Sport.pl

Bode Miller: Jedź szybko, bądź dobry, baw się!

Bode Miller wychowywał się bez bieżącej wody i elektryczności. Został narciarzem, bo spodobała mu się adrenalina, gdy uciekał przed lawiną.
W szkole przezywali go "Crash test dummy" ("Manekin do testów zderzeniowych"). Dziś jest najlepszym narciarzem świata obok Hermanna Maiera i najbarwniejszą postacią alpejskich stoków.

Zjazd Pucharu Świata we francuskim Chamonix, styczeń 2005 r. Na mecie ze znakomitym czasem melduje się późniejszy zwycięzca Austriak Johann Grugger. - W wygraną uwierzyłem dopiero, gdy gorszy czas uzyskał Miller. To facet, na którego zawsze trzeba poczekać, nim zaczniesz odbierać gratulację - powiedział wówczas Grugger.

To prawda. Miller, który jako pierwszy Amerykanin od 22 lat (Phil Mahre) wygrał w tym roku alpejski PŚ, to dziś najjaśniejsza gwiazda narciarstwa alpejskiego. Wygrał w karierze 20 zawodów PŚ, 40 razy stawał na podium, ma też cztery złote medale MŚ i dwa olimpijskie srebra. Jest jednym z pięciu alpejczyków, którzy triumfowali we wszystkich konkurencjach - zjeździe, supergigancie, slalomie, gigancie i kombinacji. Obok niego same legendy: Pirmin Zurbriggen, Marc Girardelli, Guenther Mader i Kjetil Andre Aamodt. Miller jest jednak mistrzem wyjątkowym, bo wszystko robi na opak - na stoku i poza nim. Na sportowy szczyt zaprowadziła go bezkompromisowość i niezależność. Dajcie mu narty, wybierze inne. Powiedzcie: skręć tak, a skręci inaczej; idź na konferencję, nie pójdzie. Jedyne, czego posłucha, to "jedź szybko". Posłucha, bo to jego własna dewiza. Jedyna, w jaką wierzy w stu procentach.

Na stokach Cannon Mountain

By zrozumieć świat według Bode Millera, trzeba cofnąć się do lat 80. i przenieść do Nowej Anglii na stok Cannon Mountain w stanie New Hampshire. Miller mieszkał w pobliskim Easton z rodzicami i trójką rodzeństwa w domu pozbawionym elektryczności i bieżącej wody. Ojciec Woody (sam zbudował dom) i mama Jo byli hipisami, wybrali życie blisko natury, bez cywilizacji i wygód. Po wodę trzeba było chodzić do studni, po drewno na opał do lasu. - Odrzucaliśmy konsumpcjonizm. Wierzyliśmy w teorię, że skromne życie w zgodzie z naturą pozytywnie wpływa na rozwój człowieka, także duchowy - wyjaśnia w jednym z wywiadów Woody Miller. Bode do 13. roku życia nie chodził do szkoły, uczył się w domu. Nie było telewizji, nie miał wielu kolegów. Były las i góry. Już jako trzyletni maluch zakochał się w zjeżdżaniu po śniegu. - Sanki, narty, snowboard. Cokolwiek, byle jechało - wspomina tata. Jeździł godzinami sam dla siebie, dla zabawy. Był szybki. Gdy miał 12 lat, uciekł przed lawiną. - Przyspieszyłem z 20 km/godz. do setki chyba w sekundę - opowiadał Bode w rozmowie z "The Observer". Zdarzenie widziała jego siostra Kyla, która wspomina, że lawina w końcu go doścignęła, ale już na samym końcu stoku, więc Bode, choć "poległ", szybko wstał, otrzepał się i pojechał dalej. - Tak jest do dziś - śmieje się Kyla. Miller żył na sportowo. Latem grał w piłkę nożną i tenisa. W tej drugiej dyscyplinie został nawet mistrzem stanu, a dziś mówi, że mógłby z powodzeniem grać w turniejach: - No wiecie... jak Agassi. Podkreśla, że w lasach New Hampshire nauczył się samodzielności. - Do dziś najlepiej czuję się we własnym towarzystwie, choć z kumplami też mi dobrze - mówi Miller. W domu hipisów zawsze panowała bezstresowa atmosfera. Zawsze można było mieć własne zdanie i zadawać trudne pytania. - Ale ważna była też odpowiedzialność. Nie pójdziesz po drewno, nie będzie obiadu - mówił tata. Bode i Kyla pomagali wybrać imiona dla młodszego rodzeństwa. Efekt? Młodsza siostra nazywa się Genesis Wren Bungo Windrushing Turtleheart, a brat Nathaniel Kinsman Ever Chelone Skan...

