Sport.pl

Zabrzańskie ryzyko Marcina Brosza [KOMENTARZ]

Marcin Brosz został nowym trenerem Górnika Zabrze. Czy posprząta bałagan, jaki zapanował przy Roosevelta? W poprzednich klubach robił to świetnie.
Bezruch - tak nazywaliśmy stan, w jakim Górnik Zabrze trwał przez ostatnie trzy tygodnie. I nie chodziło nawet o zamieszanie związane ze zmianą prezesa, bo przy Roosevelta pokazywano już, że jego obecność nie jest priorytetem (między lipcem 2014 a sierpniem 2015 na tym stanowisko panował wakat). Znacznie ważniejsze było rozwiązanie zagadki pod tytułem "Kto trenerem zespołu?". Owszem, oficjalnie przekonywano, że w grę wchodzi pozostawienie w tej roli Jana Żurka, ale w rzeczywistości to był scenariusz z kategorii "W ostateczności". Żurek ostałby się na trenerskiej ławce tylko wtedy, gdyby klub nie dogadał się z którymś ze swoich kandydatów. W piątek się dogadał, i to z tym, na którym zależało mu chyba najbardziej. Marcin Brosz podpisał z Górnikiem dwuletni kontrakt, co oznacza, że w Zabrzu nie chcą go tylko na chwilę. Nie zmienia to natomiast faktu, że... sukcesu i tak wymagają "na już". Za rok drużyna Brosza ma być w Ekstraklasie.

Dzisiaj szukanie odpowiedzi na pytanie, czy mu się powiedzie, to wróżenie z fusów. Kadra Górnika na nowy sezon to przecież jedna wielka niewiadoma, na dodatek klub ma coraz większe problemy z wypłacalnością. To wszystko optymizmem nie nastraja. Jest jednak i dobra informacja - Brosz zdążył udowodnić, że w trudnych warunkach czuje się naprawdę świetnie.

Tak było już dekadę temu, kiedy z Polonią Bytom świętował awans na zaplecze ekstraklasy. Z kolei w Podbeskidziu Bielsko-Biała, zamierzonego celu - promocji do Ekstraklasy - nie zrealizował, tam również mają do niego duży szacunek. A Jerzy Wolas, były prezes "Górali", nazywa go nawet najlepszym trenerem w historii Podbeskidzia.

Swoją drogą, to właśnie pracując w Bielsku-Białej po raz pierwszy pojawił się w kręgu zainteresowań Górnika. Zabrzański klub ostatecznie zdecydował się (by potem bardzo tego żałować...) na Henryka Kasperczaka, ale po Brosza zgłosił się... Ruch Chorzów. Wolas uznał jednak, że za darmo go nie odda i zażądał od chorzowian gotówki. W ten sposób temat upadł.

Niedługo potem natomiast podupadła marka samego Brosza. Jego ostatnia runda w Bielsku-Białej okazała się przeciwieństwem poprzednich, a i pół roku starań o uratowanie Odry Wodzisław przed spadkiem z Ekstraklasy happy endu - choć było blisko - nie przyniosło. Mało tego. Rozczarowanie przyniósł też pierwszy sezon walki o przywrócenie do grona najlepszych drużyn w kraju Piasta Gliwice. Wtedy - latem 2011 roku - większość polskich klubów z Broszem by się po prostu pożegnała, ale w Gliwicach wytrzymali ciśnienie. Pozwolili trenerowi przeprowadzić w szatni rewolucję (a wręcz "demolkę") i na finiszu następnych rozgrywek świętowali mistrzostwo pierwszej ligi! To wtedy Dariusz Dudek, asystent Brosza, powiedział, że piłkarska Polska tańszego awansu do Ekstraklasy jeszcze nie widziała. I rzeczywiście, w porównaniu do wielu pierwszoligowych rywali Piast był wtedy drużyną... niskobudżetową. Zresztą, podobnie wyglądał w kolejnym - już ekstraklasowym - sezonie. Mimo to, Brosz stał się pierwszym trenerem, który wprowadził ekipę z Okrzei do europejskich pucharów. Wyglądało na to, że przeprowadzka do jednego z najbogatszych polskich klubów jest tylko kwestią czasu.

Nic z tego. Brosz na własnej skórze przekonał się, że w polskich warunkach przygoda z europejskimi pucharami często oznacza... początek kłopotów. W efekcie następnego sezonu przy Okrzei już nie dokończył. Co więcej, na powrót na trenerską ławkę musiał czekać aż rok. Wszystko po to, by przejąć pograżoną - a jakże - w kłopotach Koronę Kielce. "Pewny spadkowicz!" - mówili. Tymczasem Brosz wykonał kawał dobrej roboty. Czy podobnie będzie w Górniku? Tu ryzykuje jeszcze bardziej. Chyba najbardziej w całej swojej trenerskiej karierze.

Kiedy Górnik Zabrze wróci do ekstraklasy: