Dziwolągi

Nikt już nawet nie pamięta, kiedy Grzegorz Rasiak stał się ucieleśnieniem niezdarności i najbardziej obśmiewanym graczem w dziejach polskiej piłki nożnej.
Nie było przecież tak, że zadrżała ziemia, że każdy szanujący się kibic postanowił po grób pamiętać datę meczu, w którym objawił się jego wybitny antytalent. Antytalenty w ogóle mają to do siebie, że giną w masie, nikt nie tworzy rankingów sportowców organicznie niezdolnych, nie wybiera się najgorszego piłkarza mundialu, nie opiewa rekordzistów, którzy na takie wyróżnienie zasłużyliby kilkakrotnie.

Rasiakowi się udało. Na każdym internetowym forum o sporcie to postać najbardziej dyskutowana, wywołująca najskrajniejsze emocje, inspirująca do najoryginalniejszych bluzgów, a przecież internet w swej anonimowej masie epatuje wyzwiskami raczej mało wyszukanymi. Napastnik Tottenhamu stał się bohaterem niewyczerpanej serii dowcipów, niczym policjanci czy blondynki, a ta stworzyła plotkę o transferze do Nottingham Forest, którą podchwyciły nawet poważne media. "Forest" to przecież las, a Rasiak to drewniak, więc wszystkie żarty o nim kręcą się wokół drewna i zjawisk drewnopodobnych. Słowem, tak jak niegdyś obrazoburczo brzmiała jakakolwiek krytyka Małysza, tak dziś tylko heretycy wyduszą z siebie dobre słowo o Rasiaku.

Dlaczego akurat dobre słowo o Rasiaku trafiło na indeks? Piłkarzy słabiej wyszkolonych biega po boiskach naszej marnej ligi mnóstwo, a piłkarzy z pola, którzy dochrapaliby się transferu do przyzwoitego angielskiego klubu, wypatrujemy od początku lat 90. Mnie kontrakt z Tottenhamem wprawił wręcz w euforię, bo nigdy nie widziałem polskiego gola w Premier League, a Rasiak dawał na urzeczywistnienie się tego niezwykłego zjawiska realne nadzieje. Dziś te nadzieje przygasły, Polak często nie mieści się nawet na ławce rezerwowych, ale i jego snajperskie popisy w drugoligowym Derby County teoretycznie nie powinny skłaniać do drwin. Przecież Kamil Kosowski z Southampton, gracz raczej lubiany, w tych samych rozgrywkach nierzadko wysiaduje ławkę rezerwowych.

Jeśli wierzyć portalowi 90minut.pl, w 100 ligowych meczach (w Polsce i Anglii) strzelił Rasiak 44 goli, co daje przeciętną przyzwoitą. W reprezentacji bywało różnie, choć w mojej pamięci głęboko tkwi wyjazdowy triumf z Węgrami w eliminacjach do Euro 2004, kiedy ówczesny piłkarz Groclinu wspaniale asystował przy dwóch golach Niedzielana.

Rasiakowi zapewne nie pomógł selekcjoner reprezentacji, który przedkładał go nad faworyta tłumów Tomasza Frankowskiego. To jednak wszystkiego nie wyjaśnia, nawet Janas nie jest tak wszechmocny, by skazać piłkarza na wieczne kibicowskie potępienie. A ponieważ futbol nie lubi pokrętnej filozofii, nie mogę się oprzeć, by fenomenu Rasiaka nie wytłumaczyć banalnie. Po pierwsze, 190 centymetrami wzrostu i w ogóle patykowatymi gabarytami, które przystają bardziej do boiska siatkarskiego. Po drugie, niszczącą mocą internetu. Na każdym stadionie, nawet nawet jeśli drużyna wygrywa, trybuny muszą upatrzeć sobie kogoś, kto się po prostu nie nadaje. Internet tę naturalną kibicowską potrzebę znalezienia ofiary potrafi wyolbrzymić do rozmiarów apokaliptycznych, internet jest jak gigantyczny sektor mieszczący miliony szalikowców. Boiskowi drągale, często sprawiający wrażenie safandułowatych, są narażeni najbardziej, bo się wyróżniają. Jeśli źle przyjmie piłkę przeciętniak, nikt nie zauważy, jeśli źle przyjmie taki dziwoląg, wszyscy widzą, jaka z niego pokraka. Rasiak zawsze miał pokaźny elektorat negatywny, wśród moich znajomych wyżywają się na nim nawet ci, którzy sami siebie nie uważają za znawców. Nie muszą, piłkarski analfabetyzm Rasiaka widać gołym okiem.

Równocześnie jednak nasz niezdara zyskał niebagatelne atuty. Rozpoznawalność i wyrazistość, czyli najbardziej pożądane cechy w marketingu.

W Liverpoolu narodził się niedawno brytyjski Rasiak, dwumetrowy Peter Crouch. Z niego też śmiały się całe Wyspy (próbka dowcipu: do czego służy Crouch? do zrywania jabłek bez drabiny), mając zresztą powody, bo ten nie strzelił gola przez 24 godziny, zanim nie przełamał się w sobotnim meczu przeciw Wigan. Nawiasem mówiąc, to gracz klasę lepszy od Rasiaka, ale nie ma co narzekać, w końcu każdy ma takiego Rasiaka, na jakiego zasłużył.

Tak czy owak zanim jeszcze snajper się odblokował, fani Liverpoolu zdominowali plebiscyt na Sportową Osobowość Roku na Wyspach, oddając głosy właśnie na Croucha. Dziś Crouch rywalizuje o prestiżową nagrodę z krykietowym bohaterem Anglików Freddiem Flintoffem, na co nie miałby szans, gdyby nie musiał znosić kpin. Rasiak też ma szansę, już pewnie formuje się oddolna inicjatywa obrony jego czci, podejrzewam zresztą, że kibice - choć się do tego na pewno nie przyznają - nie mogą bez niego żyć, że mecz reprezentacji bez ulubionego niezguły byłby dla nich doświadczeniem nieprzyjemnym. Wstyd przywoływać frazes o bliskich związkach nienawiści z miłością, ale nie mam wyjścia - wbrew pozorom to Rasiakowi, gdyby tylko odżył w Tottenhamie, najbliżej do statusu największej gwiazdy polskiego futbolu.

Najnowsze informacje