Sport.pl

Kim Pan jest, trenerze Wierietielny?

Podobno tempo pracy, jakie nadaję, jest nie do wytrzymania. Ale to przecież zawodnicy sami dają sobie w kość. I o to chodzi - mówi Aleksandr Wierietelny, trener polskich biegaczy, były szkoleniowc biatlonistów.
Robert Błoński, Jakub Ciastoń: Czy poznają na ulicy trenera brązowej medalistki z Turynu Justyny Kowalczyk?

Aleksander Wierietielny: - Sąsiedzi? Tak (śmiech).

Białorusin urodzony w Finlandii, rodzice - Polacy zesłani na Syberię...

- To częściowo bajki. Od 23 lat mieszkam w Polsce, od 15 lat mam obywatelstwo! Jestem Polakiem. Rodzice pochodzili z Hrubieszowa. Byli Białorusinami, nie zesłano ich na Sybir. Po wojnie trafili do Finlandii - do części, którą zajął ZSRR. Tam się urodziłem w 1947 roku w miejscowości Parkkala-Udd, 60 km od Helsinek. Potem przeprowadziliśmy się do Kazachstanu. Ludzie opuszczający Finlandię dostawali od państwa gospodarstwa rolne w różnych częściach ZSRR. My dostaliśmy we wsi Gałkino. Rodzice nie narzekali, dostali pożyczkę na początek nowego życia.

Długo był Pan w Kazachstanie?

- Całą młodość. Tam chodziłem do szkoły, technikum i wreszcie na studia. Skończyłem AWF w Ałma Acie, później pracowałem na uczelni.

Z czego pisał Pan doktorat?

- "Przygotowanie biatlonistów do wyższej kwalifikacji w górach średniej wysokości" - taki był tytuł.

A wcześniej dobre stopnie były w szkole?

- W podstawówce uczyłem się słabo. Łobuzem byłem, miałem sporo bójek i jeszcze więcej dwójek. W wieku 13 lat uciekłem z domu, bo nie chciało mi się uczyć. Pomyślałem, że usamodzielnię się i znajdę pracę. To miała być ucieczka na całe życie, ale złapali mnie już po czterech dniach.

Kara była?

- Nie. Rodzice powiedzieli: "Rób co chcesz, ale więcej nie uciekaj". Przerwałem szkołę, byłem pomocnikiem tokarza, potem pracowałem na kombajnie. Miałem 13 lat! Ale praca się skończyła, nie było etatu dla tokarza. Razem z trzema innymi kolegami, też łobuzami, postanowiliśmy wyjechać do technikum. Zdaliśmy egzaminy i cała wieś była szczęśliwa, że wyjeżdżamy.

Sport był w Pana życiu ważny?

- W rodzinie nie było tradycji sportowych, ale ojciec powtarzał: "Ćwicz, a wyrośnie z ciebie prawdziwy mężczyzna". Mieszkałem na wsi, dużo się ruszałem. Dzieciaki zawsze rywalizują, kto szybciej, kto wyżej. Tak się zaczęło. Na nartach jeździłem, bo w Kazachstanie bez nich ani rusz. Śniegu po pas, jak było minus 20, to mówiło się, że jest odwilż. Minus 40 to normalna zima.

Ciężko się żyło w Kazachstanie?

- Miałem normalne dzieciństwo wiejskiego chłopaka. Justyna też jest ze wsi [z Kasiny Wielkiej koło Mszany Dolnej - red.] i z tego, co opowiada, to nasze wspomnienia są podobne: latanie po podwórkach od rana do wieczora. Jedyne, co nas różni, to to, że od 10. roku życia chodziłem na polowania. Wstawałem o drugiej w nocy, brałem dubeltówkę i jechałem na rowerze daleko za wioskę. Potem kilometrami szedłem przez mokradła, w gumiakach. Polowaliśmy na kaczki i gęsi. Mama robiła potem pyszny obiad. W wojsku polowaliśmy na jelenie.

Dużo kaczek i jeleni Pan ustrzelił?

- Trochę... Ale od tego strzelania też chyba trochę zaczęło się zainteresowanie biatlonem.

Od dubeltówki do karabinku biatlonowego droga daleka...

- Zacząłem od narciarstwa biegowego. Trenowałem w klubie w Szuczińsku po tych samych trasach, co później słynny Władimir Smirnow [najsłynniejszy biegacz ZSRR, a potem Kazachstanu, zdobył siedem medali na igrzyskach - red.]. Szuczińsk, poza nartami, słynął z jeziora ze stuletnimi szczupakami o łuskach wielkich jak kora na drzewie.

Łowił Pan?

- W tamtych czasach wolałem łowić dziewczyny. W tym byłem lepszy.

Kiedy biegi zamienił Pan na biatlon?

- W armii nie było wyboru. Chciałeś jeździć na nartach? Dobrze, ale z karabinem. Spróbowałem, szło dobrze i dostałem się do kadry Radzieckiej Republiki Kazachstanu. Moja kariera była krótka. W wieku 22 lat, już na studiach, przestałem się ścigać. Bo chuderlawy byłem i karabin za ciężki. Miałem kłopoty z kręgosłupem.

W wojsku szkoliłem się na kierowcę czołgu IS-3 - to radziecka odpowiedź na niemieckiego Tygrysa. Ważył ponad 50 ton i miał grubszy od Tygrysa pancerz i największą na tamte czasy lufę - 122 mm. Nazwa czołgu pochodziła od... Iosifa Stalina. Czołgiem jeździłem sześć miesięcy.

Żołnierzem Pan nie został...

- Bo złapałem kontakt z jednostką sportową i resztę dwuletniej służby spędziłem u nich. Zacząłem uprawiać biatlon.

Potem studia...

- Tam problemów z nauką już nie miałem. Zaprzyjaźniłem się z grupą ambitnych kolegów i zaraziłem się od nich tą ambicją. Ukończyłem studia z wyróżnieniem. Dostałem czerwony dyplom. W ZSRR to było coś, uprawniało do przydziału na mieszkanie i kilku innych "talonów". Na studiach akademik był za darmo, wyżywienie we własnym zakresie. Stypendium starczyło na pół miesiąca, musieli pomagać rodzice. Łapaliśmy też dorywcze prace, np. przy rozładowywaniu wagonów.

Pierwszy kontakt z Polską?

- W Moskwie ok. 1979 r. na studiach doktoranckich. Mieszkałem w jednym pokoju z Markiem Adamem, przyszłym trenerem polskiej kadry judoków. To z nim Waldemar Legień zdobył później złoty medal olimpijski. Początkowo dogadywaliśmy się po rosyjsku, polskiego nie łapałem. Nie chciało mi się. Ale na studia przyjechała dziewczyna z Polski, z Rawicza, i od razu nabrałem ochoty do nauki języka (śmiech). Po dwóch tygodniach rozmawiałem z Basią po polsku. Pobraliśmy się w 1981 r.

Co Pan wiedział o Polsce?

- Niewiele. Że socjalizm u was luźniejszy, więcej prywatnej inicjatywy. Pierwszy raz przyjechałem w 1980 r. Mało brakowało, by mnie nie puścili. Nie chcieli dać paszportu, bo nie miałem meldunku w Moskwie. Ale poszedłem drugi raz i... dali. Urzędniczka powiedziała, że oni zawsze odmawiają za pierwszym razem. Dawali tylko wytrwałym. "Przyjdą dwa razy, znaczy zależy. A pan przyszedł i jeszcze mądrze gada, widać, że doktorat robi" - powiedziała. Miałem szczęście, bo następnego dnia wszedł już całkowity zakaz wydawania zezwoleń na wyjazd do Polski w związku z "Solidarnością". To było lato 1980 r.

Co Pan pamięta z pierwszego wyjazdu do Polski?

- W telewizji leciały igrzyska w Moskwie. Pamiętam gest Kozakiewicza i to, że jak byłem w Polsce, to umarł Włodzimierz Wysocki. On i Okudżawa to była muzyka mojej młodości.

Śpiewał Pan?

- Chyba że wypiłem.

Kiedy trafił Pan do Polski na stałe?

- 23 listopada 1983 r. Po ślubie żona powiedziała, że do Moskwy się nie przeprowadzi za żadne skarby, więc wyjechać musiałem ja. Nie było to łatwe, musiałem ukrywać, że emigruję, aż do obrony doktoratu. Nie daliby dyplomu, gdyby wiedzieli, że wyjadę.

Spory miał Pan bagaż?

- Najwięcej było kartonów z naukowymi książkami. Polskiego celnika interesowało jednak co innego. Pyta: "Skórę wieziecie jakąś?". Pokazałem mu buty i pasek, to popatrzył na mnie jak na wariata. "A wódka?". "Parę litrów" - mówię mu. "Czyli ile?" - dopytywał się celnik. "No parę!". I dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że po waszemu "parę", to kilka. U nas "para" znaczy po prostu "dwa".

Pierwsza praca w Polsce?

- Z żoną na AWF-ie w Gorzowie (filia szkoły w Poznaniu). Dwóch dodatkowych doktorów na uczelni to był wtedy większy prestiż, więc przyjęli nas z otwartymi ramionami. Praca była słabo opłacana, a mnie ciągnęło do sportu.

I zaczął Pan trenować biatlonistów?

- Marian Turczyn, były szef wyszkolenia w związku biatlonowym, załatwił mi pracę w Górniku Wałbrzych. Zastąpiłem Staszka Szyniarza. Powiększała mu się rodzina i - żeby ją utrzymać - otworzył warzywniak. Dali mi mieszkanie i etat w kopalni. W tym trzypokojowym mieszkaniu w Wałbrzychu mieszkamy do dziś. 1 maja 1984 r. prowadziłem pierwszy trening w Górniku.

Dało się wyżyć z trenerskiej pensji?

- Nie było problemów. W Gorzowie na uczelni płacili 9 tys. zł, a na kopalni 20 tys. plus przydział na 7,5 kg mięsa. Zwykli ludzie mieli kartki na 2,5 kg. To też było ważne, bo ja bardzo mięsożerny jestem. Bez kiełbasy dnia nie wytrzymam.

Jak trafił Pan do kadry?

- W 1986 roku na mistrzostwach Polski moi zawodnicy zdobyli osiem z dziewięciu możliwych medali. Zajęli całe podium w sprincie i biegu na 20 km. Dziewiątego medalu nie dało się wywalczyć, bo... nie miałem trzech sztafet. Kiedy moi zawodnicy weszli do kadry, dostałem pół etatu w związku. W 1987 r. zostałem pierwszym szkoleniowcem. Byłem nim przez 11 lat, do igrzysk w Nagano.

Wprowadził Pan jakąś rewolucję do treningów?

- W ZSRR metody były takie same jak w Polsce. Najważniejsza jest pracowitość. Trenera i zawodników. Jak starasz się na pół gwizdka, wyników nie ma. Świętej pamięci Eugeniusz Pietrasik, były szef misji olimpijskiej, który zmarł na atak serca na otwarciu igrzysk w Atlancie powiedział, że "wyniki są, kiedy trener oddaje zawodnikom całą swoją energię". Wierzę w to. Trener musi być motywatorem, kołem napędowym zapału do ciężkiej pracy. Jak sportowiec częściej widzi trenera w kawiarni niż obok siebie, to też ma ochotę iść do kawiarni. Jak pada i wieje, to trzeba zmoknąć i zmarznąć jak zawodnicy. To cała filozofia.

Pan tę energię ma.

- Trenerzy, którzy mnie znają mówią, że aż za dużo, że tempo pracy, jakie nadaję, jest nie do wytrzymania.

Zawodnicy mówią, że daje Pan w kość.

- Oni sami dają sobie w kość i o to chodzi. Ciężka praca to ich wybór.

Na dyskotekę wolno iść?

- Justyna wie najlepiej, że wolno. Na zgrupowaniach chodzę spać o 22. Rano jest trening i nie wolno się spóźnić. Nie dla zasady, ale dlatego, że bez treningu nie będzie wyniku, a bez wyniku nie zabieram na następne zgrupowanie.

W jakim stanie był polski biatlon w 1987 r?

- W ciągu poprzednich 16 lat ani razu biatloniści nie załapali się na igrzyska. Nie spełniali minimów.

