren Gatland, który przed laty prowadził Irlandię, trenując na obiektach COS w Spale, szukał na trybunach trenerów podpatrujących jego zajęcia i zapraszał do współpracy. Francuski selekcjoner Pierre Berbizier, który kilka tygodni temu ćwiczył tam z reprezentacją Włoch, zaproponował polskiej kadrze sparing.
Wyznawcy rugby robią wszystko, by dotrzeć do ludzi. I tak od blisko 200 lat, odkąd grupka chłopców, a wśród nich William Webb Ellis, wzięła piłkę nożną pod pachę i zaniosła do bramki przeciwnika. Ta legenda to mit założycielski rugby. Dziś Puchar Świata ściąga przed telewizory trzecią po igrzyskach olimpijskich i piłkarskim mundialu publiczność. Turniej w Australii przed czterema laty obejrzało 3,5 mld kibiców. Na rozpoczynającym się w piątek Pucharze Świata we Francji mają paść kolejne rekordy - organizatorzy szacują, że 48 spotkań zobaczy ponad 4 mld widzów, w tym po raz pierwszy Polacy - za pośrednictwem Polsatu Sport i Polsatu Sport Extra.
To szóste mistrzostwa świata. Dopiero w 1980 roku na kongresie IRB zaczęto rozważać, czy nie warto wynieść rywalizacji poza kontynentalne rozgrywki Pucharu Sześciu Narodów, w których rywalizują najlepsze europejskie drużyny. Trzy lata później ustalili, że pierwszy Puchar Świata rozegrany zostanie w 1987 roku w Australii i Nowej Zelandii. Turniej odbył się bez eliminacji, wzięło w nim udział siedem czołowych drużyn rankingu, reszcie wysłano zaproszenia.
Impreza okazała się na tyle udana (wygrała Nowa Zelandia), że przyjęła cykl czteroletni, a każdej kolejnej towarzyszyły epokowe wydarzenia. W 1995 roku w Republice Południowej Afryki Nelson Mandela, już jako prezydent, założył zieloną koszulkę z antylopą na piersi (jest symbolem reprezentacji RPA) i był gościem honorowym finału RPA - Nowa Zelandia. Choć mecz rozstrzygnął się dopiero po dogrywce, cały świat (Nowozelandczycy też!) cieszył się, że Mandela w obecności 65 tys. widzów na Ellis Park w Johannesburgu mógł wręczyć trofeum białemu kapitanowi Francois Pienaarowi. Ten z kolei przekazał je m.in. swoim czarnoskórym kolegom, którzy dotąd w reprezentacji nie grali, za co RPA nie była dopuszczana do światowych rozgrywek. "Ostateczny upadek apartheidu" - pisał wówczas magazyn "Rugby World".
Nikt tak naprawdę nie potrafi wyjaśnić, dlaczego podczas meczów rugby nigdy nie dochodzi do awantur, mimo że na stadionach sprzedaje się piwo, kibice obu drużyn siedzą obok siebie, a na boisku często wręcz leje się krew. Dyżurnym argumentem jest stara jak świat sentencja, że "piłka nożna to dżentelmeński sport dla chuliganów, a rugby to chuligański sport dla dżentelmenów", oraz "trzecia część meczu", czyli pomeczowe spotkanie zawodników obu drużyn i ich kibiców przy piwie. - To tylko maksymy, myślę, że największe znaczenie ma tradycja - mówi Broadfoot. - W każdej szanującej się uczelni na Wyspach gra się w rugby. Należeć do zespołu to prestiż, wychowanie w tej kulturze zostaje w człowieku na całe życie.
Ostatnim wielkim testem dla publiczności był mecz Irlandii z Anglią na Croke Park, dublińskim stadionie, na którym kilkadziesiąt lat temu angielscy policjanci otworzyli ogień do walczących o niepodległość Irlandczyków i zastrzelili 12 osób. Kiedy jednak 11 lutego 2007 roku irlandzcy fani stanęli twarzą w twarz z Anglikami, kiedy wybrzmiało "God Save the Queen", z ich ust nie wyrwał się nawet jeden gwizd.
Biletów na turniej we Francji (niektóre mecze odbędą się w Cardiff i Edynburgu) właściwie już nie ma. Ciekawy był sposób ich dystrybucji, zwłaszcza w krajach, w których rugby nie jest tak popularne. Np. zamawiający wejściówki polscy kibice czekali na losowanie. Ci, którym fortuna nie sprzyjała, wybiorą się na spotkanie Rumunia - Portugalia w Tuluzie. Szczęściarze zobaczą bój RPA z Anglią na 80-tysięcznym Saint Denis w Paryżu.
Bilety na fazę pucharową dostaną fani z krajów dla rugby zasłużonych. U koników kosztują one od 1 do 2 tys. euro. Wyjąwszy wejściówki na mecze o medale, których kupić się nie da za żadne pieniądze.
