Sport.pl

Dariusz Kondraciuk: Znów chcę grać w koszykówkę

Kilka lat temu, gdy będąc kandydatem do reprezentacji Polski doznał poważnej kontuzji kolana, rozstał się z koszykarskim parkietem. Skupił się na rodzinie, pracy, a grał tylko w lidze amatorskiej. Teraz Dariusz Kondraciuk znów chce walczyć - już jako rozgrywający SIDEn.


Historia torunianina to idealny scenariusz filmowy. W drugiej połowie lat 90. młody rozgrywający z Poznania przenosi się do Torunia. W ekstraklasie należy do najlepszych graczy na swojej pozycji. Pojawia się szansa gry w reprezentacji Polski, a droga do kariery wydaje się być w pełni otwarta przed Dariuszem Kondraciukiem. Walczy jednak z pechem - kolano nie wytrzymuje obciążeń. Do tego stopnia, że koszykarz rezygnuje ze sportu. Po czterech latach przerwy wraca - zostaje reprezentantem beniaminka II ligi, toruńskiego SIDEn.



Paweł Rzekanowski: Wróciłeś do koszykówki, choć jeszcze kilka lat temu wydawało się to niemożliwe. Dlaczego podjąłeś jeszcze raz wyzwanie.

Dariusz Kondraciuk: Po kilku latach przerwy ciągnęło wilka do lasu... Nie wyobrażam sobie nieaktywnego życia, takiego, w którym nic bym nie robił. Dlatego w trakcie tej przerwy, gdy moje kolano przechodziło regenerację po różnych przygodach operacyjnych, wymyślałem różne inne formy ruchu. Rok temu postanowiłem grać w lidze amatorskiej.

Nie obawiałeś się, że gdy szybciej pobiegniesz, coś z kolanem może się stać?

- Nie. Wiedziałem, że jeśli wracam na parkiet, to wszystko jest dobrze. A więc nie można grać asekuracyjnie. Gdybym był pewny w 99 procentach, nie zdecydowałbym się na to. Nie ma obaw, nic mnie nie boli.

Od czasu, jak opuściłeś toruński świat koszykówki, znacznie się zmienił. Teraz zamiast zespołu w ekstraklasie jest mozolna walka o odbudowanie tej dyscypliny w mieście.

- Sytuacja zmieniła się ogromnie. Z resztą nie tylko w koszykówce w Toruniu, ale w Polsce - reprezentacja spadła na same dno.

Kolejne podobieństwo: zarówno w reprezentacji jak w SIDEn stawia się na młodzież. To równie utalentowane pokolenie jak twoje?

- Potencjał jest spory. To pracowici ludzie, widać, że chcą się poświęcić swojej pasji. A teraz od każdego z nich będzie indywidualnie zależało, czy będzie chciał coś osiągnąć w koszykówce, czy też jest do swoista przygoda kończąca się wraz z okresem studiów. Mogą przecież wybrać zupełnie inną droge życiową. To zależy od mentalności młodych ludzi. My mieliśmy inną. Ja praktycznie już w szkole podstawowej wiedziałem, że koszykówka będzie moim życiem. Na szczęście nie zaniedbałem jeszcze drugiej drogi - nauki, studiów. Dzięki temu mam teraz bardzo dobrą pracę, żyję godnie i dobrze. Tak więc koszykówka jest życiem, jest wszystkim, ale też trzeba pamiętać o innych sprawach.

Twój przypadek nie jest pospolity - normalnie pracujesz, aby później wieczorami czy w sobotę oddać się koszykówce, a więc swojemu hobby.

- W ramach samego hobby grałem w lidze amatorskiej.

A teraz?

- Skoro zdecydowałem się na grę w II lidze, jest już zupełnie inaczej. Stworzyła się sytuacja, w której toruńska koszykówka znalazła naprawdę godnych ludzi, żeby wróciła do odpowiedniego poziomu. To początek zmian na lepsze. Zaczynamy proces rozłożony na dwa, trzy lata. Jeśli nasi działacze i dobroczyńcy, którzy dają na to pieniądze będą cierpliwi, jest spora szansa, abyśmy za dwa lata grali w I lidze.

To realne? Jest rok 2009 i walczycie o ekstraklasę?

- Chciałbym się nie obudzić w tym momencie (śmiech). Ale to możliwe - przykłady Włocławka czy Świecia pokazują, że mogą pwostać mocne, silne drużyny, które na początku są efektem pracy kilku zapaleńców.