Co się zmieniło po Pana przyjściu?

- W 1992 r. zakwalifikowali się do Albertville.

Kiedy pojawił się Tomasz Sikora?

- Na początku lat 90. Na igrzyskach w Lillehammer w 1994 r. niósł polską flagę. W sztafecie zajęliśmy ósme miejsce. W Nagano flagę też niósł biatlonista - Jan Ziemianin. Sikora już wtedy był mistrzem świata z 1995 r. [na 20 km - red.], a nasza drużyna w 1997 r. miała brąz na MŚ.

Ale po Nagano Pana zwolniono.

- Wiedziałem, że nawet jeśli z Japonii wrócę z medalami, to i tak wylecę. Pokłóciłem się z prezesem związku Krzysztofem Lewickim [jest nim do dziś - red.]. Zażądał, żebym nie brał do kadry zawodników Legii. Nie zgodziłem się, byli najlepsi. Bez nich Sikora nic by nie zdziałał. W sztafecie zajęliśmy piąte miejsce. Na 13 pkt wywalczonych przez Polskę, najwięcej zdobyli biatloniści, bo jeszcze Anka Stera była szósta. Uratowaliśmy więc tyłki niektórym działaczom, ale mnie za pracę podziękowano.

Serce płakało?

- Nie dość, że płakało, to jeszcze przez półtora roku byłem bez pracy.

I co Pan robił?

- Garaż budowałem. Córką się zajmowałem. Kolegom pomagałem. Auta sprowadzali i sprzedawali. Żyć jakoś trzeba było.

Dlaczego tyle czasu nie znalazł Pan pracy?

- Lewicki pociągał za sznurki, a skreślił mnie także dlatego, że rok przed Nagano krytykowałem, że prezes był zbyt rozrzutny, że zabiera na wyjazdy znajomych, a Sikora za mistrzostwo świata dostał tak niską premię, że do wymarzonego samochodu musiał dokładać.

Nikt Pana nie poparł?

- Z zawodników tylko Wojtek Kozub, który zagroził, że odejdzie, jak nie wrócę. Kozub to był talent na miarę Sikory. Powiedziałem, żeby dał spokój. Rok się pomęczył, ale machnął ręką i wyjechał do USA. Nie poparli mnie bracia Ziemianinowie.

Czemu?

- Bo Lewicki obiecał Janowi, że zrobi go trenerem. Że ściągną Białorusinów, trochę się przy nich pouczy, a potem sam obejmie posadę.

Dlaczego po złotym medalu Sikora nie odnosił sukcesów przez 10 lat?

- Po MŚ wymienił lufę w karabinie. Nie była dobra, ale przyzwyczajał się do niej kilka lat. Błędem było też podpisanie przez związek umowy z Polskim Radiem. Tomek dostawał 15 tys., ja 5 tys. zł. Ale Sikora był załamany presją, jaka się wówczas pojawiła: ciągłe telefony i pytania o wynik.

Ogarnęło go zwątpienie, nie miał chęci do pracy. Oglądał w telewizji Samprasa, który jednym machnięciem rakiety zarabiał pół miliona, a jemu nic nie wychodziło.

Co było w bardziej opłakanym stanie: polski biatlon w 1987 r. czy polskie biegi w 1999?

- I tu, i tu zaczynałem od zera. W biegach w 1999 roku byli tylko Dorota Kwaśny, która wróciła z urlopu macierzyńskiego, i Janusz Krężelok, który zastanawiał się, czy nie skończyć kariery. Nie było nawet dobrych juniorów. Całkowita rozsypka.

Pan to odmienił.

- Nie tylko ja. Pomaga nam wiele osób, ale dla związku jesteśmy solą w oku. Teraz muszę napisać sprawozdanie. Wisi nade mną jak kamień. Czy to udany sezon, czy nie...

Niech Pan zawiezie do związku medal Justyny.

- A gdzie tam. W tej ankiecie jest mnóstwo podpunktów. Miałem wszystko wypełnić i oddać na dyskietce do 1 kwietnia. Nie było szans, żebym zdążył. Byłem w Warszawie. I udzielałem Panom wywiadu (śmiech).

Napiszemy usprawiedliwienie.