Manekin do testów zderzeniowych

Miller długo jeździł na nartach wyłącznie dla zabawy. Ważna była szybkość i to, by nie wpaść na drzewo. W 1990 r. rodzice (tuż po rozwodzie) wysłali go wreszcie do szkoły - słynnej dziś Carrabassett Valley Academy w stanie Main - gdzie był specjalny program sportów zimowych. Tak naprawdę po raz pierwszy w życiu Miller zobaczył wtedy na stoku tyczki, a ktoś zaczął mu mierzyć czas. Okazało się, że to dla niego poważny problem. Był piekielnie szybki, ale nie radził sobie z zakrętami, miał fundamentalne braki w technice. Zreformować się jednak nie dał. Jego juniorski trener usłyszał więc od niego, żeby spie...ł, za co na jakiś czas wyrzucono go z drużyny. - Od zawsze wierzyłem, że w narciarstwie nie chodzi o to, żeby opanować górę, tylko by zawładnąć prędkością - tłumaczy Miller (ang.: master the speed, not the mountain). Chodzi mu o to, że nie wolno się hamować, zakładać, że pojedzie się na 80 proc., bo są trudne zakręty czy zdradliwie tyczki. - Zawsze jedziesz na 100 proc. Najszybciej, jak umiesz. Będziesz się przewracał i przewracał, ale w końcu nauczysz się, jak panować nad prędkością, tak by dojechać do mety - to credo Millera. Większość trenerów i kolegów w szkole nie rozumiała tego podejścia, które w latach 90., gdy podstawą szkolenia alpejskiego były technika i styl jazdy, pachniało herezją. Bode ze względu na upadki i zniszczone narty szybko dorobił się przezwiska "Crash test dummy" ("Manekin do testów zderzeniowych"). Mimo wszystko w szkolnej ankiecie napisał: "zostać mistrzem świata" jako jedno ze swoich marzeń.

Wreszcie dojechał do mety

- Zawsze wiedziałem, że dzień, w którym Bode dojedzie do mety, w końcu nadejdzie - śmieje się dziś kolega Millera z reprezentacji USA Daron Rhalves. Przełom nadszedł w 1996 r., gdy Miller, znów wbrew całemu światu, jako jeden z pierwszych założył na nogi coś, na co Amerykanie mówią dziś narty w kształcie klepsydry (ang. hourglass shaped skis), czyli popularne carvingi. Krótsze i wcięte od krawędzi ku środkowi narty, które według pierwotnego zamysłu miały zmniejszyć wysiłek przy skrętach narciarzom "niedzielnym", okazały się zbawieniem dla Millera. Prędkość była ta sama, ale zaczął wreszcie mimowolnie panować nad górą. W efekcie Miller dojechał do mety slalomu podczas mistrzostw USA na trzecim miejscu, co dało mu przepustkę do kadry. Dwa lata później zaczął starty w PŚ. Początkowo z fatalnym skutkiem. Wciąż wypadał z tras, a na carvingach jeździli już wówczas wszyscy. - Od początku było widać, że to ktoś wyjątkowy. Czysty talent. Potrzebował jednak czasu - ocenia dziś Phil Mahre. - Bode zawalał i zawalał, ale nie mieliśmy wyjścia. Czekaliśmy, aż zacznie kończyć choć 50 proc. przejazdów - wspomina obecny trener kadry USA Phil McNichol. Na igrzyskach w Nagano w 1998 r. 21-letni Miller nie ukończył ani slalomu, ani giganta. Pierwszy wielki sukces nadszedł dopiero w 2001 r., gdy wygrał pierwsze w karierze zawody PŚ - gigant w Val d'Isere. W drugim przejeździe był o włos od upadku, stracił kilkadziesiąt setnych, ale resztę pojechał fenomenalnie i wygrał. - Mogłem upaść, to fakt. Ale widzieliście tę prędkość! - wykrztusił wówczas na mecie. Potem przyszły igrzyska w Salt Lake City w 2002 r., w których Miller zdobył dwa srebra - w kombinacji i gigancie. Po zjeździe do kombinacji był dopiero 15. (znów o mały włos się nie przewrócił, na skręcie zakrawędziowała mu górna narta, upadł na biodro, ale odbił się i pojechał dalej). Pierwszy przejazd slalomu też pojechał przeciętnie, ale po drugim okrzyknięto go geniuszem. Ostatecznie przegrał tylko z Aamodtem o 28 setnych.

Miller słynie z odrabiana strat, drugie srebro na tych igrzyskach też wygrał, atakując z dalszej pozycji. Po pierwszym przejeździe giganta był siódmy, ale w drugim przegrał tylko z Austriakiem Stephanem Eberharterem. Zaczął potem jeździć także zjazdy i supergiganty. Każdy z czterech złotych medali MŚ (a marzył tylko o jednym), które zdobył w St. Moritz (2003) i Bormio (2005), zdobył w innej konkurencji. Nie ma jeszcze tylko medalu w slalomie, swojej koronnej konkurencji. - To dziś najwszechstronniejszy z alpejczyków - ocenia Pirmin Zurbriggen. Miller mimo wielu sukcesów wciąż jest jednak nieobliczalny i spośród zawodników z czołówki bije rekordy nieukończonych przejazdów. - Albo medal, albo g... - podsumował w rozmowie z "Gazetą" w lutym tego roku Luc Alphand, świetny przed laty francuski zjazdowiec. Ale Miller sam przyznaje, że dobrze mu z takim podejściem. - Jak wyjdzie, to wygram. Jak nie, to nie muszę udzielać wywiadów, uśmiechać się do kamer. Po prostu się oddalam.

Sportowiec bardzo niepokorny

Poza stokiem Miller to też osobowość. Sporo imprezuje (raz zgubił przez to złoty medal MŚ, potem znalazł go kibic), ale w innym stylu niż np. Alberto Tomba, który otaczał się pięknymi kobietami i szybko dorobił się statusu playboya. Miller gardzi przepychem, nie zmienia też dziewczyn tak często. To raczej typ dobrego kompana, który lubi po nartach chodzić na piwo i gadać do białego rana. Bode nie przepada za Europą, denerwuje go, że jest tu rozpoznawany na każdym kroku, że ciągle ktoś chce autograf, wywiad lub zdjęcie. - W Stanach mnie nie kojarzą i dobrze mi z tym - mówi. Być może status Millera w USA niebawem się jednak zmieni. Właśnie ukazała się jego autobiografia "Jedź szybko, bądź dobry, baw się" ("Go Fast, Be Good, Have Fun") spisana przez Jacka McEnany'ego, która powstała - jak mówi Bode - bo "wkurzały go koloryzowane historie o jego dzieciństwie w domu bez prądu". - Chciałem opowiedzieć, jak było naprawdę, że nie żyliśmy jak jaskiniowcy - podkreśla. Pierwsze recenzje są bardzo dobre.

Bode kocha piwo. Na MŚ w Bormio do trzeciej, czwartej w nocy przesiadywał w knajpie. - Mogę, bo w piciu piwa jestem najlepszy na świecie - tłumaczył. Trener Phil McNichol załamuje ręce. - Gdyby dało się go oderwać od kumpli i zapędzić na trzy miesiące do katorżniczego treningu a la Hermann Maier... Bóg jeden wie, jak dobry byłby wtedy Bode.

Gdy jest w Europie, mieszka w przyczepie kempingowej, nie lubi hoteli. - Drażni go atmosfera wielkich imprez. Nie znosi dziennikarzy (na ciągle zadawane mu pytanie: "Jak to jest przewrócić się z prędkością 100 km/godz.?", odpowiada zawsze tak samo: "Tak jak wypaść z samochodu z prędkością 100 km/godz."). Miller nie przepada też za sponsorami, choć wzbudza coraz większe zainteresowanie, ma kontrakty m.in. z Nike i Barillą, zarabia na sponsoringu ok. miliona dol. rocznie. To oni bronili go, gdy opowiedział się za legalizacją dopingu, co kilka tygodni temu wywołało skandal w środowisku narciarskim. - Bode zawsze taki był, musi mieć inne zdanie na każdy temat. Jeśli wszyscy są przeciw dopingowi, on będzie za - tłumaczył go wówczas Austriak Hans Knauss. - Dlaczego sportowcom nie wolno brać leków na grypę albo zapalić trawki? - mówił Miller. Argumentował też, że doping pozwala sportowcom uniknąć kontuzji, wydłużyć ich kariery. Sponsorzy i dziennikarze, którzy rozmawiali z Millerem, podkreślają, że to wolnomyśliciel. Lubi mieć własne zdanie na każdy temat. - W Ameryce wmawiają ci, że to, co robi Paris Hilton w weekend, jest najważniejsze na świecie, a to przecież totalna bzdura - powiedział niedawno. Miller nie ogląda telewizji (bo nigdy nie miał telewizora), choć zrobił wyjątek na finał Super Bowl. Sporo czyta. Ma własny show w niszowym, satelitarnym Radiu Sirius, w którym co tydzień można dowiedzieć się np., gdzie i z kim był na imprezie.

Do niedawna nie było jasne, czy w ogóle wystartuje w Turynie. - Medale olimpijskie są mało ważne, bo są przypadkowe. Dużo ważniejszy jest PŚ - mówił Bode. Dawał do zrozumienia, że irytuje go presja wyników, że on jeździ na nartach dla zabawy i własnej satysfakcji. Przekonano go, bo mimo wszystko kocha rywalizację. Udowodnił to m.in. w telewizyjnej grze "Superstars", w której w 2002 r. wygrał z kilkoma osiłkami z NFL, co uznano za wielką niespodziankę. - Eee tam. Nawet się specjalnie nie wysilałem - skomentował Bode (mimo wszystko też osiłek - 197 cm, 97 kg).

Jean-Claude Killy powiedział o nim kiedyś, że to człowiek, który kocha wolność. Co Bode Miller sądzi o wolności? - Wolność to narty. Nie ma sędziów, nie ma kolegów, którym musisz podać piłkę, a jak zrobisz coś źle, to nikt cię nie opieprzy. W Turynie Miller ma szansę na pięć złotych medali. Oczywiście o ile dojedzie do mety lub nie zaśpi na start.

PS 29 kwietnia w New Hampshire jest obchodzony Bode Miller Day, czyli dzień Bode'a Millera

W artykule korzystałem z licznych publikacji prasy amerykańskiej i brytyjskiej, m.in. z "Los Angeles Times", "USA Today", "Cleveland Sentinel", "International Herald Tribune", "The Observer" oraz portalu ESPN

Czy Bode Miller zdobędzie złoto olimpijskie?