Małysz: Ta Kula smakuje najbardziej

Rano aż bolał mnie brzuch. Dopadł i zżerał mnie stres. Ale cały czas, w podświadomości, powtarzałem sobie, że skacze mi się dobrze, że jestem w formie, że nic nie może mi przeszkodzić - powiedział po ostatnim konkursie w Planicy Adam Małysz
Wiersz Włodzimierza Szaranowicza na cześć Małysza;)

Na podium to chyba Panu trochę śniegu w oczy napadało?

Adam Małysz: Szkoda mówić (śmiech). Bałem się tego skoku niezmiernie. Zaczął sypać śnieg i miałem obawy, że zacznie "łapać" w torach, że może mnie zatrzymać na progu. Postanowiłem więc iść na całość. Jak mnie złapie, to złapie. A jak nie, to polecę. No i pojechałem dobrze. W powietrzu było już całkiem fajnie. Co mogę więcej powiedzieć? Cieszę się niezmiernie.

Pana skromność jest piękna. Ale czy naprawdę nie był Pan pewny, że zdobędzie tę Kulę?

- Nie. Pamiętacie, co się stało w Oslo? W niedzielę nastawienie wszystkich było takie, że pewnie znowu wygram. A tu wiatr spowodował, że omal nie doszło do tragedii. Wypadłem poza pięćdziesiątkę, nie zdobyłem nawet punktu i musiałem oddać koszulkę lidera Jacobsenowi. Ten sport jest bardzo ciekawy, w tym sezonie trzymał w napięciu do samego końca. Muszę się przyznać, że dziś byłem najbardziej zestresowany, odkąd tu przyjechałem. Rano aż bolał mnie brzuch. Dopadł i zżerał mnie stres. Ale cały czas, w podświadomości, powtarzałem sobie, że skacze mi się dobrze, że jestem w formie, że nic nie może mi przeszkodzić.

Jak się Panu spało?

- Dobrze. Wieczorem przestawiłem sobie zegarek o godzinę do przodu. O godz. 22 już spałem. Obudził mnie dopiero budzik.

Po czterech latach przerwy zdobył Pan czwartą Kryształową Kulę. Jaki to był sezon? Miał Pan moment zwątpienia? Po konkursie w Vikersund miał Pan aż 359 punktów straty do Jacobsena.

- Wtedy to w ogóle nie myślałem o tym, że mogę tego dokonać. Wiedziałem, że moje skoki są dobre, że idzie mi coraz lepiej. Ale Jacobsen się nie poddawał, wygrał w Willingen. Skakałem bardzo dobrze, ale w Sapporo znowu coś mi nie dało wygrać na dużej skoczni. Zająłem czwarte - najgorsze ze wszystkich - miejsce, choć wcześniej latałem na Okurayamie najdalej. Pojawiła się sportowa złość i chęć rewanżu.

Ale był też spokój, że przecież jest jeszcze konkurs na średniej skoczni, a na mniejszych zawsze byłem dobry. Przed samymi zawodami obawiałem się not. Na małych skoczniach są przecież mniejsze różnice. Rolę odgrywają nie tylko metry, ale i styl. Kto lata daleko, ma znaczenie. A ja nie dość, że skakałem tam najdalej, to jeszcze dostałem najlepsze noty. Czego chcieć więcej? To, że na Miyanomori zdeklasowałem rywali, doszło do mnie dopiero po mistrzostwach. Skakałem tak daleko, że nie mieli szans.

Pod koniec sezonu też znokautował Pan rywali. Wygrał dziewięć z ostatnich 13 konkursów.

- Dziękuję wszystkim, którzy we mnie wierzyli. Trenerom i serwismenom, którzy przygotowywali mi narty. Dostałem od Fischera specjalną parę z namalowaną Kryształową Kulą. To znaczy, że wierzyli we mnie wcześniej.

Wygrał Pan w piątek, wygrał w sobotę, wygrał w niedzielę...

- W sobotę już bardzo bolały mnie nogi.

Dlaczego?

- Bo ciągle stoję i rozmawiam z dziennikarzami. Trzeba się poświęcać (śmiech).

A może dlatego, że po raz pierwszy startował Pan we wszystkich konkursach Pucharu Świata w sezonie?

- Tak, to jest przyczyna. Poza tym nigdy nie było trzech konkursów w Planicy. Na mamucie przeciążenia są dużo większe, lot jest dłuższy, napięcie mięśni też zwiększone.

W sobotę na podium Jacobsen ukłonił się Panu w pas.

- On jest bardzo sympatyczny, w przeciwieństwie do norweskiej telewizji. Zachowali się wobec mnie nie fair. Zapytali, czy w niedzielę zrobię to samo co tydzień temu w Oslo w drugim konkursie.

Co Pan im odpowiedział?

- Po prostu odszedłem. Mój menedżer powiedział im, że są świniami.

Jakie były te sobotnie skoki?

- W pierwszym nie widziałem na powtórkach wideo żadnego błędu, ale był za krótki. Trener mówi, że za nisko przeleciałem nad bulą i potem zabrakło wysokości, żeby odlecieć. O drugim chyba nie trzeba nic mówić.

Pana pierwszy trener Jan Szturc mówi, że jest Pan lepszy niż kilka sezonów temu, kiedy wygrywał Pan PŚ. Potwierdzają to wyniki. Wygrał Pan mistrzostwa świata na normalnej skoczni w Sapporo, wygrał trzy razy loty w Planicy.

- Ma rację. Ja się starzeję, potrzebuję wszystkiego robić więcej, żeby cały czas być w czołówce, To była najtrudniej wywalczona Kryształowa Kula. Poprzednich trzech byłem pewien, przyjeżdżając już do Planicy. Teraz walka była do ostatniego skoku.

Dziś już był Pan chyba pewny po pierwszej serii, nie wiedząc, że druga będzie odwołana.

- Wiedziałem, że skoczyłem niezmiernie daleko. Bardzo się ucieszyłem. Poczułem ulgę. I pomyślałem, że nawet jak będzie druga seria, to i tak wygram! Kiedy usłyszałem, ile skoczył Jacobsen, napięcie ze mnie zeszło. Bo wiedziałem, że na pewno nie jest pierwszy. A to było dziś najważniejsze. Jacobsen mówił w sobotę, że chce wygrać i zobaczy, czy ja nie będę niżej niż na ósmym miejscu.

Czwarta Kryształowa Kula w Pana rękach. Rekord Fina Matti Nykänena wyrównany. Czy teraz spróbuje Pan dogonić legendarnego Fina w liczbie zwycięstw w PŚ? Brakuje dziewięciu triumfów do wyprzedzenia Nykänena.

- W ogóle o tym nie myślałem. Pierwszy raz doszło to do mnie, jak wy zaczęliście o to pytać. Nie myślałem o tym nigdy, chciałem po prostu wygrać Puchar Świata. I tu, w Planicy, też marzyłem wreszcie o zwycięstwie. Tym, którzy twierdzili, że Małysz na lotach nie jest dobry, chciałem udowodnić, że się mylili, bo jednak Małysz jest dobrym lotnikiem.

Kryształowa Kula jest taka sama jak poprzednie?

- Identyczna. Nic się nie zmieniła.

W czym Pan zawiezie Kulę do Polski?

- Zawsze dawali taką drewnianą skrzynię, w tym roku nie.

Wzruszenie było największe w karierze?

- Tak. Rzadko się przeżywa takie chwile. Walczyliśmy do ostatniego skoku, momentu. To sprawiło, że napięcie zeszło.

Jak Pan oceni pierwszy rok pracy z Hannu Lepistö?

