Sport.pl

"(Sz)koła życia", czyli dlaczego Maja Włoszczowska zgodziła się napisać książkę

- Nadal uważam, że jestem za młoda na prawdziwą biografię, ale chciałam pokazać czytelnikom na własnym przykładzie, że nie można się poddawać. Po upadku przed Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie udało mi się wrócić na rower i chcę się tym chwalić - podkreśla Maja Włoszczowska.
Pod koniec października ukazała się jej książka "Szkoła życia" (wydawnictwo Burda, 300 stron, kilkadziesiąt zdjęć, twarda oprawa, cena około 35 zł). Włoszczowska prosi, by nie pisać, że to tylko autobiografia.

31-letnia zawodniczka urodzona w Warszawie to najlepsza polska kolarka górska. Jej sukcesy to m.in.: wicemistrzostwo olimpijskie z Pekinu (2008), mistrzostwo świata w wyścigu elity MTB (2010) i w maratonie MTB (2013), pięć srebrnych i dwa brązowe medale MŚ, jeden złoty, cztery srebrne i jeden brązowy mistrzostw Europy oraz wiele mistrzostw Polski.

Dwa lata była główną faworytką do złota olimpijskiego w Londynie. Jednak tydzień przed igrzyskami olimpijskimi doznała groźnej kontuzji i nie wystartowała w zawodach. Zdjęcia pokiereszowanej stopy mroziły krew w żyłach.

Andrzej Klemba: Ostatnio coraz więcej sportowców wydaje biografie. Pani też poddała się tej modzie?

Maja Włoszczowska: Na pewno to nie było moją motywacją. Propozycje dostawałam rokrocznie od Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Cały czas wydawało mi się, że nie za bardzo mam o czym pisać. Nadal uważam, że jestem za młoda na prawdziwą biografię. Motywacją dla mnie była historia mojego upadku przed Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie, walka o powrót do zdrowia i na rower. To był bardzo trudny okres w moim życiu, ale z pozytywnym zakończeniem. Udało się mi w tempie błyskawicznym wrócić na najwyższe miejsce w wyścigach na świecie. To trwało rok, ale jeśli wziąć pod uwagę, jak to była poważna kontuzja, to można powiedzieć, że błyskawicznie.

Coś więc pani książkę odróżnia od innych sportowych biografii?

- Praca nad nią miała wyglądać tak, że bardziej to Julian Obrocki [współautor] będzie ją pisał, a ja będę tylko opowiadała. Podział pracy wyszedł jednak 50 na 50. Bardzo się w to wciągnęłam, a pomysł na książkę ewoluował. Bo to nie tylko historia mojego upadku, ale też początki mojej kariery, bo to pewnie też ludzi zainteresuje. Poza tym jest duża część poradnikowa, zarówno dla ludzi, którzy dopiero zaczynają jeździć na rowerze, jak i dla tych, którzy więcej mają do czynienia ze sportem. Jest mnóstwo wskazówek, jak się do tego zabrać i nie zrobić sobie krzywdy, a czerpać jak największą przyjemność. Jak kupić rower, jak wygląda dieta sportowca, która jest uniwersalna i zdrowa, radzić ze stresem, motywować do wyścigu i treningu.

Nie sądziłam, że czeka mnie aż tyle pracy. Życie sportowca zawodowego jest zaplanowane prawie 24 godziny na dobę i wolnego czasu mamy naprawdę niewiele, a gdy już jest, chce się go wykorzystać po prostu na odpoczynek. Nigdy nie prowadziłam pamiętnika, ale pisać lubię. Wtedy jednak, kiedy ma się coś do powiedzenia i chce się to zrobić, to jest łatwiej. Sama prowadzę stronę internetową, Facebooka czy Twittera. Mogłabym komuś zlecić, ale wtedy nie byłoby to takie moje, od serca. Co innego jednak pisać, gdy ma się ochotę, a co innego, gdy gonią terminy i trzeba oddać coś mądrego. To dobry sposób na motywację. Wiele razy byłam zmęczona po treningu i myślałam tylko o drzemce, ale dokończenie rozdziału czekało.

Pisanie książki miało być wyjściem z traumy po upadku przed Londynem?

- To był niezwykle ważny dla mnie rozdział. Traumy jednak żadnej nie miałem, bo ten najtrudniejszy okres w mojej karierze zakończył się przecież sukcesem. Jestem dumna, że wróciłam. Wręcz przeciwnie, chcę się tym przed wszystkim chwalić, bo mi się udało. Mimo wielu przeszkód walka zakończyła się sukcesem i chciałbym to przekazać czytelnikom, że nie można się poddawać. Czasem nie zdajemy sobie sprawy nawet, jaka siła w nas tkwi. Warty przeczytania jest też rozdział dotyczący wyrzeczeń "Druga strona medalu". W mediach kibice widzą mnie czy innych sportowców na podium uśmiechających się i odbierających medale. Ale za tym wszystkim kryją się lata ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń.

Pytano mnie, czy łatwo było pisać o zmiażdżonej stopie, o tym jak runęłam twarzą na skały albo o problemach zdrowotnych. Warto jednak o tym pisać, by ludzie wiedzieli, że nie jest tak łatwo i nie każdy trening jest przyjemnością. Sportowcy też się po drodze potykają, zresztą my przecież niczym nie różnimy się od innych ludzi. Poza tym, że jesteśmy częściej w mediach i może dlatego chcą przeczytać moją książkę, bo nazywam się Włoszczowska. Każdy ma tak, że z tymi kłodami pod nogami musi sobie radzić. Nigdy nie jest tak, że mamy z górki. Dalej zajdzie ten, kto szybciej wstanie i jak najwięcej z tych upadków potrafi pozytywnego wynieść.

W zakończonym sezonie tych kłód znów nie brakowało...

- Klasyfikację generalną Pucharu Świata skończyłam na piątym miejscu, a że podium jest poszerzone, to na nim stanęłam. Do tego medal mistrzostw Europy, więc to superwynik. No, ale był i ogromny pech w mistrzostwach świata. Jechałam po srebrny medal, ale złapałam gumę. To była kolejna wielka kłoda w tym sezonie. Zaczęło się na początku roku od problemów zdrowotnych, przez które straciłam dwa miesiące. Potem wielkie nieszczęście, czyli śmierć Marka Galińskiego. To sprawiło, że miałam ogromne problemy ze znalezieniem motywacji do treningów. To był potężny czas dla tych, którzy go znali. Dla mnie tym bardziej że to był jeden z najlepszych przyjaciół. Nie było mi wtedy łatwo. Jeśli wziąć pod uwagę te okoliczności, to że stanęłam na podium ME i tylko pech przeszkodził w medalu MŚ, to jednak ten sezon jest kolejnym, z którego powinnam być dumna.

To nie żaden fotomontaż, tylko szaleni polscy rowerzyści [ZDJĘCIA]


Więcej o: