http://www.sport.pl//i/obrazki/sport_pl/hp2009/search-blank.gifhttp://www.sport.pl//i/obrazki/sport_pl/hp2009/search-blank.gifhttp://www.sport.pl/i/obrazki/sport_pl/hp2009/search-google.gif

Sport.pl >  >  Wiadomości

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj RSS - Sport.pl

Polska piłka 2006 - czas umiarkowanego nieszczęścia

Dariusz Wołowski
2007-01-02, ostatnia aktualizacja 2007-01-02 00:00

11 lipca, Warszawa. Zmiana warty - były trener Paweł Janas wymienia uścisk dłoni z nowym szkoleniowcem - Leo Beenhakkerem. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, jak Holender odmieni grę polskich piłkarzy
11 lipca, Warszawa. Zmiana warty - były trener Paweł Janas wymienia uścisk dłoni z nowym szkoleniowcem - Leo Beenhakkerem. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, jak Holender odmieni grę polskich piłkarzy
Fot. Jerzy Gumowski / AG

Afera korupcyjna, przegrany z kretesem mundial, tradycyjna już klęska klubów w europejskich pucharach. Dlaczego więc rok 2006 nie kojarzy się z jeszcze głębszym upadkiem polskiej piłki?

Działacze i trenerzy uwielbiają frazesy. Że nasz futbol wciąż się zmienia na lepsze, a jego podstawy są trwalsze i bardziej przejrzyste. Padają przy tym przykłady z przeszłości, gdzie dobroczyńcy rozmaitych klubów lądowali w prokuraturze, zanim zaczęli rządzić w swoich piłkarskich imperiach. Dziś mamy Cupiała z Wisły, Drzymałę z Groclinu i kilku innych biznesmenów, którzy uczynili ze swoich klubów normalne firmy. No, w miarę normalne, jeśli wziąć pod uwagę chaos personalnych zmian w Krakowie.

W takim myśleniu dominują pobożne życzenia. W końcu to coś naturalnego, że teraźniejszość chcemy widzieć lepiej niż przeszłość, a upływ czasu jako ciąg zmian na lepsze. To skłonność każdego środowiska, także futbolowego. Pułapka polega na tym, że gdy z przeszłości wybiera się to, co złe, a z teraźniejszości to, co lepsze, porównanie jest pozbawione sensu.

Znikający mistrzowie

W 1995 roku mistrzem Polski była Legia. Przed startem w eliminacjach Ligi Mistrzów zespół nie tylko nikogo nie stracił, ale potrafił się wzmocnić (Kucharskim, Kubicą, Wieszczyckim) i osiągnąć cel. Tym, którzy będą się upierali, że w tamtych latach eliminacje były łatwe, bo jednostopniowe, poradzę, by porównali ówczesny IFK Göteborg (przeciwnik Legii) z Anderlechtem czy Panathinaikosem (rywale Wisły Kraków w ostatnich latach). Szwedzi byli ćwierćfinalistami edycji 1994/95, ale Legia dała im radę. Dalej w grupie pobiła mistrza Anglii Blackburn. Dziś łatwiej wyobrazić sobie koniec świata niż polską drużynę, która eliminuje z Ligi Mistrzów Chelsea czy Manchester. Może więc - jak chcą optymiści - polska piłka goni świat, ale ten na pewno znacznie szybciej jej ucieka.

Dekadę temu Legia zatrzymała się na ćwierćfinale, ale w lidze lepszy był Widzew. Dla klubu z Łodzi mistrzostwo Polski również było sygnałem do wzmocnienia (Szczęsny, Michalski, Majak, Wojtala, Dembiński). Widzew na drodze do Ligi Mistrzów pobił Broendby Kopenhaga, a tym, którzy będą twierdzić, że to przeciwnik łatwy, odpowiem, że kilka tygodni temu inny klub ze stolicy Danii FC Kopenhaga nie tylko grał w elitarnych rozgrywkach - kosztem Ajaksu - lecz zdobył w nich siedem punktów.

Fatalne było to, że Legia i Widzew natychmiast po zaistnieniu w Europie rozpadły się na strzępy. Piłkarze uciekali jak szczury z tonącego okrętu, choć przecież w Champions League zarobiono pieniądze, by okręt płynął dalej. Nie byliśmy wtedy spragnieni widoku polskiego klubu w Lidze Mistrzów, ale oczekiwaliśmy na stabilizację, na to, by nasza drużyna potrafiła utrzymać kontakt z czołówką dłużej niż parę miesięcy. Tak jak norweski Rosenborg, który w grupie z Legią był outsiderem, ale jego małżeństwo z LM trwało lata.

U nas było tylko gorzej: każdy kolejny mistrz Polski (ŁKS, Polonia Warszawa) był osłabiany zaraz po zdobyciu tytułu, nie dając sobie nawet szansy na skuteczną rywalizację o Champions League.

Barcelona, Real i Artmedia

Nadzieję dawała Wisła Bogusława Cupiała. W Krakowie budowano zespół, który wydawał się w naszej piłce nową wartością: drużyna ładnie grająca, dobrze opłacana, zarządzana i planowana pokazała klasę w Pucharze UEFA w 2002 roku. Tyle że gdy przyszło do najważniejszych podejść do Ligi Mistrzów - dających szansę na sukces sportowy i finansowy - drużynę rozbijano. W kluczowym momencie piłkarzom, trenerom i właścicielowi brakowało wiary. I czekamy na Ligę Mistrzów dziesięć lat. Trudno więc wierzyć, że jest lepiej.

Wiśle się nie udało, a zły przykład poszedł w Polskę. Sprawił, że awans do elitarnych rozgrywek postrzegany jest w naszych klubach nie tylko jako efekt inwestycji i pracy, ale także loteria. Wszyscy powtarzają, że bez szczęścia w losowaniu mistrz Polski nie ma szans. Przecież Wisła biła się o awans z Realem i Barceloną. Nawet Zbigniew Drzymała ogłosił, że Champions League to dla polskiego klubu nieziszczalne marzenie. Tyle że w każdej edycji poza Realem, Barcą i potęgami gra tam ktoś podobny do słowackiej Artmedii Bratysława. Skromnej jak Groclin.

Ale zostawmy już Champions League, bo na razie polskie kluby nie istnieją także w Pucharze UEFA. Właśnie pożegnała się z nim Wisła, dla której 1/16 finału to już za wysokie progi.

Dlatego spory, czy nasza liga jest lepsza niż przed rokiem, czy nowe siły z Bełchatowa, Kielc i Lubina wnoszą do rozgrywek nową wartość, są wbrew pozorom łatwe do rozstrzygnięcia. Siłę każdej z lig weryfikują co roku europejskie rozgrywki. Rzecz jasna można czuć satysfakcję, gdy GKS, Korona albo Zagłębie wciskają się między Legię i Wisłę, ale byłaby ona sto razy bardziej uzasadniona, gdyby jesienią odgrywały rolę europejskich średniaków, a nie dostawały baty w rundach przedwstępnych z Łotyszami, Litwinami lub zespołami z Cypru.

Oby kadra nie była złudzeniem

Jest jednak promień nadziei. Przez lata w naszej lidze pojawiali się tylko nieliczni młodzi gracze, którzy natychmiast - zanim wyjechali za granicę - wnosili coś do reprezentacji. W lidze zawsze zdarzały się niespodzianki, gdy kluby typu Odra Wodzisław długo dotrzymywały kroku większym, tyle że nie było tam piłkarzy znaczących cokolwiek poza Polską. Dziś nie trzeba się emocjonować grą Bełchatowa, żeby śledzić z ciekawością Matusiaka albo Gargułę. Golański z Kolportera, Bronowicki z Legii, Błaszczykowski z Wisły dają nadzieję, że z tej polskiej mizerii można zrobić krok do kadry, a z nią kolejny - do Europy.

Ostatnie mecze reprezentacji obudziły nadzieję. Niespodziewaną po mundialu. Postawa drużyny Pawła Janasa w Niemczech wydawała się ostatecznym dowodem, że Polska jest piłkarskim pustkowiem, na którym każdy talent połamie sobie nogi, każda nadzieja przepadnie. Tymczasem wystarczyło kilka tygodni pracy Leo Beenhakkera, by totalna frustracja przerodziła się w oczekiwanie. W dwóch ostatnich meczach z Portugalią i Belgią reprezentacja Polski grała w sposób cywilizowany. I stąd chyba poczucie, że ten 2006 rok nie był wyłącznie zły.

Nie chodzi mi o to, by stawiać Holendrowi pomnik, zanim wygrał z drużyną eliminacje Euro 2008, ale jeśli kadra utrzyma ten styl, to będzie się ją oglądać z radością. Nawet gdy w końcu przegra. A przez ostatnie 20 lat kibicowanie naszej kadrze z doznaniami estetycznymi wspólnego miało mało. Kiedy zespoły Engela czy Janasa wygrywały eliminacje, to jednak najczęściej grały wyłącznie efektywnie.

Rzecz jasna Golański, Matusiak, Bronowicki, Błaszczykowski i reszta to może być nadzieja złudna. Dopóki Polska będzie krajem bez systemu szkolenia i warunków do uprawiania piłki dla młodych, będziemy liczyć na przypadek lub geniusz kogoś z zewnątrz. By tak nie było, zmienić się musi myślenie działaczy PZPN i polityków. W roku 2006 jedni i drudzy zajęci byli jednak czymś zupełnie innym niż piłka.

ŹRÓDŁO:


Źródło: Gazeta Wyborcza
FORMUŁA 1
WALKA STULECIA

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

Podsumowanie dnia w sporcie

Zamów codzienny newsletter z najważniejszymi informacjami. Zobacz przykład