Największe gwiazdy, choć suto opłacane dopiero od połowy lat 90. (wcześniej pod groźbą sankcji rugby było sportem amatorskim), chcą oglądać nawet ci kibice, którzy nie wiedzą, że żelazną zasadą rugby jest podawanie piłki do tyłu. Z nieobecnością największej z nich - Nowozelandczyka Jonaha Lomu - fani wciąż nie chcą się pogodzić. Człowiek monstrum (196 cm wzrostu, 120 kg wagi, 10,89 s w biegu na 100 m) z duszą wrażliwca wypadł z gry w momencie, gdyby bił kolejne rekordy. Nieoczekiwana choroba, transplantacja nerki i wreszcie wyrok: koniec kariery. We Francji Lomu będzie telewizyjnym ekspertem, wciąż jednak dzierży najlepszy wynik wśród zdobywców przyłożeń na PŚ - 15 razy kładł piłkę w polu punktowym przeciwnika w dwóch turniejach w 1995 i 1999 roku.
Kiedy kibice z bólem zaczęli przyzwyczajać się do nieobecności Lomu, rozbłysła gwiazda Jonny'ego Wilkinsona. Niepozorny Anglik (177 cm, 88 kg) porwał kibiców na ostatnim PŚ w Australii. W ostatniej minucie doliczonego czasu gry finałowego spotkania z gospodarzami fenomenalnie kopiący jajowatą piłkę chłopak z prowincjonalnego Frimley zdecydował się na drop gola (bardzo trudne uderzenie na bramkę rywala po koźle). Piłka przeleciała między słupami, czym Wilkinson zapewnił mistrzostwo świata pierwszej drużynie z półkuli północnej. W Londynie na swoich bohaterów czekało 750 tys. wiwatujących kibiców, wśród nich królowa Elżbieta II, która nadała Wilkinsonowi (miał zaledwie 24 lata) tytuł szlachecki.
Niestety, tak jak w przypadku Lomu, karierę angielskiego łącznika ataku (najbardziej odpowiedzialna pozycja) zaczęły prześladować kontuzje. Wilkinson pobił nawet rekord nieobecności w kadrze - aż 1169 dni (!), a mimo to z 915 pkt jest najskuteczniejszym rugbistą w historii Anglii - zdążył jednak wyleczyć wszystkie urazy. Teraz koledzy na niego chuchają i dmuchają. Kiedy bierze piłkę w ręce, a rywal tylko czai się, by skuteczną szarżą wybić mu rugby z głowy, obok niego wyrasta kilku dwumetrowych drągali.
Mało kto jednak wierzy, że Anglikom uda się obronić tytuł. Fachowcy najczęściej typują finał Nowa Zelandia - Francja, ale to All Blacks powinni wygrać. Mają zespół silny jak nigdy, nawet lepszy od tego z Lomu (z gwiazdami Danem Carterem, Richie McCawem, Joe Rokocoko), a w Pucharze Trzech Narodów (coroczne rozgrywki między NZ, RPA i Australią) panują niepodzielnie od lat. "To 20. rocznica od pierwszych i jedynych tak udanych dla nas mistrzostw. Bez Pucharu nie wracajcie"... - napisał jeden z fanów w rubryce dla kibiców w New Zealand Herald.
Trzeba zobaczyć
7 września: mecz otwarcia Francja - Argentyna (godz. 21); 13 września: Anglia - RPA (21); 15 września: Walia - Australia; 21 września: Francja - Irlandia (21); 23 września: Szkocja - Nowa Zelandia (17); 30 września: Irlandia - Argentyna (17); 6-7 października: ćwierćfinały; 13-14 października: półfinały; 19 października: mecz o trzecie miejsce; 20 października: finał.
Wszystkie mecze PŚ we Francji pokaże Polsat Sport i Polsat Sport Extra.
Liczby PŚ
12
reprezentacji wzięło udział we wszystkich edycjach PŚ. Wśród nich jest Rumunia, która na każdej imprezie odnosiła po jednym zwycięstwie - z najsłabszym zespołem w grupie.
6drużyn stawało na podium PŚ. Najbardziej utytułowani są Australijczycy (2-1-0), a dalej: Nowa Zelandia (1-1-2), Anglia (1-1-0), RPA (1-0-0), Francja (0-2-1) i Walia (0-0-1).
1,83 mln kibiców przyszło przed trzema laty na australijskie stadiony, by obejrzeć 48 spotkań PŚ. Średnia na mecz ponad 38 tys. Największy stadion tegorocznych finałów - Saint Denis w Paryżu - pomieści 80 tys. widzów, spotkania odbywać będą się też na 11 innych obiektach.
31.miejsce w rankingu IRB zajmuje Polska. Oto czołówka: Nowa Zelandia, Australia, Francja, RPA, Irlandia, Argentyna, Anglia, Walia, Włochy, Samoa.
145 punktów w meczu PŚ zdobyła reprezentacja Nowej Zelandii - w 1995 roku, grając z Japonią. To do dziś niepobity rekord. W rugby za przyłożenie dostaje się pięć punktów, za podwyższenie - dwa (kop wykonywany po każdym przyłożeniu), za rzut karny - trzy.
Bukmacherzy typują (William Hill)| Nowa Zelandia | 1-2 |
| RPA | | 9-2 |
| Francja | 9-1 |
| Australia | 10-1 |
| Irlandia | 14-1 |
| Anglia | 20-1 |
| Walia | 40-1 |
| Argentyna | 40-1 |
| Szkocja | 150-1 |
| Włochy | 250-1 |