Sport.pl

Janusz Paterman nie jest już prezesem Ruchu Chorzów i dlaczego nas to nie dziwi [KOMENTARZ]

Niespełna miesiąc trwały rządy Janusza Patermana na Cichej. Fakt, że akcjonariusze Ruchu Chorzów najpierw śląskiego biznesmena wpuścili do klubu a potem tak szybko pozbawili go władzy nie wystawia im najlepszej oceny.
Powiedzmy szczerze - nie jesteśmy zaskoczeni. Dzień po tym, jak Paterman został powołany na stanowisko napisaliśmy o dwugłosie, jakie zaczął płynąć z Cichej. Prezes i rada nadzorcza właściwie natychmiast zaczęli różnić się w spojrzeniu na klub.

Paterman mówił, że chce otoczyć się ludźmi, którym ufa i ich ceni. W czasie pierwszej konferencji prasowej kilkanaście razy wymienił nazwisko Krzysztofa Warzychy, którego chciał uczynić menedżerem klubu. Zapowiadał, że na Cichą wrócą Krzysztof Ziętek - były dyrektor i Edward Lorens - m.in. były trener. W tym samym czasie Aleksander Kurczyk, szef rady nadzorczej niebieskiej spółki powtarzał, że nie ma na to zgody. Czytając między wierszami - nie ma na to pieniędzy

Nowy prezes miał uwagi do szkolenia dzieci i młodzieży. To też pozostawało w sprzeczności z wizerunkiem na jaki Ruch pracował w minionych latach. Przecież to właśnie za czasów Dariusza Smagorowicza, byłego prezesa niebiescy stali się w opinii wielu ekspertów kuźnią młodych talentów. To przecież właśnie na Cichej stawiano na młodzież najodważniej w lidze.

Nowy prezes nie był też wielkim zwolennikiem przeprowadzki Ruchu na Stadion Śląski. Powtarzał, że Cicha to dom. Może biedny i zapuszczony, ale przecież najważniejszy. Można się z nim zgadzać lub nie, ale przyznamy, że i nas zdziwiło, gdy powiedział, że nowy stadion nie ma większego wpływu na pozyskiwanie sponsorów.

Paterman czuł się w klubie chyba nieswojo. Przypuszczał, że dostanie w ręce pełnię władzy, ale kiedy okazało się, że myśli o przyszłości Ruchu zupełnie inaczej niż rada nadzorcza - nie było na to szans.

Ewidentnie coś tu nie zadziałało. Ktoś to kogoś wprowadził w błąd. Przywalił bolesnego swojaka. Zwał, jak zwał, ale za kierownicę złapały dwie osoby, z których każda chciała jechać w inną stronę. To co się wydarzyło potem było już łatwe do przewidzenia - pojechali prosto w ścianę.

Trudno będzie to teraz rozsądnie wytłumaczyć. Wizerunkowo wygląda to fatalnie. Jedni powiedzą, że Paterman w końcu doliczył się milionów na minusie i uznał, że to nie na jego głowę. Inni, że nie chciał być marionetką... W każdym razie nie odszedł sam - został odwołany ze stanowiska.

Czterdziesty prezes w historii zasłużonego klubu okazał się tylko meteorem, który przeleciał się po niebieskim niebie. Miał zapracować na piętnastką mistrzowską gwiazdkę na stulecie klubu, a zapłonął na chwilę i zgasł.

Więcej o: