Radio nie nadawało, tratwy ratunkowej nie było

- Okazało się, że moje radio tylko odbiera, natomiast nie nadaje. Nie miałem też tratwy ratunkowej... - wspomina swój rejs dookoła świata kapitan Henryk Jaskuła. Na przełomie 1979 i 1980 roku opłynął kulę ziemską w 344 dni
Radosław Leniarski: Kapitan Paszke w styczniu ruszy w rejs dookoła świata bez zawijania do portu. 26 lat temu Pan dokonał tego na "Darze Przemyśla". Można porównać te dwa wydarzenia?

Henryk Jaskuła: To coś całkowicie innego. Ja popłynąłem w rejs, a on się ściga. Ja płynąłem spokojnie, on będzie wypruwał żyły, żeby popłynąć jak najszybciej. Podziwiam go.

Tak, ale brak snu będzie ten sam, samotność taka sama...

Ja w najbardziej uczęszczanych akwenach stawałem w dryf, rzucałem kotwicę, zapalałem sygnalizację i spałem, choć z nerwów nie mogłem początkowo zasnąć, a później to spanie zawsze było zajęcze, trwożne. Na Atlantyku, gdy jacht szedł sam sterowany samosterem na wiatr, nastawiałem radziecki budzik, który strasznie głośno dzwonił, kładłem koło ucha i spałem dwie-trzy godziny. Nie chodziło o to, że bałem się, że mnie uderzy jakiś statek, ale aby sprawdzać wiatr i żagle.

Teraz Paszke będzie miał łączność satelitarną, internet, kadłub i maszt z kosmicznych materiałów.

U mnie szybko okazało się, że angielskie radio tylko odbiera, natomiast nie nadaje. Został tylko UKF do łączności na krótkim dystansie. Nie miałem też tratwy ratunkowej...

To chyba Pan przesadził z ryzykiem.

Proszę sobie wyobrazić sztorm na południowym Pacyfiku. Nawet jeśli uda mi się zwalić 120-kilową tratwę na wodę, nawet jak się otworzy, choć nie wszystkie wówczas się otwierały, to ile czasu upłynie, zanim ktokolwiek mnie uratuje, skoro nie miałem łączności? Na Hornie jest 13 dni sztormowych w miesiącu, a w tamtejsze lato było tam 2 st. C. Miałem zamienić szybkie umieranie na wolne umieranie?

Tratwę bym miał, ale niejaki komandor Kunde, który zatwierdzał mi łódź do rejsu, stwierdził, że atest tratwy kończy się cztery miesiące przed planowanym końcem rejsu. Na nową nie było szans. Tak więc zamieniłem się nią z kolegą na dużym statku. On mi dał swoją. Tylko że jej bęben [w którym znajduje się tratwa ratunkowa] nie pasował do łoża i w razie sztormu mogła z nich wylecieć. Ważyła 120 kg i jeszcze by mnie zabiła. Została więc w magazynie w Gdyni.

Jedzenie kapitan Paszke też ma inne - saszetki liofilizowanych dań.

Ja miałem konserwy mięsne Baltony, sam nie wiem, co lepsze.

Trzeba było zdjąć z nich etykiety i polakierować, żeby nie zardzewiały. Miałem też grochówkę od wojska i chleb w dwukilogramowych puszkach. Ten chleb był pyszny pierwszego dnia po otworzeniu, drugiego już nie dał się jeść, no, ale przeznaczony był na jedną kolację dla plutonu wojska. Miałem 500 litrów wody, kilka kanistrów, i skonstruowałem system rynien na deszczówkę. Działało idealnie. 200 litrów wody w zbiornikach przywiozłem.

Alkohol?

Zabrakło mi w połowie rejsu. Zabrałem 24 butelki spirytusu, kilka piw i win. Ale dwie butelki spirytusu oddałem marynarzom w Sundzie, żeby mi wzięli pocztę. A jedną radzieckim rybakom na południowym Pacyfiku. Wzięli ode mnie pocztę i zapytali: "A nie macie cziewo na popitku?". No to dałem im butelkę. Potem UKF-em zapytałem kapitana, czy smakowało. "Jaka butelka?" - zapytał. I już wiedziałem - te trzy zuchy w szalupie wypiły spirytus po drodze ode mnie na trawler.

Pan był 344 dni w morzu. Jak Pan wytrzymał sztormy, awarie, samotność...

Najgorszy sztorm przeżyłem wcześniej na jachcie "Euros". W okolicach Hornu fale było 20-metrowe. Wyglądały jak połoniny w Bieszczadach. Co dziesięć sekund przychodziła kolejna. Obliczyłem, że musiały przemieszczać się z prędkością 180 km/godz. Wiatr wiał dużo powyżej 12-stopniowej skali Beauforta. Na "Darze Przemyśla" takiego sztormu nie było. Samego sztormu się zresztą nie bałem, bałem się jego konsekwencji - przed Hornem przeszedłem z "Darem" przez sztorm, który rozwalił mi zaczep spinakerbomu i wyrzucił z łoża samoster. Wkładałem go na miejsce, gdy sztorm był w pełni, gdy ciskało łodzią.

Chyba trudno w takich sytuacjach się nie bać. Pan o tym spokojnie opowiada.

Nie miałem stracha na zatonięcie w sztormie. Raz tylko naprawdę się przestraszyłem. W okolicach Falklandów otoczyła mnie gromada orek. One nie atakują jachtów, chyba że pomylą jacht z wielorybem. Wtedy taranują swoim wielkim łbem z prędkością 30 węzłów [15 m/s]. Przed rejsem czytałem historię jachtu "Lucette", który w dwie minuty zatopiły trzy orki i odpłynęły. Załogę uratowano po 38 dniach - ale to zdarzyło się okolicach wysp Galapagos, gdzie jest ciepło, pada czasem deszcze i rozbitkowie mieli jedzenie. A pod Falklandami? Gdy orki sformowały się za jachtem w tyralierę, byłem pewien, że zaatakują. Ale odpłynęły.

Wiedział Pan, że w Gdyni czekają na Pana tłumy?

Że ktoś czeka, wiedziałem, ale nie że tłumy.

Tak w ogóle, to podróż mogła trwać jeden dzień krócej, ale przypłynąłbym około 22. Na Zatoce Gdańskiej wypłynął po mnie statek "Konstelacja". Poproszono mnie, abym jeden dzień zaczekał i wpłynął do Gdyni, gdy będzie telewizja, sekretarze, władze z Przemyśla. Ja na to: "Nie ma mowy. Walę prosto do portu!". Zaczęli mnie prosić przyjaciele przez tubę: "Wytrzymałeś tyle, jeszcze jedną noc wytrzymasz". No, i uległem.

W nocy, po 343 dniach rejsu stałem na kotwicy i patrzyłem na światła Gdyni, do której nie mogłem wpłynąć.

Najnowsze informacje