Sport.pl

Sportowa dieta

Siatkarzy PZU AZS karmi technolog żywności, a piłkarzom OKP trafia się czasem pieczony prosiak. Szczypiorniści Travelandu zajadają się kluskami i owocami, zaś sztangiści z Bartoszyc cieszą się z darmowej kiełbasy i bułki


Siatkarze PZU AZS Olsztyn są profesjonalistami i grają w profesjonalnym klubie, w którym dużą wagę przykłada się także do wyżywienia zawodników. Akademicy mają szczęście, bowiem jedzą potrawy dobrane przez zawodowca, kierownika zespołu, Marka Carzyńskiego. Jest on technologiem żywienia i z racji swego zawodu wie doskonale, jak zabezpieczyć zawodnikom ich potrzeby energetyczne.

- Sportowcy codziennie muszą spożyć posiłki o wartości ok. 4 tys. kilokalorii. Przed wyjazdem na mecz ustalam z szefami kuchni w restauracjach, w których jadamy, menu o takiej właśnie wartości - mówi kierownik PZU AZS.

Żywienie zbiorowe

Marek Carzyński dba o to, by posiłki siatkarzy miały odpowiednią ilość węglowodanów, witamin, czy soli mineralnych. Siatkarze inaczej jadają w dzień poprzedzający mecz, inaczej w dniu spotkania. Ważne są również pory spożywania posiłków.

- Tak jak ściśle przestrzegamy terminów treningów, tak samo przestrzegamy czasu na jedzenie. Dzień przed meczem, gdy jesteśmy w drodze, jadamy w godz. 13-15. Jeśli gramy mecze transmitowane przez TV, czyli o 14, to już do 11.30 zawodnicy muszą być po obiedzie, a raczej po lunchu. Natomiast gdy gramy o 17, obiad jest o 14. W dniu meczu posiłek jest lekkostrawny. Na obiad drób i gotowane warzywa. Wykluczone są surówki z kapusty, by zawodnicy nie mieli wzdęć - mówi całkiem poważnie kierownik Carzyński.

Nie chodzi tylko o to, by zjeść dobrze, ale i smacznie. Carzyński stara się choć trochę sprostać indywidualnym wymaganiom siatkarzy. Dlatego dodatki do mięs (ziemniaki, ryż, makaron) mogą oni dobierać według gustu.

- Zawodnicy, którzy grali na Zachodzie, jak Mariuszowie Szyszko i Sordyl oraz Paweł Zagumny, lubią makarony. A na przykład Łukasz Kadziewicz i Adam Kurian preferują potrawy mięsne z ziemniakami. Staram się, by wszyscy byli zadowoleni, choć żywienie zbiorowe nie jest takie proste, jak indywidualne - przyznaje Marek Carzyński.

Grunt to obiad

Dyrektor Zbigniew Miklas technologiem żywienia nie jest, ale o piłkarzy czwartoligowego OKP Warmia i Mazury Olsztyn dba jak może najlepiej. Niegdyś pan Zbyszek opiekował się także zawodnikami Warmii i Stomilu. Gdy pierwszoligowy zespół Stomilu wyjeżdżał na mecze, dyrektor Miklas przygotowywał suchy prowiant na drogę, a z lekarzem ustalał menu na obiad i kolację. Na obiady najczęściej piłkarze jedli potrawy z drobiu.

Teraz dyrektor Miklas może się pochwalić, że obiady mają zapewnione piłkarze OKP, choć na razie grają tylko w IV lidze.

- Nie ulega wątpliwości, że niewiele klubów czwartoligowych stać na zapewnienie swoim zawodnikom obiadów w czasie wyjazdów - mówi Zbigniew Miklas - Niektórzy jadą na mecze z kanapkami. W OKP, nawet jeśli zdarzały się problemy z pieniędzmi, prezes Jarguz wymagał, by chłopcy dostali posiłek. Kupujemy piłkarzom obiady nie tylko podczas wyjazdów na mecze, ale także wtedy, gdy gramy w Olsztynie. Pomaga nam pan Wieczorek [producent wędlin, były prezes Stomilu - red.]. Czasem dołoży pieniądze na wyżywienie, a czasem, gdy mamy jakieś okolicznościowe, integracyjne spotkania, daje nam wyroby swojej firmy, a zdarza się, że i prosiaka upiecze.

Opasły termos

Szczypiorniści pierwszoligowego Travelandu Jurand Olsztyn jeżdżą na mecze dwoma busami. W pierwszym za kierownicą siada zawsze Jan Szczurowski, odpowiedzialny w czasie wyjazdów za gastronomię. Przed wyprawą w Polskę zajeżdża do Starych Jabłonek po opasły termos. A w nim przygotowane przez Darka Strucińskiego, szefa hotelowej kuchni Andersa, kluski z ziemniaków, kurczak w potrawce z gotowaną marchewka lub mięso z makaronem.

- Trzy godziny przed meczem na upatrzonym wcześniej na mapie parkingu pan Jan zarządza postój i wydaje obiad zawodnikom - mówi Leszek Dublaszewski, dyrektor klubu. - Są oczywiście repety, bo choć jedzenia jest "skolko ugodno", chłopcy są wciąż głodni. Bywa, że zanim dojadą na mecz, nie mają już nawet i suchego prowiantu. A zaraz po obiedzie dostają na potem po cztery bułki z serem i szynką, wafelki w czekoladzie, owoce i soki.

Kiełbasa i bułka

Biednie jest w klubie Przyjaźń Bartoszyce. Ryszard Rysztowski, trener sekcji, już dawno przywykł, że na całodzienne zwykle zawody jego zawodnicy sami muszą zorganizować prowiant. A i z tym też jest problem, bo niektórych zwyczajnie nie stać kupienie czegoś do chleba. Jak jadą na zawody, to ten z chłopaków co ma akurat kanapki, dzieli się nimi z koleżankami i kolegami, którym się w domu nie przelewa. Rysztowski z sentymentem wspomina dary z bartoszyckiej opieki społecznej, której pracownicy jak mają prowiant, zawsze coś do sekcji podrzucą. Przed świętami na przykład sztangiści nieźle sobie podjedli, bo dostali sporo puszek z wieprzowiną.

- Dobrze jest, jak mamy zawody poza województwem, bo wtedy dostajemy diety, czyli po 15 zł na głowę - mówi Rysztowski. - Ale ta gotówka to dla chłopaków okazja, by uszczknąć coś dla domu. Ostatnio niektórzy po pięć zł wydali na frytki, bo najtańsze, a resztę oddali rodzicom. Jeśli jedziemy do Srokowa na przykład, to nie martwimy się o jedzenie, bo wójt zawsze funduje po kawałku kiełbasy i bułkę. A są jeszcze i ciastka oraz kawa.