Sport.pl

Miller jak Tomba

Choć na stoku wygrywał Benjamin Raich, to gwiazdą 2006 r. znów był Bode Miller. Zwyciężał rzadko, ale dużo mówił i pięknie wypadał z trasy, a kibice i media uwielbiają takie postaci
- Po prostu brak mi słów, by skomplementować moją perfekcyjną jazdę - powiedział po jednym ze swoich 50 zwycięstw w PŚ Alberto Tomba. Ostatni, obok Austriaka Hermanna Maiera alpejczyk, którego występy, ale też osobowość i styl bycia porywały tłumy. Sprawiał, że narciarstwem interesował się świat, a nie tylko wąskie grono fanów.

Tomba zapewne tego samego dnia do 2 w nocy balował w towarzystwie pięknych fanek, a rano wstał, przyczesał włosy grubo skropione żelem i wygrał kolejne zawody, nokautując rywali.

Wielkość Włocha, podobnie jak Maiera, polegała na tym, że gdy stawali w bramce startowej, po plecach przechodziły dreszcze. Fani zdawali sobie sprawę, że zaraz zobaczą widowisko. Tomba zaprzeczy grawitacji, balansując 90-kilowym ciałem między tyczkami niczym baletnica, a Maier zaatakuje tak wściekle, że śnieg będzie niósł go do mety samą tylko siłą woli Austriaka.

Obaj byli jednak wielcy także dlatego, że brylowali poza stokiem. Tomba był typem aroganckiego włoskiego playboya, a Maier grał rolę dzikiej bestii, człowieka, który nie zna lęku, któremu nie straszne upadki, a nawet metalowa śruba w nodze.

Tomba już dawno nie jeździ, a kariera Maiera, choć w zeszłym roku zdobył srebro i brąz na igrzyskach w Turynie, powolutku zbliża się do końca. "Herminator" stracił też trochę z bestii, wyciszył się, spokorniał.

Czy gwiazdorzy poruszający wyobraźnię tłumów mają następców? Benjamin Raich, zdobywca Kryształowej Kuli za PŚ w 2006 r. i dwóch złotych medali na igrzyskach w Turynie, raczej nie będzie nowym Tombą, prędzej nowym Zurbriggenem, bo choć slalomy jeździ genialnie, to jest - tak jak wielki Szwajcar - typem milczka, spokojnego rzemieślnika, albo, jak kto woli - cichego mordercy. Ani jego wypowiedzi, ani przejazdy, dreszczy, jak do tej pory, nie wywołują. Wielki talent objawił się też w Norwegii. Aksel-Lund Svindal, drugi w klasyfikacji generalnej PŚ 2006, ma dopiero 24 lata, ale na wyobraźnię działa na razie jako świetny gigancista. Na status wikinga z prawdziwego zdarzenia, jak Aamodt, czy Kjus, musi jeszcze zapracować. Zaświeciła też gwiazdy Giorgia Roccy, slalomisty z Lombardii, który seryjnie wygrywał w PŚ. Ale Rocca to wciąż heros wyłącznie w swojej ojczyźnie. Tylko w Italii - jak mówił Zbigniew Boniek - zapanowało na jego punkcie szaleństwo.

Superbohaterem roku znów okazał się Bode Miller. O nim najczęściej pisały gazety, jego życiem poza stokiem interesowali się paparazzi, dla niego internauci zakładali fankluby. I to mimo, że Amerykanin w sporcie tak naprawdę niczego nie osiągnął. W PŚ przegrywał na potęgę, głównie przewracał się i wypadał z trasy. Kompletnie zawalił też igrzyska, gdzie trzy razy nie dojechał do mety, a najwyżej był piąty. Mimo to wszędzie było go pełno.

Dlaczego tak się dzieje? Bo Miller ma w sobie to coś. Ten magnetyzm Tomby i Maiera przykuwający uwagę i poruszający wyobraźnię. I nie chodzi tu wyłącznie o jego niesamowitą przeszłość, to że wychowywał się w domu hipisów bez elektryczności i bieżącej wody, że oprócz jazdy na nartach grał też w tenisa i był mistrzem stanu. To wszystko jest oklepane, fani czytali o tym już pięć lat temu. Chodzi o to, że Amerykanin zachowuje się w sposób całkowicie bezkompromisowy.

Na stoku od dawna wyznaje wymyśloną przez siebie zasadę: "opanuj prędkość, nie górę", przez co każdy jego przejazd jest loterią. Gdy staje w bramce startowej, przechodzą dreszcze, bo Miller od startu do mety zjeżdża tak ryzykownie, że jest na krawędzi katastrofy. Ale jeśli się nie przewróci, najczęściej wygrywa.

Po drugie, słowa: "Płacicie nam za mało, praca narciarza zasługuje na więcej", "Doping to hipokryzja, stworzyli go kibice i dziennikarze, odkąd wymagają zwycięstw za wszelką cenę", "Nie ścigam się dla medali, ścigam się, bo lubię" - to tylko niektóre złote myśli Millera z poprzedniego roku. Największą burę dostał za: "Nieraz jeździłem na kacu, picie jest w narciarstwie nieodłączne". Za to przeprosił i przyznał, że było to głupie.

Zdania na jego temat są podzielone. Polski panczenista Paweł Zygmunt w wywiadzie dla "Gazety" podczas olimpiady określił go mianem wariata, który specjalnie kreuje swój wizerunek, by zarabiać miliony na reklamach. - Jeśli mówi, że medale są nieważne i ściga się tylko dla zabawy, to niech sobie do lasu pojedzie - mówił Zygmunt. Innego zdania jest najlepsza obecnie polska alpejka Katarzyna Karasińska. - Ten luz jest naturalny. Wszyscy Amerykanie są zwariowani - oceniła.

I chyba ma rację, bo Miller na krawędzi katastrofy jeździ zawsze, a nie tylko czasami. A gdy mówi, to nie wybiera sobie audytorium ani czasu na to, by palnąć coś kontrowersyjnego. Też robi to zawsze, wszystko jedno, czy słucha go dziennikarz "La Gazzetta dello Sport", kilka milionów Amerykanów w programie "60 Minutes", czy kumple z New Hampshire.

Zresztą za naturalnością Millera przemawia też to, że przed igrzyskami w Turynie medali wcale nie obiecywał, obiecywali je wyłącznie amerykańscy dziennikarze. - Igrzyska? Są bez sensu. Jeden przejazd ma decydować o tym, kto jest najlepszy? Ja do Włoch jadę na wczasy, w tym roku odpoczywam, szukam motywacji, na poważnie zacznę się ścigać w następnym sezonie PŚ.

I na razie Miller brzmi wiarygodnie. Igrzyska rzeczywiście potraktował jako balangę - jego najsłynniejsze zdjęcie nie pochodziło ze stoku, lecz z nocnego klubu w Sestriere, gdzie tulił się do modelki "Playboya" Tiny Jordan, a w tym sezonie PŚ pokazał już, że będzie mocny, wygrywając w Beaver Creek, Val Gardenie i Hinterstoder.

Pamiętam dziennikarza "Observera", który w 2005 r. przyjechał na MŚ do Bormio, by pisać tekst o barwnym życiu Tomby. Trzy dni chodził wokół ludzi od public relations Włocha, aż wreszcie dostał 15 minut z gwiazdorem, który przyjechał komentować imprezę w telewizji RAI. Tomba był jednak tak znudzony, że po dwóch minutach powiedział "basta", założył przeciwsłoneczne okulary i kazał Anglikowi wyjść. - Co za gbur! Na dodatek nie powiedział nic ciekawego - skwitował Anglik. Po kilku tygodniach w "The Observer" ukazał się wielki tekst o... Bode Millerze z jednym cytatem Tomby, który stwierdził, że Amerykanin jest świetnym narciarzem i trochę przypomina mu siebie samego.

Świat według Millera

"Kiedy byłem mały, spędzałem wiele czasu samotnie, nie bawiłem się z innymi dziećmi. Byłem tylko ja i góry" - o dzieciństwie w lasach Nowej Anglii

"Panuj nad prędkością, nie nad stokiem" - credo, które powtarza od czasów szkolnych, gdy trenerzy bezskutecznie próbowali nauczyć go bezpieczniejszej jazdy

"Zawsze jeździłem ryzykownie, zawsze się przewracałem. Mam przystopować? Nie, bo ja tak lubię i g... mnie obchodzi, czy się przewrócę, czy nie. Zawsze robię dokładnie na odwrót, niż mówią trenerzy"

"W sporcie jest presja, jest też sława i nagrody, ale ja wciąż uważam, że wygrywanie nie jest najważniejsze"

Źródło: JackBio.com, Thinkexist.com, Reuters, AP

Liczby roku 2006

1300 - od tylu lat zdaniem naukowców nie było w Alpach tak ciepło w grudniu. Kurorty poniżej 2000 m npm mogą zniknąć za kilkadziesiąt lat z powodu ocieplenia

72 setne sekundy przewagi nad faworytem Michaelem Walchhoferem miał na mecie olimpijskiego zjazdu w Sestriere zdobywca złota Francuz Antoine Deneriaz, który sprawił największą niespodziankę igrzysk

35 lat miał Marco Buechel z Liechtensteinu, gdy wygrał zjazd w Lake Louise jako najstarszy triumfator zawodów PŚ

24 - po tyle zwycięstw w karierze mają po tym roku w PŚ Benjamin Raich i Bode Miller

19. miejsce w slalomie w Levi zajęła Katarzyna Karasińska. To najlepsza lokata polskiej alpejki w PŚ od 20 lat

14 medali w Turynie zdobyli Austriacy. Do wywalczenia było 30 krążków, drudzy w tabeli medalowej Szwedzi zdobyli... 4

9 razy na najwyższym stopniu podium stawał Raich. Siedem razy w PŚ i dwukrotnie na igrzyskach

9 - tyle razy wygrała Janica Kostelić, triumfatorka PŚ wśród kobiet

9 złotych medali olimpijskich i MŚ ma teraz na koncie 35-letni Norweg Kjetil Andre Aamodt. W Turynie zdobył złoto w supergigancie

4 razy wygrał w zeszłym roku Bode Miller

3 raz Kryształową Kulę zdobyła Kostelić. Częściej PŚ wygrywała jedynie Annemarie Proell (6 razy). Chorwatka w tym sezonie nie startuje. Spekuluje się, że skończy karierę

Nie przegap w 2007

27 stycznia - zjazd ze słynnego Koguciego Grzebienia w Kitzbuehel

3-18 lutego - MŚ w szwedzkim Are

14 marca - początek finału PŚ w szwajcarskim Lenzerheide

18 marca - koniec sezonu 2006/07 PŚ