Sport.pl

W Tychach kłócą się o klubowy znak. Hokeiści nie mają prawą do herbu!

Sąd Apelacyjny w Katowicach orzekł, że hokeiści i koszykarze GKS-u Tychy nie mogą korzystać z klubowego herbu. Ten przysługuje na tę chwilę tylko piłkarzom.
Jesteś kibicem ze Śląska? Dołącz do nas na Fejsie! >>

Piłkarze GKS-u Tychy rozpoczęli w niedzielę pierwszoligowy sezon. Wybiegli na murawę tyskiej Areny w strojach, na których znalazł się oczywiście klubowy herb, czyli dobrze znany nie tylko na Śląsku

zielono-czarno-czerwony trójkąt. Okazuje się jednak, że prawo do używania tego znaku mają dziś tylko piłkarze. Hokeiści i koszykarze, którzy przecież także grają pod szyldem GKS-u, już nie! Z czego wynika to zamieszanie?

By zrozumieć, w czym tkwi problem trzeba cofnąć się do roku 2011. Z inicjatywy miasta powstaje wtedy spółka Tyski Sport, która ma zarządzać budową nowego stadionu oraz przejąć od stowarzyszenia sekcje GKS-u Tychy. Początkowo mówi się o piłkarzach i hokeistach, ale ostatecznie do sportowej rodziny dołączają też koszykarze. Miejska spółka przejmuje zespoły, ale też i spłaca stare długi stowarzyszenia. To natomiast przekuje Tyskiemu Sportowi prawa do klubowego herbu.

Przez ostatnie pięć lat z trójkątem na koszulkach rywalizują więc piłkarze, hokeiści i koszykarze. Mało kto jednak wie, że w tle toczy się spór o to, czy wszyscy mają do tego prawo. Stowarzyszenie uważa bowiem, że taki przywilej mają tylko piłkarze.

Sprawa trafia do sądu. Sąd pierwszej instancji uważa, że Tyski Sport zyskał prawa do klubowego herbu i może nim dysponować także w przypadku hokeistów i koszykarzy. Stowarzyszenie jest jednak innego zdania. Jego ludzie znowu szukają pomocy w sądzie i w drugiej instancji to oni są górą.

- Rzeczywiście Sąd Apelacyjny w Katowicach orzekł, że prawo do znaku mają tylko piłkarze. To świeża sprawa. Analizujemy wyrok i zastanawiamy się, czy są podstawy do kasacji - mówi Grzegorz Bednarski, prezes Tyskiego Sportu.

Czy to nie dziwnie, że dwa podmioty, którym tak bardzo zależy na dobrej przyszłości GKS-u, nie mogą się dogadać w takiej sprawie? - Cały czas wierzę, że jest to możliwe i że dojdzie do tego bez udziału pośredników. Nawet na ten tydzień mamy umówione kolejne spotkanie - mówi Bednarski.

Postanowiliśmy dociec, dlaczego stowarzyszenie stawia spółce takie warunki. Dariusz Bajorek, przedstawiciel stowarzyszenia, nie chce rozwodzić się na ten temat. - Sprawa nie jest prosta, ale na pewno wciąż możemy dojść do porozumienia - mówi.

W czym więc rzecz? Okazuje się, że na stowarzyszeniu wciąż ciąży część starych długów, których nie udało się uregulować, gdy władzę w klubie przejmowała spółka. Ludzie stowarzyszenia nie chcą ich płacić z własnej kieszeni. Liczą na Tyski Sport, który po spłacie ma zyskać pełne prawo do używania klubowego herbu. Z naszych informacji wynika, że chodzi o 250 tysięcy złotych.

- Ten dług powstał w zupełnie innych realiach. Klub nie żył tak dostatnio, jak dziś. By przeżyć, trzeba było czasem i zaciągnąć kredyt. Trudno sobie wyobrazić, żeby stare długi spłacały z własnej kieszeni osoby, które dziś pozostają członkami stowarzyszenia. Stąd i walka o herb, a tak naprawdę o stary dług - wyjaśnia nam osoba, która zna kulisy sprawy.