- Same plusy, żadnych minusów. On wiele potrafi. Nie tylko mnie doprowadził do mistrzostwa i Pucharu Świata, ale i Kamil Stoch zaczyna skakać lepiej. Dziś dwa razy pobił swój rekord życiowy. Ja to już jestem starym zawodnikiem i będę jeszcze trochę skakał. Ale widzę, że młodzi biorą się do pracy.

Co teraz?

- Muszę przede wszystkim odpocząć. To był naprawdę jeden z moich trudniejszych sezonów w życiu. Chcę wciąż cieszyć się z tego, co robię. Traktować z uśmiechem, na luzie. Jak jest walka o Kryształową Kulę czy o mistrzostwo świata, to podświadomość nie pozwala, żeby się zbytnio rozluźnić czy cieszyć przed samym skokiem. Ale muszę mieć radość z tego, co robię. To jest najważniejsze. I mam nadzieję, że następny sezon będzie taki sam. Że też się będę z niego i nim cieszył.

Miał Pan ogromne wsparcie od rodziny.

- Zawsze miałem. Przyjechała żona z córką, rodzice... I chyba pół Wisły oraz Zakopanego. Dziękuję.

Trener Lepistö powiedział nam, że w następnym sezonie nie będzie Pan tak eksploatowany i wystartuje w wybranych konkursach.

- Wie, co mówi i co robi. To doświadczony trener, któremu nic nie można zarzucić. Potrafi zmienić decyzję. Na początku postanowiliśmy, że nie pojadę do Willingen. Kiedy okazało się, że jest iskierka nadziei na dogonienie Jacobsena, Hannu pokiwał głową i pozwolił jechać. Po wygranych w Neustadt zdobyłem wiarę, że może warto jechać, jeśliby się chciało atakować Kryształową Kulę. Hannu już po MŚ powiedział wam, że teraz celem jest Kryształowa Kula. Ja się tylko uśmiechnąłem.

Kiedy uwierzył Pan, że może dogonić Norwega?

- W Skandynawii. Zacząłem tam skakać bardzo dobrze. W Lahti, choć na treningach nie latałem najdalej, to jednak konkurs wygrałem. Jacobsen i Schlierenzauer nie byli już w tak wysokiej formie jak wcześniej. Pomyślałem, że jest szansa. I zacząłem atakować. Jacobsen wracał do formy, skakał dobrze, ale nie tak jak wcześniej. Mój fatalny skok w Oslo sprawił, że przyjeżdżając tutaj, miałem wielkie obawy. Po takim skoku, w którym omal nie stało się coś złego, pojechać od razu na mamuta... Zawodnik sam jest ciekawy, co to będzie. Było dobrze.

Lepistö powiedział nam również, że potrafi mu się Pan przeciwstawić, powiedzieć "nie". Chwalił takie zachowanie.

- On docenia, że mam pomysły. Ćwicząc pozycję dojazdową czy imitację, robiliśmy to bardzo statycznie. Powiedziałem Hannu, że jeśli kolano ma być stabilne, to skok musi iść trochę do przodu, a nie być wykonywany w miejscu. Inaczej kolana będą "strzelały". Hannu pomyślał, pomyślał i przyznał mi rację. Doszliśmy do porozumienia i cały czas wykonywałem odbicia do przodu. Tak jak reszta. Teraz skacze się bardziej do przodu. Jakub Janda, który wygrał PŚ rok temu, odbija się bardziej w miejscu, statycznie i teraz nie odgrywał żadnej roli.

Pan za to napisał kolejne rozdziały swojej legendy sportowej.

- Nie zastanawiałem się nad tym. Ale pewnie po zakończeniu kariery spiszę wszystkie swoje przypadki, incydenty wesołe i smutne. I może się okaże, że będzie to fajne.

Czwarta Kryształowa Kula "smakuje" najbardziej?

- To, co zdobywa się najtrudniej, zawsze ma najlepszy smak.

Liczba Małysza

326 250 - tyle franków szwajcarskich zarobił Małysz w tym sezonie

Skomentuj:
Małysz: Ta Kula smakuje najbardziej
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje