Sport.pl

Opowieść o górnośląskich piłkarzach w powojennej reprezentacji Niemiec

Wujek Ryszard był w Polsce po wojnie tylko raz. Ale nie prywatnie, bo się bał, że go zamkną, tylko z drużyną. Przylecieli samolotem, przesiedli się do autokaru i pojechali na stadion. Po meczu - od razu z powrotem. Ojciec czekał na niego, a on go bez trudu poznał. Zdołali jednak wymienić tylko kilka zdań. Dał mu sweter, a dla mnie adidasy. Miałem takie buty jako pierwszy piłkarz w Polsce, choć grałem przecież w klubie trzecioligowym - śmieje się Edward Herman, były piłkarz Ruchu Chorzów, bratanek mistrza świata.
Śmierć na froncie, kalectwo, próby odnalezienia się w nowym otoczeniu, z dala od swego "Heimatu"... Niedawno opisaliśmy powikłane losy Górnoślązaków, którzy przed 1945 rokiem grali w reprezentacji Niemiec. Dziś o tym, jak układało się ich następcom po II wojnie światowej



Pamiątkowa gablota

Mistrzostwa świata w 1954 roku obrosły legendą. O dramacie węgierskich arcymistrzów futbolu wspomina się do dziś. Przegrali finał z Niemcami 2:3, choć przecież w eliminacjach pokonali ich aż 8:3. Należy pamiętać jednak, że wytrawny strateg "Sepp" Herberger w owym przegranym meczu celowo wystawił kilku rezerwowych.

Był wśród nich 31-letni wtedy Richard Hermann, lewoskrzydłowy. Szybki, dobry drybler, choć nie ulegało wątpliwości, że tzw. najlepsze lata miał za sobą. - W okolicy wszyscy wiedzieli, że to brat mojego ojca Antoniego, ale oficjalnie nie wspominało się o tym - przyznaje Edward Herman, mistrz Polski w barwach Ruchu Chorzów, na przełomie lat 60. i 70. jeden z najlepszych polskich napastników. - Ojciec grał w Dębie Katowice na skrzydle. Ponoć dobrze sobie w przedwojennej lidze radził. Jego młodszy brat Ryszard był wtedy w tym samym klubie juniorem. Świetnie się zapowiadał - dodaje Herman. Nazwisko przyszłego mistrza świata znaleźć można m.in. w dokumencie sprawozdawczo-wyborczym katowickiego Dębu z 1938 roku, w którym wymienia się członków poszczególnych sekcji i zespołów. To istotne choćby o tyle, że archiwiści renomowanego "Kickera" - mamy na to dowód w postaci przesłanego faksem biogramu katowickiego piłkarza - nie wiedzą o "dębowym" okresie Hermanna. Dla nich jest on wychowankiem katowickiego 1FC.

W tym ostatnim klubie rzeczywiście grał, choć niezbyt długo. Po prostu do 1FC od jesieni 1939 roku wcielano praktycznie wszystkich wyróżniających się wcześniej zawodników przedwojennych polskich klubów Katowic. Hermann znalazł się więc w 1FC jakby "z urzędu". Potem był front, sporadyczne gry w innych barwach. Wreszcie aliancka niewola. Hermann wyszedł z niej w 1946 roku, został zawodnikiem Frankfurter SV. W klubie tym grał po latach Jacek Grembocki. Wspominał, że katowiczanin do dziś ma tam swoją pamiątkową gablotkę - jako najlepszy piłkarz w dziejach FSV. Jak na nią zapracował? Oczywiście tytułem mistrza świata!



Tylko kilka zdań

"Sepp" Herberger powołał Hermanna już na pierwszy powojenny mecz NRF przeciwko Szwajcarii. W sumie piłkarz rodem z katowickiego Dębu rozegrał w niemieckiej koszulce osiem reprezentacyjnych gier. Największą sławę przyniosła mu oczywiście ta jedna, choć przegrana. Karierę przerwała kontuzja, jakiej doznał w 1957 roku w meczu z Dinamem Zagrzeb. Próbował wrócić jeszcze do futbolu, ale bezskutecznie. Pod koniec lat 50. "Kicker" pisał o nim, że już nie gra, za to prowadzi we Frankfurcie "tabac-interess".

- To był taki sklep, coś w rodzaju naszych delikatesów. Utrzymywał z niego rodzinę i dwójkę dzieci. Przyznam, że nic o nich nie wiem, bo kontakty między nami były dość luźne, a po śmierci ojca ustały zupełnie. Wujek był w Polsce po wojnie tylko raz. Ale nie prywatnie, bo się bał, że go zamkną, tylko z drużyną. Przylecieli samolotem, przesiedli się do autokaru i pojechali na stadion. Po meczu - od razu z powrotem. Ojciec czekał na niego, a on go bez trudu poznał. Zdołali jednak wymienić tylko kilka zdań. Dał mu sweter, a dla mnie adidasy. Miałem takie buty jako pierwszy piłkarz w Polsce, choć grałem przecież w klubie trzecioligowym - śmieje się bratanek mistrza świata.

Richard (Ryszard) Hermann zmarł, nie mając jeszcze czterdziestu lat po długiej chorobie. - Ponoć lekarze nie wiedzieli, co wujkowi jest. Chorować zaczął zaraz po mistrzostwach świata w Szwajcarii. Czy zaszkodziły mu jakieś medykamenty? Wiem, że były takie przypuszczenia, ale to nic pewnego - kończy Edward Herman.



Gazeta z rąk do rąk

Mistrzem świata 1954 r. ze śląskim rodowodem był też Friedrich "Fritz" Laband. Zawodnik dość wszechstronny, raczej obrońca, choć dawał też sobie radę w pomocy. Pochodził z Zabrza, urodził się blisko centrum miasta w rodzinie kolejarskiej. Niemieckie źródła podają, że był on wychowankiem silnego wtedy Deichsel 09, czyli powojennego Linodrutu. Ale to nieprawda. Zaczynał w zapomnianym kolejarskim Reichsbahn SV. - Nie mieli własnego boiska, oficjalne mecze rozgrywali na jednym z dzisiejszych bocznych boisk Górnika - opowiadał mi zmarły niedawno Wiktor Szczendzina. Obiecującego juniora przechwycił wspomniany miejscowy potentat, ale klub ten działał wtedy już nie jako 09 Deichsel, ale 09 Hindenburg (rodzina Deichsel daleka była od faszystowskich skłonności, więc stąd ta wolta).

Najważniejszym występem Labanda w naszym regionie było niewątpliwie spotkanie juniorów Śląska z rówieśnikami z Brandenburgii. Rozegrano go - przy wielotysięcznej widowni - jako tzw. przedmecz poprzedzający reprezentacyjny pojedynek Niemiec z Rumunią w Bytomiu. Śląscy juniorzy wygrali 1:0. - Grałem w tamtym spotkaniu. Było dziesięciu juniorów z przedwojennego, niemieckiego Śląska i ja jeden z polskiego. Labanda pamiętam, był asem tamtej drużyny. Taki defensywny pomocnik, niemiecka szkoła: silny, zdecydowany, trudny do ominięcia, mocne wybicie piłki - wspominał niedawno jeden z nestorów naszego futbolu Teodor Wieczorek.

Gdy Niemcy przegrywały wojnę na wszystkich frontach, a do Wehrmachtu wcielano coraz młodsze roczniki, padały kolejne kluby. To dlatego Laband zagrał nawet parę spotkań w Preussen Zaborze. Potem było wojsko, niewola. Po wojnie Laband został zawodnikiem klubu Anker w hanzeatyckim Wismarze (dawne NRD, wówczas Ost-zone). Był gwiazdą pierwszych rozgrywek Oberligi, ale potem uciekł za granicę, do... hanzaetyckiego Hamburga. To był doskonały wybór. W HSV grał m.in. obok innego późniejszego mistrza świata, przesiedleńca z Siedmiogrodu Josefa Posipala, ale też przedstawicieli legendarnego klubowego klanu rodzinnego, czyli ojca Erwina i syna Uwe Seelerów (ten drugi zabłysnął jako 16-latek podczas turnieju młodzieżowego w Brukseli w 1953 roku, a wkrótce po szwajcarskich mistrzostwach świata debiutował w reprezentacji RFN), wreszcie obok Wernera Hardena, który jeszcze jako Michalski kopał piłkę w... zabrzańskim Deichslu, a wiosną 1945 roku przez kilka tygodni w Pogoni Zabrze!

Podczas mistrzostw świata w 1954 roku Laband początkowo był w podstawowym składzie. Ale tylko do meczu ćwierćfinałowego z Jugosławią. Odniesiona wtedy kontuzja wyeliminowała go z dalszych gier. Dramat, osłodzony za to złotym medalem! Jakoś w tym czasie piłkarz trafił na okładkę "Kickera". Opowiadano mi, że w Zabrzu gazetę tę podawano sobie z rąk do rąk!

Po mistrzostwach próbował swych sił w Werderze z Bremy. I jeszcze wtedy "Kicker" klasyfikował go wśród najlepszych niemieckich piłkarzy. Karierę kończył w prowincjonalnym Grun-weiss 07 Hamburg, a potem trenował - szkolił m.in. swojego brata Joachima w klubie SV Buxtehude.



List do matki

A może mamy jeszcze jednego śląskiego "bohatera z Berna"? Dobrych parę lat temu rozmawiałem o piłce z grupą katowickich seniorów, związanych ze środowiskiem miejscowej, przedwojennej Pogoni. Jeden z nich zapewniał, że widział list od mistrza świata '54, bramkarza Antona "Toniego" Turka do matki, która mieszkała w... Siemianowicach!. Próbowałem weryfikować informację, pytałem m.in. nieżyjącego już, tutejszego trenera Jerzego Nikla. Nikt nic nie wiedział. Ale z drugiej strony, czy w tamtych czasach ktoś o zdrowych zmysłach chwaliłby się publicznie bliskimi, ba, rodzinnymi "konszachtami" z kimkolwiek, komu powiodło się na "wrażym" Zachodzie? No, a zwłaszcza w Niemczech...

W latach 50. w niemieckiej kadrze drobny epizod zapisał jeszcze jeden piłkarz ze śląskim rodowodem. Pochodzący z Raciborza Hans "Jumbo" Zeitler to rówieśnik Gerarda Cieślika. As VfB Bayreuth w latach 1952-56 grał w amatorskiej reprezentacji Niemiec. W pierwszej reprezentacji zagrał jeden raz: w 1952 roku w towarzyskim spotkaniu z Luksemburgiem (3:0) zdobył nawet gola.



Potajemny rajd taksówką

Podczas mundialu w Argentynie w 1978 r. Ślązacy grali nie tylko w reprezentacji Polski. Rzadko zdarza się, żeby debiutować w kadrze podczas mistrzostw świata, a takiego wyczynu dokonał właśnie Harald Konopka, pomocnik 1FC Koeln. Helmut Schoen wpuścił go w drugiej połowie meczu z Włochami i był to jedyny występ Ślązaka w Argentynie. Choć nie był asem tej ekipy, należał przecież wtedy do czołówki niemieckiego futbolu. Urodził się jako autochton w podgliwickich Sobiszowicach. Tam, gdzie rodzina Andrzeja Buncola. Jego ojciec Gerhardt Konopka grał jako lewoskrzydłowy w Orle Żerniki, potem gliwickich Gwardii, Spójni, Sparcie, GKS, wreszcie po fuzji - w Piaście. Potem Konopkowie wyjechali z Sobiszowic do Niemiec. - Spotkałem ich w miejscowości Bottrop, na Gleiwitzer Treffen. Z tego, co wiem, tam byli wszyscy z tej rodziny, w Sobiszowicach nikt nie pozostał - opowiadał mi niedawno działacz Antoni Piegza.

Innym piłkarzem, który zrobił karierę w Niemczech w latach 70., był Klaus Zaczyk. Rodzina Zaczyków pochodzi z podraciborskich Markowic. Hans Zaczyk, pracownik poczty, wcielony w czasie wojny do Wehrmachtu, do Polski już nie wrócił. Osiadł w Niemczech, ożenił się z raciborzanką. Syn Klaus urodził się w maju 1945 r., kilkanaście dni po zakończeniu wojny. Rozegrał 400 meczów w bundeslidze. Najpierw w barwach Karslruher i Norymbergi, ale najbardziej znany jest z występów w Hamburger SV, gdzie grał razem z Feliksem Magathem (obecnym trenerem VfB Stuttgart) i Manfredem Kaltzem. W 1977 roku Zaczyk zdobył z HSV Puchar Zdobywców Pucharów. W reprezentacji Niemiec zagrał 45 minut. W lutym 1967 roku wszedł na drugą połowę towarzyskiego meczu z Marokiem w Karlsruhe. Mannschaft wygrał 5:1, a Zaczyk osiem minut po wejściu na boisko strzelił nawet gola!

- Klaus to był taki drugi Szołtysik: szybki, dobry technicznie - opowiada Adolf Zaczyk z Raciborza, kuzyn ojca piłkarza. Spotkali się tylko raz w Mielcu. Był marzec 1976 roku, Stal grała wtedy z HSV w Pucharze UEFA. Milicjanci nie chcieli nas wtedy dopuścić do autobusu, ale chwilę udało się pogadać. Zostawił mi wizytówkę, ale już nigdy więcej się nie spotkaliśmy - opowiada Adolf Zaczyk.

Klaus Zaczyk Śląsk odwiedził tylko raz. - Był na jakimś meczu z Chorzowie w latach 70. Do Raciborza przywieźli go w nocy potajemnie taksówką, nad ranem wrócił do Chorzowa. Za wiele więc nie zobaczył - przyznaje Adolf Zaczyk.

Żeby zakończyć wątek raciborski, warto wspomnieć, że oprócz Zeitlera i Zaczyka związany jest z tym miastem jeszcze Darius Kampa, kilka lat temu podstawowy bramkarz niemieckiej młodzieżówki.



Popuchnięte nogi

Reprezentantów Niemiec rodem ze Śląska było zapewne dużo więcej, ale nie wszyscy - w związku ze specyfiką stosunków polsko-niemieckich - radzi byli się do tego przyznać. Według byłego kapitana Borussii Dortmund z okresu, gdy klub ten sięgał po PEZP (to był 1966 rok), Rudiego Assauera (po latach znany menedżer) - w okresie triumfu w podstawowej jedenastce drużyny z Dortmundu było sześciu zawodników urodzonych na dzisiejszych ziemiach polskich! Wierzyć? Nie upieramy się, ale Assauer podobno świetnie mówi po polsku, a urodził się na pewno na Dolnym Śląsku.

Ale wróćmy do bohaterów mistrzostw świata mających związki ze Śląskiem. Guido Buchwald, podstawowy obrońca podczas MŚ w 1990 roku. No, może trochę toporny, ale silny, opanowany. Naprawdę pewny punkt mistrzowskiej drużyny. Jego związki z Chorzowem są niewątpliwe. Rozmawiałem z bratem jego dziadka, Pawłem Buchwaldem. W barwach Ruchu został on mistrzem Polski. A potem kontuzja, koniec kariery. - Mój starszy brat Oswald próbował kopać w piłkę, ale nadzwyczajnego talentu do tego nie miał. Pod koniec wojny wzięli go do Wehrmachtu. Na froncie wschodnim dostał się do niewoli sowieckiej, wrócił z popuchniętymi nogami i właściwie nigdy pełni zdrowia nie odzyskał. Sprzedawał bilety na stadionie Ruchu, pilnował porządku. Żona, taka kobieta, o których tu, w Chorzowie, mówili - niemieckiego ducha - jeszcze przed końcem wojny uciekła z ich jedynym synem Józefem do Niemiec. Józef też miał syna. Ten syn to był Guido Buchwald. O szczegółach nie opowiem, bo nasza rodzina, tu w Chorzowie, nie utrzymywała kontaktów z rodziną niemiecką. Najpierw chyba za komuny nie wolno było nic pisać, no przynajmniej bez kontroli. A potem to się już nikomu nie chciało. To ja się dowiadywałem, co tam dzieje się w byłej rodzinie brata. No i stąd wszystko wiem - opowiadał przed kilku laty nieżyjący już Paweł Buchwald.

Jest pewne, że związki ze Śląskiem ma inny mistrzowski obrońca (czasem pomocnik) Olaf Thon. Gwiazda Schalke 04 Gelsenkirchen, ale również w barwach innych klubów. Wiadomo, że w okresie największych triumfów regularnie wysyłał listy do swego dziadka w Piekarach.



Siedem minut

Wreszcie czas na graczy współczesnych, nadal aktywnych. W przyszłym roku karierę chce skończyć 36-letni bramkostrzelny napastnik Martin Max (obecnie Hansa Rostock). Piłkę zaczynał kopać najpierw pod blokiem razem z Józefem Wandzikiem, a potem w malutkim LZS Rodło Górniki. Henryk Hajda, trener Rodła od 33 lat, pamięta, jak jechał zatwierdzić Maksa do Katowic do OZPN. - Był za młody, miał dwanaście lat. Musieliśmy mu zmienić rocznik, żeby go potwierdzić do gry w Rodle. Już wtedy miał zadatki na dużej klasy piłkarza. Jakby nie wyjechał na stałe do Niemiec, to na pewno zrobiłby karierę u nas w lidze - opowiadał niedawno "Gazecie". Max grał w Rodle od 12. roku życia potem wyjechał do Niemiec, rodzina starał się o ten wyjazd od 20 lat.

Na Górny Śląsk przyjechał dopiero w 2002 roku. W Górnikach nadal ma rodzinę. Przy okazji pojawił się też na treningu Rodła. Hajda dał mu koszulkę i kazał trenować. Max rozegrał w reprezentacji Niemiec siedem minut. Było to w kwietniu 2002 roku w towarzyskim meczu z Argentyną w Stuttgarcie (0:1). Ma o to żal do działaczy DFB (Niemieckiego Związku Piłki Nożnej). Jego zdaniem na grę w kadrze mają szansę tylko piłkarze renomowanych klubów.



Forsa to nie wszystko

Karierę powoli będzie kończyć także 35-letni pomocnik Bochum Dariusz Wosz. Choć od lat mieszka w Niemczech, od biedy można się z nim po polsku dogadać. Pochodzący z Piekar Śląskich Wosz zrobił wyjątkowo interesującą karierę. Jako dziecko wyjechał z rodzicami do NRD. Karierę rozpoczynał w Halle, w tamtejszej szkole sportowej walczył z orzeczeniami lekarzy, którzy kwalifikowali go do... uprawiania łyżwiarstwa szybkiego. Jako jedyny w tym gronie siedem razy wystąpił w reprezentacji NRD. Wcześniej zgłaszał nawet chęć gry w reprezentacji Polski, na przeszkodzie stanęły jednak występy w młodzieżowej reprezentacji wschodnich Niemiec.

Za pierwsze pieniądze, które zarobił jeszcze w Halle, kupił swojej matce kwiaciarnię.

Wkrótce przeniósł się do Bochum. Oszałamiającą karierę w Bundeslidze zaczął robić w 1997 roku. Jego znakiem rozpoznawczym były perfekcyjne podania, ale konkurs przeprowadzony wówczas przez stację Sat. 1 wykazał, że niemieccy kibice niewiele o nim wiedzą. Na pytanie, w reprezentacji jakiego kraju Wosz rozegrał dotąd siedem spotkań, aż 70 proc. wskazało Polskę, kilkanaście procent... Rumunię. Tylko znikoma część odpowiedziała właściwie - że w reprezentacji NRD.

Richard Golz, były bramkarz HSV, mówił o Woszu, że forsa to dla niego nie wszystko. W 1997 roku odrzucił lukratywną ofertę Valencii, która oferowała mu zarobki czterokrotnie wyższe, wcześniej nie dogadał się także z Parmą.

Niemcom nie tylko ze sposobu gry, ale i skromności przypominał swojego idola Thomasa Häßlera. Dwóch małych wielkich - napisał o nich "Frankfurter Allgemeine Zeitung". Wosz mierzący 168 cm jest o dwa centymetry wyższy od Häßlera.

W 1998 roku przeszedł do zespołu Herthy Berlin. Podpisał kontrakt na cztery lata za 6 mln marek. W barwach Herthy strzelił gola Milanowi w Lidze Mistrzów. W reprezentacji Niemiec zagrał 17 razy, strzelił jednego gola. Pojechał na Euro 2000, choć był tam tylko rezerwowym. W 2001wrócił do drugoligowego Bochum, które zapłaciło za swojego byłego pomocnika 2,5 mln marek.

Do wyróżniających się piłkarzy Bundesligi należy 31-letni Bernd Schneider. Krążyły plotki, że pomocnik Bayeru Leverkusen urodził się w... Wodzisławiu Śląskim. Nazywał się wtedy Arkadiusz Skrzypiciel. Jego ojciec w latach 70. był piłkarzem trzecioligowej Odry Wodzisław. W 1980 roku wraz z rodzicami Arek wyjechał z Wodzisławia do Darmstadt. Tam rodzina Skrzypicielów zmieniła nazwisko, ze względu na trudną wymowę. Dziś Schneider nie przyznaje się do śląskich korzeni.



Kiedyś Sławek, dziś Paulek

Jako że tekst traktuje o Górnoślązakach, nie ma w nim miejsca dla Miroslava Klose. Napastnik 1.FC Kaiserslautern (już wkrótce Werder Brema) uczył się bowiem grać w piłkę na podwórku w opolskiej dzielnicy Chabrów i z naszym regionem ma niewiele wspólnego. Gwiazdą równie wielką jak Klose jest Paul "Slavo" Freier, przebojowy pomocnik VfL Bochum, wielka nadzieja niemieckich kibiców. Podstawowy obecnie piłkarz drużyny Rudi Voellera rozegrał w niej 14 meczów (był także w wyjściowym składzie ostatniego lutowego meczu z Chorwacją).

Mało kto pamięta, że 25-letni piłkarz, którym w przerwie zimowej interesowało się aż 18 klubów (sic!), urodził się w Bytomiu i jest wychowankiem ŁTS Łabędy - małego klubiku z dzielnicy Gliwic. Tomasz Wałdoch opowiadał kiedyś, że Freier chciał grać w reprezentacji Polski, ale nasi działacze nie wykazywali żadnego zainteresowania. Teraz jest już za późno.

Pierwszym trenerem Freiera był Sylwester Pająk. - A ja trenowałem go w trampkarzach - wspomina Karol Becker, obecnie kierownik I drużyny ŁTS (dziś V liga). - Wtedy miał jeszcze na imię Sławek, dopiero w Niemczech zmienił je na Paul [na drugie imię ma Paweł - przyp. red.]. Chłopak od początku się wyróżniał, grał z chłopakami dwa lata starszymi od siebie - dodaje Becker.

Ojciec Eugeniusz Freier był lewoskrzydłowym Polonii Bytom, potem przeszedł do ŁabędzkiegoTowarzystwa Sportowego. W Łabędach grał na obronie, był kapitanem drużyny. Na co dzień pracował jako ślusarz w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym w Gliwicach. - Freierowie wyjechali do Niemiec w latach 80. i ślad się urwał. Od tego momentu nie mamy już kontaktu. O Sławku ucichło i potem nastąpiła eksplozja jego talentu. Wiedzieliśmy, że w Bochum gra Paul Freier, ale nie podejrzewaliśmy, że to nasz były zawodnik. Dopiero jak któryś z kolegów przywiózł "Kickera", poznaliśmy na zdjęciu, że to jednak nasz Sławek - opowiada Becker.

Freier dawno nie był na Śląsku, od kiedy przeprowadził się z rodzicami do Niemiec ani razu nie odwiedził dawnego klubu. Ciekawostką jest fakt, że to jedyny piłkarz z tego grona z własną stroną internetową.

Na zakończenie wypada wspomnieć o wielkiej nadziei niemieckiej piłki Łukaszu Podolskim. Urodził się w 1985 roku w gliwickiej dzielnicy Sośnica. Jego ojciec Waldemar był piłkarzem Szombierek Bytom, ROW Rybnik i Górnika Knurów, natomiast mama grała w piłkę ręczną w Sośnicy Gliwice. Łukasz jako dwuletnie dziecko wyjechał z rodzicami do Niemiec. Tam rodzice zmienili mu imię na Lukas. Teraz chłopak ma 18 lat i robi furorę na boiskach Bundesligi. Podolski jest napastnikiem 1.FC Koeln oraz reprezentacji Niemiec do lat 19.

Według nowych przepisów ten zdolny napastnik mógłby jednak w przyszłości strzelać gole dla Polski. Dotychczas było tak, że jeśli piłkarz choć raz wystąpił w reprezentacji w jakiejkolwiek kategorii wiekowej, nie mógł już nigdy zagrać w innej drużynie narodowej. W październiku FIFA zmieniła ten przepis. Teraz piłkarz z podwójnym obywatelstwem (ale zdobytym przed ukończeniem 21. roku życia) może wybrać dowolną reprezentację jednego z krajów.

Niemieccy dziennikarze natychmiast wszczęli raban. - Polska chce "ukraść" Niemcom wschodzącą gwiazdę Bundesligi - napisał dziennik "Bild".

- Dzwonił do mnie trener reprezentacji Polski Paweł Janas i zapraszał do gry dla Polski. Dostałem od niego nawet trzy koszulki reprezentacji z numerem 10 i moim nazwiskiem. Chciałbym zagrać w biało-czerwonych barwach, zawsze kibicuję reprezentacji Polski, gdy grała na mundialu czy w eliminacjach - mówił Podolski "Gazecie. - Ale też czytałem, że trener Rudi Voeller planuje zabrać mnie na Euro 2004. Jak padnie propozycja, to nie odmówię, bo kto by na moim miejscu odmówił?



Jeśli wiecie Państwo więcej na temat śląskich piłkarzy grających w reprezentacji Niemiec, prosimy o kontakt

pawel.czado@katowice.agora.pl, tel.3252603





ŚLĄSCY MISTRZOWIE ŚWIATA

Richard (d. Ryszard) Hermann (błędnie: Herrmann - tak chcą niemieckie źródła); ur. 28.01.1923 Katowice - zm. 27.07.1962 Frankfurt n/M.; lewoskrzydłowy i lewy pomocnik; mistrz świata 1954 w barwach RFN; błyskotliwy, szybki i dobry technicznie napastnik; dla Niemiec - 8 A; debiut reprezentacyjny - w 1950 roku przeciwko Szwajcarii, pożegnanie - przegrana 3:8 z Węgrami na wspomnianych mistrzostwach świata, ale na wagę złotego medalu; ; w mistrzowskim dla podopiecznych Herbergera sezonie 1954 - 12 bramek dla FSV Frankfurt; piłkarz klubów: Dąb Katowice (1934-1939), w czasie wojny - w katowickim 1.FC, a potem w Kickers Offenbach, po wyjściu z alianckiej niewoli od 1946 do 1960 w FSV Frankfurt a/M; reprezentacyjny gracz Hesji i niemieckiego "Południa"; trener FSV 02 Seckbach.



Friedrich "Fritz" Laband; ur. 1.11.1925 Zabrze - zm. 4.1.1982 Hamburg; obrońca i pomocnik; mistrz świata w barwach RFN; opanowany, pewnie interweniujący środkowy obrońca, choć radził sobie i na innych pozycjach; dla Niemiec 4A; piłkarz klubów: zabrzański Reichsbahn SV (1936-1937), Hindenburg (Zabrze) 09 (1938-1943), SC Preussen Zaborze (1943), ZSG Anker Wismar (1946-1949), Hamburger SV (1949-1955), Werder Brema (1956-1957), Grun-weiss 07 Hamburg (1958); trener SV Buxtehude, Paloma Hamburg, SV Lurup .



Reprezentanci

Oto lista zawodników o polsko brzmiących nazwiskach, którzy choć raz wystąpili w pierwszej reprezentacji Niemiec: Adamkiewicz, Biallas, Borowka, Borowski, Budzinsky, Burdenski, Burdenski, Cieslarczyk, Gablonsky, Grabowski, Juskowiak, Kapitulski, Kelbassa, Kobierski, Konietzka, Konopka, Koslowski, Kwiatkowski, Malecki, Malik, Milewski, Nowak, Piontek, Pyka, Rodzinski, Sawitzki, Schaletzki, Szymaniak, Tiburski, Tilkowski, Wilimowski, Worpitzky, Wosz, Zaczyk, Zielinski, Zembski, Zwolanowski.