Sport.pl

Niewiarygodna jazda z "Colinem": Na prawym fotelu rajdowego potwora [WIDEO]

Gdybym mógł zatrzymać czas, to zrobiłbym to właśnie wtedy - te pięć minut w metalowej puszce samochodu rajdowego, z ryczącym wściekle silnikiem, który wyrzuca z wydechu kule ognia, mogłoby trwać wiecznie. Przejechałem się z jednym z najbardziej utalentowanych polskich kierowców rajdowych - Jakubem "Colinem" Brzezińskim.
13 kwietnia. Kotlina Kłodzka, wieś Różanka, kilka kilometrów od Międzylesia. Prowadzi przez nią szlak na położoną 811 m n.p.m. przełęcz Spalona. Zaprosił mnie tu Jakub "Colin" Brzeziński, który testuje i ustawia swojego forda fiestę R5 przed rozpoczynającym się za dwa dni Rajdem Świdnickim. Momentami diabelsko śliska i dziurawa asfaltowa trasa, prowadząca przez las, ma udawać jeden z odcinków, na którym za kilkadziesiąt godzin "Colin" będzie walczył z krajową czołówką.

***

Kiedy Kuba zaproponował mi przejażdżkę na prawym fotelu, nie wahałem się ani przez moment. Za chwilę miało spełnić się jedno z moich dziecięcych marzeń. W rodzinnym albumie mam masę zdjęć, na których jako kilkuletni brzdąc pozowałem na tle oklejonych kolorowymi naklejkami rajdówek.

Rajdom przyglądam się przeszło 20 lat. Do spotkania z "Colinem" było jeszcze kilka dni, ale byłem tak podekscytowany tym faktem, że mogłem spakować się w jednej sekundzie i czekać na niego w lesie przez te kilka mroźnych nocy, niczym gotowy na wszystko preppers.

***

Samochód, którym miałem okazję przejechać się z Kubą po zamkniętym odcinku, to auto zbudowane przez brytyjski M-Sport, dział sportu Forda. Ten sam, który w mistrzostwach świata wystawia samochody klasy WRC. Auto należy do krakowskiego zespołu GO+Cars, wypożyczającego rajdówki. Dokładnie tym egzemplarzem w poprzednim sezonie dwa rajdy przejechał mistrz Europy Kajetan Kajetanowicz. "Colin" będzie startował nim w całym sezonie Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Polski.

Ford fiesta R5 to najwyższa rajdowa półka dla prywatnych kierowców. Pod jego maską ukrywa się silnik o pojemności 1,6 litra, benzynowy, turbodoładowany o mocy prawie 300 koni mechanicznych. Od zera do setki przyspiesza w około trzy sekundy. To tylko sekundę wolniej niż bolid Formuły 1. Takich aut jeździ na świecie ponad 100. W cenie promocyjnej kosztuje prawie milion złotych.

- Auto straszy samym widokiem - twierdzi Brzeziński, ale od razu uspokaja: - Jest jednak dość przyjemne w prowadzeniu. Może dziwnie to zabrzmi, ale fiestą jeździ się stosunkowo łatwo. Im bardziej zaawansowany samochód, tym jest prościej, więcej wybacza. Łatwiej skupić się na torze jazdy i wszystkich aspektach techniki.

Uwierzyłem mu.

Emocje były ogromne, i choć już kiedyś miałem okazję przejechać się na prawym fotelu z czołowym polskim kierowcą Tomaszem Kucharem, to nijak równać jego ówczesnego opla astrę GSi do fiesty. Oba auta dzieli galaktyczna przepaść. Fiesta R5 jest tylko dziesięć procent słabsza od swojego odpowiednika w klasie WRC. Nie mam więc wątpliwości, że zaraz trafię do wnętrza prawdziwego potwora.

Historia jak z filmu: Sprzed komputera prosto do rajdówki
Jakub Colin Brzeziński rajdy samochodowe

***

- To dla ciebie! - woła Bartek Boba, pilot Brzezińskiego. W ręku trzyma niepalną kominiarkę i kask ze specjalnym kołnierzem, tzw. HANSEM. Wcześniej wyczytałem, że kask jest w stanie wytrzymać uderzenie pięciokilogramowego kamienia spadającego z prędkością ok. 10 metrów na sekundę.

Kuba zjeżdża właśnie z trasy do serwisu. Momentalnie podbiega do niego inżynier, który przykłada rękę do opony, sprawdzając jej temperaturę. Auto stoi w miejscu, ale cały czas groźnie pomrukuje, dość nieregularnie, jakby miało lekką zadyszkę. Podchodząc do niego, mam gęsią skórkę i wrażenie, jakby ziemia pod nim lekko drżała. Coś jakbym stał koło wielkiego warczącego amstafa, który zaraz ma się rzucić z zębami do nogawki.

Fiesta R5 została odchudzona do granic możliwości. Z seryjnego auta, które możemy spotkać na ulicach, zostały tylko manetki do zmiany kierunkowskazów i wycieraczki. W środku ciasno, twardo, jak w metalowym pudełku. Wnętrze surowe, sprawia wrażenie chłodnego. Do tego plątanina rur - około kilkudziesięciu metrów - które tworzą wewnątrz klatkę, mającą zapewnić kierowcy i jego pilotowi bezpieczeństwo nawet podczas wielokrotnego dachowania. Przy moim wzroście 193 cm wciśnięcie się do rajdówki między rurami było nie lada wyzwaniem.

Jestem już w środku. Bartek Boba przypina mnie czteropunktowymi pasami szelkowymi. Zaciska je tak mocno, że początkowo ledwo mogę złapać oddech, ale za kilka minut okaże się, że inaczej się nie da. Przeciążenia w aucie są tak duże, że gdyby nie pasy, latałbym po kabinie jak kulka w puszce sprayu.

Między fotelami pilota i kierowcy znajduje się coś, co przypomina kalkulator, tyle że nie ma wyświetlacza. Na niewielkiej płytce kilkanaście przycisków, m.in. włączniki układu elektrycznego, pompy paliwowej, silnika i układu gaśniczego, gdyby samochód się zapalił. Kuba prosi mnie, bym nacisnął guzik "R5", który przełącza samochód w tryb wyczynowy. Żarty się skończyły.

***

Sprzęgło, jedynka i mocne, ale dość przyjemne szarpnięcie. Jedziemy!!! Fiesta wyrwała do przodu niczym wystrzelona z katapulty, a przecież za chwilę czeka nas dość ostry zakręt w prawo. Potem kolejny, który pokonujemy poboczem, jadąc niemalże rowem. Przed nami las i partia jeszcze kilku zakrętów, na których zalegało dużo "syfu" - jak mawiają w rajdowym slangu - dlatego pokonujemy je dość spokojnie, co wcale nie znaczy, że powoli.

Miejscami jest strasznie ślisko, po wcześniejszych przejazdach na trasie jest dużo błota i kamieni. W zakrętach o dużym kącie fiesta R5 lekko się uślizguje, ale mimo to sprawia wrażenie samochodu stabilnego. Kiedy wypadamy z lasu i wjeżdżamy w suchą partię, auto niemal przykleja się do drogi i sunie po niej jak po sznurku.

Próbuję zerknąć na Kubę, ale nie jest to łatwe. Moje ruchy ogranicza usztywniający kołnierz przymocowany do kasku. Ma chronić szyję i kark przed gwałtownymi szarpnięciami do przodu.

Kątem oka widzę, jak Kuba cały czas wykonuje szybkie i energiczne ruchy kierownicą, tak jakby droczył się z samochodem, a przecież momentami jedziemy po prostej. Szukam prędkościomierza, ale na próżno. Wyświetlacz nad kierownicą pokazuje wyłącznie obroty i bieg, na którym jedziemy.



W pewnym momencie Kuba wrzuca piątkę i wbija gaz w podłogę. Przed nami długa prosta, której końca nie widać. Rozpędzamy się do około 180 kilometrów, bo tyle wynosi maksymalna prędkość na ostatnim biegu. Szybciej już nie pojedziemy, bo komputer zaczyna odcinać paliwo. Z gazem wbitym w podłogę pędzimy przez ładnych kilkanaście sekund. Przez chwilę poczułem się jak w samolocie odrzutowym rozpędzającym się po pasie startowym. Migające w bocznej szybie drzewa przy takiej prędkości zlały mi się przed oczami w ścianę.

Hałas w aucie jest ogromny - gwizd, świst, stukot, strzały oraz grzechot kamieni tłuczących z dużą siłą o podwozie. Kiedy Kuba redukuje prędkość biegami, z wydechu słychać wybuchy - to paliwo, które nie uległo zapłonowi w cylindrach i spala się pod wpływem ogromnej temperatury w wydechu.

Gdyby nie interkom, nie byłoby możliwości porozumiewania się w aucie. A to przecież podstawa, bo kierowca musi słuchać pilota jak matki. Bez tego szybko skończyłoby się w jakimś przydrożnym rowie albo na drzewie. Ja na szczęście zostałem zwolniony z tego obowiązku. Kuba znał już ten odcinek doskonale, wcześniej zdążył po nim przejechać kilkanaście razy.

***

Zawracamy. Teraz pokonamy tą samą trasę, ale w odwrotnym kierunku. Nerwowo potupuję w podstawkę, którą mam pod nogami, bo nie mogę się doczekać, kiedy znów będziemy na "pasie startowym dla odrzutowców". Uważam jednak, by nie nacisnąć sterczącego pod stopami przycisku. Nie pytam, do czego służy, bo adrenalina tak buzuje mi we krwi, że zaraz i tak zapomnę. Wmawiam więc sobie, że to katapulta i trzymam się od niego jak najdalej.

Kiedy wypadamy pełnym ogniem z jednego z zakrętów, przed oczami mam wypadek Kuby z zeszłego roku, z Rajdu Arłamów. Auto wówczas przekoziołkowało parę razy. Drzewa przy drodze były na wyciągnięcie ręki, a kiedy przemyka się po nich z prędkością bliską 200 km/godz. - uwierzcie mi - działa to na wyobraźnię. Na wyjściu z jednego z zakrętów stoi grupka kibiców, która dosłownie mignęła mi przed oczami. Nie byłem w stanie nawet doliczyć, ilu ich stało.

To, co robi największe wrażenie, to nie jak fiesta R5 przyspiesza, ale to, jak hamuje. Takich przeciążeń w zwykłym samochodzie nie doświadczymy. Mam wrażenie, że z jaką prędkością by nie gnała, można ją zatrzymać w miejscu jednym wciśnięciem pedału hamulca. To niesamowite, jak ściska wtedy w żołądku. Ale jeszcze bardziej ściska żal, że pięciominutowy przejazd dobiegł końca.

Dojeżdżamy do serwisu, przed którym Kuba jeszcze przyspiesza i zaciąga hamulec ręczny, obracając auto w miejscu wokół własnej osi. Pierwsze moje skojarzenie po zatrzymaniu to zacząć bić brawo jak pilotowi w samolocie po udanym lądowaniu.

- Jak się podobało? - pyta Kuba.

- Nie chcę stąd wychodzić - mówię i pytam, na ile procent swoich umiejętności pojechał.

- To było tempo rekreacyjne - mówi z rozbrajającym uśmiechem Kuba.

Podczas Rajdu Świdnickiego o takim nie było mowy. Kuba zajął świetne, drugie miejsce.

"Kubica to jeden z trzech najszybszych kierowców na świecie"
Maciej Szczepaniak, Robert Kubica, rajdy

Więcej o: