Sport.pl

Potrzebny nowy szef śląskiej piłki. Kto stanie do starcia z "super bohaterem"? [ROZMOWA]

- Trzeba przywrócić autorytet śląskiej piłce. Przecież my się we władzach PZPN-u w ogóle nie liczymy. Z nami się nie liczą. Jesteśmy zbyt silnym i dużym regionem, żeby pozwolić zepchnąć się na margines - mówi Stefan Mleczko, prezes podokręgu Katowice.
ŚLĄSK.SPORT.PL w mocno nieoficjalnej wersji. Dołącz do nas na Facebooku >>

Śląska piłka nożna czeka na nowego szefa. Rudolf Bugdoł, który pełni funkcję prezesa Śląskiego Związku Piłki Nożnej od 2002 roku zapowiada, że w sierpniowych wyborach nie wystartuje.

Wojciech Todur: Co dziś wiemy o kandydatach na prezesa Śląskiego Związku Piłki Nożnej?

Stefan Mleczko: - Oficjalnie kandydatów jest dwóch. Henryk Kula - szef podokręgu Tychy oraz Zdzisław Kręcina, były sekretarz Polskiego Związku Piłki Nożnej

Kręcina to taki piłkarski "super bohater". Czy starcie z nim ma w ogóle sens?

- Kręcina to szanowany działacz. I co równie ważne człowiek stąd, bo przecież z Żywca. Nie brakuje jednak osób, które uważają, że cieniem na tej kandydaturze kładą się sprawy z czasów, gdy Kręcina był sekretarzem PZPN-u. Myślę m.in. o zarzutach związanych z zakupem działki pod budowę nowej siedziby związku czy słynna - nagrana - rozmowa z Grzegorzem Lato, której tematem miała być rzekoma łapówka.

Tyle, że czas pokazał, że niewiele z tych afer i zarzutów potwierdziło się w rzeczywistości. Sprawę łapówki umorzono, a działka okazała się ostatecznie warta więcej niż za nią zapłacono.

Jak jest więc słabość tej kandydatury?

- Nie ma ludzi doskonałych. I to dotyczy także tych, którzy dziś kierują związkiem. Rudolf Bugdoł - ustępujący prezes śląskiego związku - to bardzo oddany piłce człowiek, ale nie tylko ja mam wrażenie, że za bardzo oddalił się klubów i problemów, które je dotykają na co dzień.

To właśnie ustępujący zarząd jest moim zdaniem odpowiedzialny za zniszczenie wypracowanego i dobrze funkcjonującego systemu rozgrywek młodzieżowych. Mówię m.in. o tzw. unifikacji rozgrywek, która doprowadziła do tego, że tracimy całe roczniki młodych graczy w kategorii juniora i juniora młodszego.

W skrócie polega to na tym, że dzieciaki z roczników - powiedzmy - 1997 i 98 muszą dziś grać w jednej drużynie. Efekt często jest taki, że grają starsi, czyli lepsi. Młodszy rocznik stracił swoje rozgrywki, a przez to również możliwość rozwoju. Unifikacja to był pomysł PZPN, ale my na Śląsku nie zrobiliśmy nic, albo niewiele, żeby się tej głupocie przeciwstawić. Mam całą teczkę, która zawiera takie błędy i zaniechania...

Kolejne przykłady?

- Ciągłe zmiany regulaminów rozgrywek. Kto wpadł na taki pomysł, żeby w Śląskiej Lidze Juniorów Starszych wprowadzić baraże decydujące o awansie?! Można grać cały rok. Zakończyć sezon na pierwszym miejscu, a na koniec i tak zostać z niczym. Stać nas na Śląsku na lepszy system...

Kolejna sprawa to ekwiwalent za szkolenie dzieci. Ekwiwalent płaci się dopiero za 12-latka. A co z młodszymi? Przecież w klubach szkolą już drużyny sześciolatków? Taki malec trenuje pod opieką trenera przez pięć lat, a potem odchodzi za "dziękuję". Do niedawna kluby musiały płacić za takiego dzieciaka 100 złotych za rok szkolenia. I to były śmieszne pieniądze, ale jednak były.

Starczało na piłki czy nowy dres dla trenera, który poświęcił takiemu młodemu piłkarzowi kilka lat pracy. To budowało jakąś hierarchę wartości, a tak wszyscy wszystkich oszukują. Kluby oszukują się nawzajem. Rodzice oszukują kluby...

W jaki sposób?

- Wystarczy spojrzeć w karty zawodników, żeby zobaczyć, że zaświadczenie o możliwości gry w piłkę podbija lekarz ginekolog, czy stomatolog... Czy to jest normalne? A rodzice... Rodzice czasami zachowują się tak, jak handlarze. Kaperują, knują. Traktują młodego piłkarza, jak towar. Za plecami trenerów przenoszą go z klubu do klubu. Ktoś im coś obieca, a oni już lecą do słodszego miodu.

A realia są takie, że w małym klubie młody piłkarz często czuje się ważny i potrzebny, a w większym jest tylko jednym z wielu. Efekt jest taki, że jeżeli nie jest gotowy do takiej zmiany, to szybko spada w hierarchii. Przychodzą kolejni młodzi gracze, bo przecież w tym interesie jest ciągły ruch, malec staje się niepotrzebny. Zniechęca się. Staje się kolejnym komputerowcem. W piłkę gra już tylko na konsoli.

Rodzice rozumieją wtedy swój błąd, ale na naprawę jest już czasami za późno. Większe kluby nie chcą współpracować. Chcą przede wszystkim brać.

A Pana Wyzwolenie Chorzów ma porozumienie o współpracy - chociażby z Ruchem Chorzów?

- Nie ma. Nawet nie słyszałem o tym, żeby Ruch był takim rozwiązaniem zainteresowany. Na pewno nie zgodziłbym się na współpracę, która dotknęła Józefkę Chorzów. Zabrano co lepszych piłkarzy i umowa umarła. Niestety nawet w dziecięcej piłce za dużo mają do powiedzenia menedżerowie. Zdarza się, że menedżera ma już dziesięciolatek. Wśród szesnastolatków, to już trudno znaleźć takiego co menedżera nie ma.

Ja rozumiem, że każdy z tych młodych chłopców chciałby grać w Realu i Barcelonie. Tyle, że to nie menedżer utoruje im drogę do takiego klubu. Menedżer tylko na tym zarobi.

Wracamy do wyborów. Trwa jakaś kampania? Spotkania?

- Nie doświadczam tego. Z ludźmi trzeba się spotykać na co dzień. Myślę, że w ten sposób wygrałem wybory na prezesa w podokręgu Katowice.

A może po prostu Pan czegoś naobiecywał?

Nic z tych rzeczy! Mam czyste sumienie. Dlatego po wygranych wyborach mogłem zaprosić do współpracy moich zwolenników, ale i oponentów. To także te osoby namawiają mnie teraz, żeby wystartował w wyborach na szefa związku. Jeszcze się waham. Uważam jednak, że przydałby się kolejny kandydat. Jakość dyskusji tylko by dzięki temu wzrosła.

A gdyby Pan jednak został tym prezesem, to jaki cel, zadanie byłoby dla Pana najważniejsze?

- Przywrócić autorytet śląskiej piłce. Przecież my się we władzach PZPN-u w ogóle nie liczymy. Z nami się nie liczą. Jesteśmy zbyt silnym i dużym regionem, żeby pozwolić zepchnąć się na margines.

Musimy mieć we władzach wyraziste osobowości. Ludzi z wyobraźnią. Takich, którzy uderzą w stół, gdy usłyszą o kolejnych pomysłach z sufitu, a które to mają rzekomo uzdrawiać naszą piłkę.

Ciężko będzie o ten szacunek, gdy pamięta się o tym, że w przyszłym sezonie w Ekstraklasie zagrają tylko dwa kluby z naszego regionu

- Nie można patrzeć na Śląsk tylko przez pryzmat Ekstraklasy. Jesteśmy słabi, bo zapominamy o fundamentach. Brakuje nam akademii piłkarskich z prawdziwego zdarzenia. Dziś kluby z innych części kraju wybierają nam sprzed nosa 14-latków, a za chwilę Śląsk będą opuszczać i dziesięcioletni dzieci.

Powinniśmy wybrać, wskazać w województwie śląskim trzy, cztery miejsca, które będą mieć priorytet w szkoleniu dzieci i młodzieży. I Śląski Związek Piłki Nożnej powinien takie akademia wspierać, ale nie dobrym słowem, a finansowo.

Powinniśmy zbudować piramidę, na której skorzystają wszyscy. Bo co z tego, że taka modelowa akademia będzie działać - strzelam - w Gliwicach. Jeżeli jej absolwent będzie za słaby na Piasta, to zawsze może trafić chociażby do drugoligowej dziś Polonii Bytom. Skorzystamy na tym wszyscy. Przede wszystkim śląska piłka skorzysta.



Więcej o: