Sport.pl

Stefan Tuszyński: Ambitny, ale naiwny

Pewien mój ambitny znajomy postanowił założyć w Warszawie uczniowski klub sportowy piłki wodnej.
Sam uprawiał tę dyscyplinę i odnosił w niej sukcesy. We wrześniu zarejestrował KPWU 44 Warszawa. To dziś jedyna sekcja piłki wodnej w Warszawie. W latach 50. było takich w stolicy sześć! Potem działała tylko jedna na Legii, niepokonana w kraju przez kilkanaście sezonów. Na Łazienkowską przyjeżdżali uczyć się grać Grecy i Włosi, którzy dziś dyktują warunki na świecie. Piłka wodna zniknęła z Warszawy w 1990 r. Padła Legia, gdzie nieprzemyślaną decyzją zniszczono baseny, a potem AZS AWF, gdzie seniorzy CWKS znaleźli na rok schronienie.

Jeśli ktoś nie wie, piłka wodna jest dyscypliną olimpijską. Znajduje się w programie od drugich igrzysk, podobnie jak piłka nożna. To gra uwielbiana na zachodzie Europy i na Bałkanach. Popularność waterpolistów w Chorwacji, Serbii, we Włoszech czy na Węgrzech ustępuje w grach zespołowych tylko futbolistom. Nie ma na Zachodzie basenu, w wyposażeniu którego nie byłoby bramek i piłek, a niektóre buduje się tylko dla boisk - w Chorwacji nawet na Adriatyku.

Polski nie ma w europejskiej elicie waterpolo. Nasza reprezentacja plasuje się w drugiej dziesiątce, co jest i tak sztuką z uwagi na to, że w naszej lidze gra - w porywach - do pięciu drużyn. Mój znajomy chciał poprawić ten stan rzeczy. Sam ma dzieci garnące się do sportu, który uprawiał tata. Poza tym policzył, że z sekcji pływackich w Warszawie co roku setka dzieci ląduje na bruku, bo w ramach "świadomej selekcji" zostaje uznana za nierokującą nadziei. Teraz dzieci te zyskałyby szansę, by nadal uprawiać sport, bo to niemal gotowi piłkarze. Znajomy postanowił poświęcić społecznie czas, by szkolić zespół juniorów.

Ale okazało się, że choć powstało w Warszawie przez 13 lat kupę basenów, ani jeden nadal nie chce przyjąć piłkarzy. Działa rynek, więc większość zaproponowała wynajem obiektu po zaporowych cenach. Mój znajomy poszedł po ratunek do sportowych władz miasta i województwa. Tam przyjęto go ze zrozumieniem, że bez ich pomocy ambitny plan się nie powiedzie. Pomysł uznano za genialny, bo olimpiada młodzieży w 2005 r. odbędzie się w Warszawie, a dobrze byłoby, aby stolica startowała w każdej dyscyplinie. Jednak urzędnicy sportowi okazali się bezradni wobec zarządców stołecznych basenów. Ci mają przecież przede wszystkim zarabiać, a oddanie godziny 30 dzieciakom, które mogą zdobyć najwyżej jeden medal, to dla miasta marny zysk.

Do mojego znajomego zaczyna trafiać, że plan miał ambitny, ale był naiwny.